MENU
strona główna» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. z bloga
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. 6
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. z bloga
![]() |
|||
![]() |
![]() |
![]() |
|
MENUstrona główna» fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. z bloga » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. 6 » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. z bloga
|
Zdrada strażnika planetyFragment 3
— Jak to dobrze, że wróciłeś — wyszeptała, zarzuciwszy mu ręce na szyję. — Twoja oblubienica umierała ze strachu. Ogarnęła ją groza. Była z żalu już jedną nogą na tamtym świecie. Ale ty okazałeś się silniejszy niż myślała, większy niż duchy ośnieżonych gór i władcy mrocznych podziemi!.. Z cicha się roześmiał, słysząc te naiwne słowa. Momentami była naprawdę niemądra. Poprawił opadający jej kosmyk włosów. — Nie jestem tak mocny jak przypuszczasz — przesądził. — Niemniej jednak nie brakuje mi sprytu. Mimo wszystko na jego twarzy malowała się troska. Wrócił pamięcią do tego, co zobaczył na odległej asteroidzie, nie mogąc pojąć, jak to się stało, że istoty na niebosiężnym pułapie rozwoju tak dalece ugrzęzły we władzy niskich żądz. "Czy tak musi być w całym wszechświecie?" — z udręką zapytał swoich myśli. Chociaż tamci suwereni posiedli ogromną wiedzę o kosmosie, to jednak byli żenująco ordynarni i prostaccy. Zapatrzeni w siebie, zadufani i niezdolni do wybaczania win, nie mówiąc o okazywaniu słabszym serca, stwarzali wrażenie powikłanych wewnętrznie i przez to zagubionych. Czy wszyscy u nich tacy byli? Wydedukował, że zabrakło im subtelnej równowagi między osiągnięciami naukowymi z jednej strony, a moralnością z drugiej. Przyzwoitość nie zawsze szła w parze z techniką. Chodziło mu po głowie, że odkrył najbardziej kompromitującą słabość przepotężnej cywilizacji, sprawującej kontrolę nad rozległymi konstelacjami gwiezdnymi. A może jednak nie wszyscy? Może przejściowy kryzys dotknął tylko aparatu władzy — zbiurokratyzowanego systemu, który nieoczekiwanie się wyrodził, nabierając zimnych i okrutnych cech imperialnych? Starca Mi-ir nie zauważył. Rozglądał się za nim po obozie, a nawet zuchwale zajrzał do jego namiotu, by wreszcie z pytaniem o niego zwrócić się do zadumanej Ni. Urchitka przyjęła jego powrót z niezmąconym spokojem, a nawet chłodną obojętnością. O dziwo, nie usiłowała ciągnąć go za język — nie skakała mu wściekle do oczu i nie zarzucała mu brawury, jak poprzedniego dnia wojownikowi. A jeśli już sobie uzmysłowiła, że z ich podłym losem nadal się wiążą liczne niewiadome? Zdradziła mu, że matuzalem zamierzał go odszukać i że udał się za nim w górę strumienia, święcie przekonany, iż tam go odnajdzie. Nieobecna myślami pocieszyła go, że zapewne brodacz niedługo wróci. Podminowanego Urchity nie bawiło jednak czekanie. Męczył go natłok pytań. Jajogłowa ze sztucznego ciała niebieskiego zabiła mu klina. Za wszelką cenę pragnął się dowiedzieć, kim są immortusi. Nie wątpił, że dopadnie starego i że wyciśnie go jak cytrynę, choć przy tym nie mógł się uwolnić od niepokoju, że zdekonspirowany matuzalem da drapaka i że go nigdy więcej nie ujrzy. Z pośpiechem zjadł to, co podała mu Safona, a potem pognał w górę strumienia. Siwobrody jednak nie zbiegł, ani się nie ukrył, a natknął się na niego powyżej wąwozu na skraju żywicznego lasu. Tacy jak on nie tracili ducha. Siedział na ogromnym głazie nieopodal strzelającej w niebo sosny i błądził wzrokiem po rysujących się przed nim ośnieżonych szczytach górskich. Mimowolnie się obejrzał, łowiąc kątem oka nadchodzącą postać, ale nie ruszył się z miejsca, ani nie sięgnął po oparty o drzewo kostur. Mi-ir dotarł do niego, nieco zadyszany. Nie zasłaniał się żadną strategią. Nie miał wyboru, musiał być nieugięty i bezwzględny. Wyjęty miotacz mierzył w błyszczącą od potu łysinę. — Kim są immortusi, ty... ty... galaktyczny oszuście? — charknął rozkazująco, gdy złapał oddech, żądając bezzwłocznych wyjaśnień. Na nestorze jego broń nie zrobiła żadnego wrażenia. Ot, rozhasany i rozdokazywany szkrab popisywał się wystruganą z lipowego drewna zabawką, wymachując nią przed oczyma dorosłych. Wyprostował się i Mi-irowi wydawało się przez chwilę, że ma przed sobą nie starego a młodego człowieka, a przy tym niezwykle energicznego. — Byłeś na Taurosie? — jego głos sucho zabrzmiał. Tamten nie zamierzał przedwcześnie dzielić się swymi sekretami. Mi-ir zawahał się, bo nie znał nazwy odległego miejsca w kosmosie, w którym krótko przebywał. — Odwiedziłem jakąś... planetoidę — wbrew temu, co sobie obiecywał, okazał się skłonny do układów. — Wybrałem... trójkąt, oznaczony sinusoidą — odpowiedział, mocując się z sobą. Matuzalem z ulgą odetchnął. — A więc byłeś — złożył dłonie w zamyśleniu. — Nakryli cię?! Mi-ir nadal mierzył w rozmówcę. Jednak bez przekonania. Lufa opadała mu w dół. — Nakryli? Jasne, że nakryli, psiamać, czyż mogło być inaczej?.. — Kto?! — pytanie zabrzmiało jeszcze ostrzej. — Stary beznogi operator, który miał tam oko na cały hangar. Darł mordę, bowiem był przekonany, że wrócił jeden z was. Wykrzyczał się i wreszcie się odczepił. Później wzięła mnie w obroty jajogłowa babka z jaśniepańskimi manierami. Przybyła z miasta lśniącym czarnym bolidem. Wsiadła na mnie, święcie przekonana, że ma przed sobą ciebie, Raho — nie zamierzał kryć tego, że zna prawdziwe imię starca. — Ucięła sobie ze mną dłuższą pogawędkę. Fatalnie się to zresztą skończyło. Siwobrody nie próbował usprawiedliwiać stawianych pytań. Dowiedział się tego, czego chciał, nie zważając na wycelowaną broń. Zaczął zaspokajać ciekawość Mi-ira. — Nieśmiertelnicy? Pytasz o nich? — zagadnął, skory do odsłaniania kulis. — To pojawiający się okazjonalnie w obrębie różnych gatunków w kosmosie nietuzinkowi osobnicy. Rzadkie indywidua. Ha! Doskonale wtapiają się w otoczenie i dlatego niełatwo wpaść na ich trop. Wizualnie niczym się nie różnią od tubylców, wśród których żyją. Sami też żadnych różnic nie widzą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest w nich coś niezwykłego, jeśli nie irrealnego, ba, nieomal graniczącego z grozą. Są... wiecznotrwali — użył tego dziwnego określenia, brzmiącego jak tytuł bóstwa. — I to dosłownie, przyjacielu! Nie mogą umrzeć, nie mogą polec na polu walki, nie można ich zwabić w pułapkę i podstępnie zgładzić — wyliczał. — Osłania ich niepojęta moc i chroni niezbadana wszechpotęga. Czy rozumiesz, o czym mówię? — stary spojrzał na niego z niejakim wyrzutem, a może nawet z odrobiną zawiści. — Nie — zgodnie z prawdą odparł Mi-ir. — Nie rozumiem. Tamten ciężko westchnął. — Do licha, jak ci to unaocznić? — zniesmaczony zapytał samego siebie. — Widzisz, wszechświat nie do końca jest racjonalny. Przestrzeń, czas, prędkość, przyspieszenie, akcja, reakcja... Z pozoru w każdym jego punkcie obowiązują te same prawa fizyczne. Mówię: z pozoru, bowiem spod niektórych immortusi są wyjęci, przecząc tej fundamentalnej zasadzie. Jakby jedną nogą tkwili w jakimś wyższym eonie... — nostalgicznie ciągnął. — Odwołam się do cenionego na twoim globie rachunku prawdopodobieństwa. Żywe organizmy są kruche, co sprawia, że łatwo je zmieść z powierzchni ziemi. Nie sposób temu zaprzeczyć. Jeżeli zdzielisz toporem Urchitę, tniesz go mieczem lub pchniesz włócznią, to przecież zwalisz go z nóg i pewnie już się nie podniesie. Czy to takie dziwne? Wie o tym małe dziecko. Jednak nie wtedy, kiedy wejdzie ci w drogę wiecznotrwały. Możesz próbować go wyeliminować, wolno ci, ale z góry wiadomo, że czeka cię fiasko. Na przekór prawdopodobieństwu zamach na niego zostanie w niezrozumiały sposób przeniesiony na inny obiekt. Energia uderzenia się ześlizgnie. Coś go chroni, ale co? Tego jak dotąd nie udało nam się ustalić. — Starcze, przecież to bzdury — odmówił mu racji Mi-ir. — Wierutne brednie. Pleciesz trzy po trzy, a tu chodzi o ważne rzeczy... Transgalaktyta się obruszył. Zatarł dłonie. — Mylisz się, to nie dyrdymały. Wiecznotrwałym nie można uczynić krzywdy i wysłać ich — mówiąc obrazowym językiem — do podziemnego świata cieni. Zatem do Hadesu. Próbowano tego, ale bezskutecznie. Ich istnienie jest wielkim ciosem w nienaruszalne podstawy naszej wiedzy. To upokarzający policzek dla transgalaktytów, a zwłaszcza dla najstarszych z rady. Ci z Taurosa nie są w stanie z tym się uporać. Nie mają zielonego pojęcia, skąd się biorą takie istoty. Sporadycznie wykwitają, to tu, to tam, i natknąć się na nich można w różnych galaktykach i ich gromadach. Są jakby z innej... nieudokumentowanej... rzeczywistości. Nie mamy pojęcia, czy prowadzą do niej jakieś drogi... Mi-ir z uwagą go wysłuchał. Coś mu nareszcie zaczęło świtać w głowie. — Czy my?!.. — niepewnie zapytał, pokazując palcem na siebie. Starzec sapnął, zerkając na niego z odrobiną uznania. — Nareszcie — z ulgą dokończył. — Domyśliłeś się. I ty, i Ni, i Mu-ur. Dlatego ocaleliście z katastrofy gwiazdolotu, chociaż szanse przeżycia były nikłe. Inni z kretesem przepadli, wy nie. Wam nie mógł spać włos z głowy... — Nie do wiary! — nadal trapiła go myśl, że kuty na cztery nogi matuzalem nieźle mota mu w głowie. Podrapał się po nieogolonej brodzie, całkiem opuszczając broń. Odechciało mu się mierzyć w tamtego. Zmienił nagle temat, przypominając sobie konwersację z jajogłową z planetoidy. — A dlaczego nie wykonałeś rozkazu, który otrzymałeś z Taurosa?.. Odpowiedź padła natychmiast. — Do kroćset! — zagrały w starym emocje i nerwowo potrząsnął pięścią. — Był niedorzeczny, podobnie jak wiele innych, ostatnio wydawanych przez tych palantów z rady. Mogę ci o tym ze szczegółami opowiedzieć i niczego nie zataję — niecierpliwie dorzucił. — Cóż bym miał z udawania? Tym bardziej, że i tak już sporo sam się dowiedziałeś... Słońce, które skryło się za ciągnącymi się obłokami, naraz się wyłoniło, przedzierając się przez skłębioną biel. Równina zatonęła w ciepłym blasku. Mi-ir skapitulował, schował miotacz i przysiadł przy swoim rozmówcy. Nie trzeba było brać starca na tortury, by rozwiązał mu się język. Z własnej chęci dzielił się tym, co wiedział. Ten nie wydawał się wcale zdziwiony jego kapitulacją. — Tym? — obojętnie wskazał miotacz. — Tym niczego złego nie mógłbyś mi zrobić. Podobnie jak ja tobie... Co, masz wątpliwości? — dorzucił, widząc cień niedowierzania w jego oczach. — To spróbuj. Przekonasz się. Stań tam — pokazał palcem. — Wymierz we mnie i strzel! — Serio? Chcesz, żebym się upewnił? — Mi-irowi nie mieściło się to w głowie. Podniósł się, oddalił się na kilka kroków i spokojnie wycelował w starego. Chwilę taksowali się wzrokiem. Tamten nawet nie drgnął. Nie zdradzał lęku. — No, śmiało! Mi-ir opuścił broń. Pokręcił przecząco głową. Przypomniał sobie, jak to na oczach przelękłej Safony obalał potężne drzewo. Chyba już wyrósł z takich szczenięcych popisów. — Nie, nie będę robić z siebie idioty — zawyrokował. Brodacz został na głazie, a Urchita ulokował się przed nim na murawie. — Ponoć uratowałeś nas wbrew woli rady. Tak utrzymywała tamta furiatka na Taurosie. Chcę się dowiedzieć, dlaczego? |
||
Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk |
|||