|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

MENU

strona główna

  winda czasu
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. z bloga

  obcy z alfy centauri
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. 6

  zdrada strażnika planety
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. z bloga

  przyloty na ziemię


Zdrada strażnika planety


Fragment 2

N

ieprzenikalne dla światła błyszczące ściany bolidu rozchyliły się jak płatki kwiatu, a z jego wnętrza wydostała się młoda zgrabna hetera. W przeciwieństwie do tamtego z hali miała dolne kończyny i sprawnie się nimi posługiwała. Okrywał ją z wdziękiem obcisły kombinezon. Niestety, pozbawiony owłosienia jajowaty czerep sromotnie ją zdradzał — należała do tej samej co tamten dziwak posępnej rasy. Przez delikatną prawie przeźroczystą skórę przezierały drobne naczynia krwionośne. Nie oddaliła się od czarnego bezkołowego pojazdu i dojrzał za jej plecami w jego wnętrzu wygodny fotel. Jej wrażliwe nozdrza niepokojąco zadygotały. Nawet gdyby chciała, nie podeszłaby bliżej. Odpychały ją smród trackich przepoconych skór i spalenizna ogniska.

Z bezpiecznego dystansu łaskawie skinęła w jego stronę, ale jej półuśmiech był wyniosły i wzgardliwy. Powitała Urchitę jak kogoś, kogo doskonale znała i z kim się otrzaskała — tak dalece, że nie musiała się przedstawiać.

Z miejsca przeszła do rzeczy i od razu powiało dojmującym chłodem.

— Pogrążyłeś się, durniu, po same uszy — wysyczała jak żmija na dzień dobry. — Nie wywiązałeś się z misji, którą nałożyła na ciebie rada, a przecież jej dyrektywy były jasne. Co to, rozum ci odebrało? — zaczęła go łajać, nie żałując ostrych słów. — Ty skończony idioto, siedzisz tak długo u tych bezmózgich tubylców, że pewnie ci to poruczenie należało wykaligrafować na kawałku byczej skóry — pozwoliła sobie na ironię, sycąc się poczuciem przewagi. — Albo na papirusie. Cóż za bezczelność? Zignorowałeś i mnie, i innych. A tego ci nie było wolno — pogroziła mu palcem. — O nie! Buntownik się znalazł! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że przynosisz ujmę szlachetnym, takim jak ja? Rzucasz na nas cień w sferach bliskich radzie i w tych niepewnych czasach stawiasz pod znakiem zapytania naszą lojalność... — z ulgą zakończyła przydługi wstęp, ucinając tyradę słów.

Translator działał bez zakłóceń i Mi-ir wszystko w lot pojmował. Jakby miał na uszach słuchawki. Ta jednak nie zwracała na to podłe urządzenie uwagi. Była przeświadczona, że i bez niego przybyły rozumie, co do niego mówi.

— Jakiego... znowu... poruczenia?! — zapytał zdezorientowany i zaraz ugryzł się w język.

Usiłowała spiorunować go wzrokiem, ale jej to nie wyszło. Nie była gromowładnym Zeusem, o ile na tej planetoidzie mógłby on cokolwiek wskórać. Skrzywiła się z nieskrywaną niechęcią.

— Oj, Raho, Raho, nie kpij sobie, spryciarzu, ze mnie i nie próbuj się zabawiać moim kosztem, bo wiesz, że mnie to rani. A mogę ci się jeszcze do czegoś przydać — prychnęła, nadal biorąc Urchitę za siwobrodego z Ziemi. — A jak sądzisz? — podminowana spytała. — Ciekawe, któż to inny będzie cię bronić pod złotą antresolą? Nie ma tu nikogo, kto chciałby cię osłaniać, oprócz mnie — przekonywała, podważając jego pewność siebie. — Pogrzebałeś się do cna i przynajmniej ty nie pal za sobą mostów — mówiąc to, wydobyła z zanadrza mały błyszczący znaczek, pewnie jakiś identyfikator. — I tak wszyscy się gubią w tym potwornym chaosie — spuściła wzrok na to urządzenie, coś przy nim majstrując. — Zapamiętałam hasło, a rozkaz rady przekazałam ci z początkiem trzeciego miesiąca. Nie mógł do ciebie nie dotrzeć i nie mogłeś go nie potwierdzić. I potwierdziłeś, bo sprawdziłam. Po trzykroć sprawdzałam, gdyż jestem dok-ład-na... — podkreśliła, podnosząc wzrok. — Rozumiesz, ty szczwany lisie?!..

Milczał, w skupieniu trawiąc to, co usłyszał, a jego z lekka pobladła twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Tyle zdążył się nauczyć od Mu-ura. Coś mu mówiło, że młoda wiedźma nie jest wcale groźna. Korciło go, żeby się ujawnić i bezczelnie zdradzić, że przybywa z polecenia Rahy.

Nie mógł pojąć, jakież to ważne i niecierpiące zwłoki polecenie otrzymał strażnik planety Ziemi. Na wszelki wypadek wyjął miotacz i zaczął nim obracać w rękach.

— Zaraz, zaraz, a co to był za rozkaz? Bo nie pamiętam? — wypalił, chcąc za wszelką cenę przedłużyć tę wariacką rozmowę.

Nie zwróciła uwagi na jego broń. Nie kojarzyła się jej z zagrożeniem.

— Jesteś stuknięty, czy co? — stopniowo zaczynała mięknąć. Niby to nieugięta i nieprzejednana, topiła się przy nim jak woskowa świeca. — To prawda, że uwielbiasz dramatyczne popisy. W moim odczuciu powinieneś być artystą na Urgu i kryjąc się za pokraczną maską wyśpiewywać pieśni pochwalne. Z tym by ci było bardziej do twarzy. — Pociągnęła nosem. — Ale cuchniesz! — palnęła z odrazą. Cofnęła się i oparła o karoserię. — Za każdym razem powracasz z tej obmierzłej planety inaczej przeobrażony i za każdym razem idiotycznie udajesz, że nie pojmujesz rzeczy najprostszych. Wątpliwe poczucie humoru! Wiesz, że tego nie cierpię i że to uwłacza mojej godności. To dobre dla prostaków, a nie dla nas. Nie mogę dociec, dlaczego tak cię pociągają pozy prymitywnych. I dlaczego mam się zniżać do ich pułapu?!

Mi-ir przestąpił z nogi na nogę i mimochodem się obejrzał, chcąc się upewnić, że majestatyczna brama stoi nadal otwarta. Za jego plecami nic się nie zmieniło. Chodził mu po głowie niejasny plan ucieczki. A może byłby w stanie porwać tę furiatkę na Ziemię?

— No, dobrze, niech ci będzie — rzekła wreszcie ze zniechęceniem, widząc, że tamten jest twardy jak skała i że nie zamierza ustąpić. Może przelękła się, że najzwyczajniej w świecie pożegna ją bez słowa i powróci tam, skąd przybył? — Potrafię się przystosować... — żachnęła się i zabrała się do pytania Mi-ira. — Miałeś zniszczyć prymitywny statek kosmiczny z załogą z układu... zapomniałam nazwy, lecący w stronę planety, na której od dawna się byczysz, łowiąc ryby lub obmacując co ładniejsze tubylcze samice — ciągnęła. — Tamtą cywilizację już dawno szlag trafił, więc nie było racji, aby utrzymywać przy życiu jej resztek, tej gromadki z wolno poruszającego się kosmolotu. Tak mi oznajmiono — podsumowała. — Przekazałam ci to, no i co z tego wynikło? Miałeś się z tym uporać, kiedy byli jeszcze na obrzeżach twojego układu słonecznego. Czy potrafisz się z tego jakoś wytłumaczyć? Bo będą cię o to indagować w czasie przesłuchań, a wiesz, że potrafią być dociekliwi i że wyciągną z ciebie wszystko...

Pytania jajogłowej pozostawały bez odpowiedzi, a Mi-ir milczał, marszcząc z wysiłkiem czoło. Schował miotacz za pas i włożył ręce do szerokich kieszeni. Intensywnie wpatrywał się w hangar i składał rzucane chaotycznie informacje. Tamta wcale nie oczekiwała, że jej odpowie. Perorowała za niego.

— Ty tymczasem — wycelowała w Mi-ira cienkim długim palcem — zabrałeś się do dzieła dopiero tuż przed ich lądowaniem na twojej ukochanej Ziemi. I dałeś im szansę przeżycia — oczywiście, nie wszystkim, ale tylko immortusom. Uratowali się i tam pozostali — i gościsz ich teraz, z pewnością chuchając na nich jak na złote jajo, z którego ma się wykluć genialny zbawca świata. Czy możesz mi przynajmniej zdradzić, do czego oni są ci potrzebni?!

Z jego czoła nie znikały zmarszczki. Coś mu się klarowało w głowie. Coś mu świtało. Zaczął wreszcie rozumieć, o co chodziło strażnikowi Ziemi. Z tego, co usłyszał, wynikało, że reprezentujący transgalaktyczną rasę matuzalem niespodziewanie stanął w ich obronie. Dlaczego jednak to uczynił?

— Narozrabiałeś, Raho — kontynuowała jego rozmówczyni — i dobrze o tym wiesz. Lecz nie przede mną będziesz się tłumaczyć, ale — tak jak wspomniałam — przed radą. Oni zaś nie znają litości, a ostatnio stali się wyjątkowo okrutni. Pewnie jeszcze nie słyszałeś, jaki los spotkał dwóch konwojentów z Aosu...

Perspektywa ewentualnej kary dla strażnika planety jakoś Mi-ira nie zaciekawiała.

— A kim są ci immortusi? — zapytał obcesowo, licząc po raz kolejny na łut szczęścia. Zwrócił się znowu w jej stronę.

Przeciągał strunę. Histerycznie się roześmiała i Urchita musiał raptem uznać, że nie brakuje jej uroku.

— Wybacz, nudzisz mnie, to są ograne numery i mam ich już powyżej uszu — rzekła zniecierpliwiona. — Nie udawaj, dobrze wiesz, kim oni są. Każdy transgalaktyta o tym wie. — Zmieniła temat. — Nie licz na to, że będę cię bronić przed najstarszymi — przyciszyła głos, jakby w obawie, że ktoś niepowołany może ją usłyszeć. — Chyba, że... — obejrzała się podejrzliwie za siebie, postanawiając wyłożyć swoje karty. Uczyniła ostrożny krok w jego stronę. — Chyba, że powiesz mi, co się tam naprawdę dzieje. Bo nie mam wątpliwości, że coś podle knujesz. Łamałam sobie nad tym głowę, ale bez skutku — przeszła do szeptu. — Daję ci ostatnią szansę. Jeżeli mnie w to włączysz, mogę zdradzić radę, złamać prawo i przenieść się do ciebie na całą wieczność. Przecież nie wbiję ci noża w plecy...

Ich oczy się spotkały, a jej spojrzenie jeszcze bardziej złagodniało. Przekrzywiła głowę, oceniając krytycznie jego fatalny wygląd. Poczuł, że prezentuje się naprawdę beznadziejnie.

Odetchnęła.

— Wystarczy... — rzekła z rezygnacją i w jej głosie zabrzmiały nowe nuty. Odreagowała się jak tamten beznogi dozorca i była już tylko zniewoloną faworytą, gotową z oddaniem paść przed nim na kolana. — Proszę cię, powróć do prawdziwej postaci — powiedziała prawie błagalnie. — Chcę cię ujrzeć takim, jakim byłeś i jakim jesteś. Tak dawno cię nie widziałam... — w jej słowach brzmiał tłumiony żal. Wydawało się, że w jej oczach pojawią się łzy.

Łagodnie wyciągnęła w jego stronę maleńki identyfikator, włączając to urządzenie. Ten nieoczekiwanie zamigotał i zaczął pulsować jaskrawoczerwonym światłem. Jednocześnie przeraźliwie zawyła oszalała wirtualna syrena. Kobieta spojrzała na Urchitę ze straszliwym niedowierzaniem — a ten pojął, że został wreszcie zdekonspirowany. Jej gładką twarz wykrzywił potworny lęk.

— Ty, ty, ty!.. — jej ręka drżała. — Nie jesteś Rahą! Jesteś... prymitywnym! Jesteś immo... — jej oskarżenie zabrzmiało prawie jak wystrzał.

Wypuszczony z rąk znaczek upadł i potoczył się do stóp Mi-ira. Nadal dojmująco wyła syrena alarmowa. Błyskawicznie sięgnął po to cacko i czerwonym przyciskiem je wyłączył. Spoglądał na jajogłową, nie rozumiejąc, czego się tak przeraziła. Dotąd nigdy nikogo nie widział w takim szoku. Nawet biedny Li-ip tak bardzo się nie bał, kiedy ich kapsuła osuwała się po górskim zboczu.

— Nie...

Skóra jej głowy i rąk nagle pociemniała, pokrywając się siatką pęknięć, starczych zmarszczek i zmaz. To, co się zaczęło teraz dziać, nie mieściło mu się już w głowie. Niewyobrażalnie spięta dygotała, wreszcie odwróciła się jak na szczudłach i zesztywniała niezdarnie uderzyła ciałem w ścianę bolidu, nie trafiając do wejścia. Poniżona do ostatka bezradnie osunęła się na podłoże. Zaczęła histerycznie łkać i jak zaszczute zwierzę wpełzła do wehikułu na czworakach. Oglądał jej pośladki. Karoseria się zasklepiła, a pojazd skoczył do przodu, oddalając się z ogromnym pędem.

Nie czekał na dalszy rozwój wypadków i dał nogi za pas. Gdyby mógł, podkuliłby ogon, ale go nie miał. W bramie hangaru instynktownie obejrzał się za siebie. Zdyszany dopadł trójkąta z wyrysowaną sinusoidą i wcisnął przycisk na pilocie. Instalacja jednak nie zareagowała. Przez krótką chwilę nic się nie działo, a potem tuż nad nim pojawiła się świecąca żółta kula. Zniewalający kobiecy głos szepnął mu prawie do ucha: "Błąd celu!"

— Szlag by cię trafił — warknął struchlały. — Chcę wrócić na Y-o! — krzyknął z przeraźliwą rozpaczą.

Chyba go zrozumiano. A przynajmniej teraz poprawnie odczytała jego intencje czuła aparatura. Zapłonął sąsiedni trójkąt z okręgiem przeciętym dwiema siecznymi i Mi-ir skwapliwie tam przeskoczył. Potem ogarnęła go ciemność.

Gdy otworzył oczy, niebo było znowu jasnobłękitne, a słońce — złotożółte. Załomotało mu z radości serce. W oddali ujrzał znajome szczyty gór, a ponad nimi zalegające grubą warstwą białe obłoki. Zielona murawa nie przypominała w niczym gładkiej powierzchni planetoidy. Był na Y-o. Odetchnął z ulgą i rzucił się na trawę. Szeroko rozłożył ramiona, jakby chciał wziąć w posiadanie calutką planetę. Uratował się. Leżał tak długo, chcąc uwolnić się do końca od paraliżującego go lęku, a wreszcie powoli się podniósł. Obóz był niedaleko i należało wracać do swoich.


|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved
This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk

1