MENU
strona główna» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. z bloga
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. 6
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. z bloga
![]() |
||||
![]() |
![]() |
![]() |
||
MENUstrona główna» fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. z bloga » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. 6 » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. z bloga
|
Winda czasuFragment 5
Tym razem jednak nowiny były elektryzujące i zwalały z nóg, więc nie miał czym się cieszyć. Budzący lęk obcy, który przybłąkał się z wypełnionych mroźnym pyłem odległych kosmicznych przestrzeni, a może z zagubionego w pustce i nie mającego jeszcze nazwy osobliwego wymiaru, nie przestawał nękać wysłanników z Bettatarii. Dowiedział się o koszmarnej przygodzie, która spotkała Rana w rzymskim amfiteatrze. Złośliwy bazyliszek przybrał postać mitologicznego Sfinksa, uskrzydlonego lwa o tajemniczym ludzkim obliczu, zatem bezsprzecznie — jak mógł przyjąć — nadciągnął z Egiptu, w którym niefortunnie utknął Olbrom, wygrzebujący się z jednych kłopotów, lecz wpadający wciąż w nowe. — Kosmiczny przybłędo, żebyś przepadł! — syknął załamany. — Oby ktoś wreszcie z tobą, upiorny włóczęgo, zrobił porządek! — Nie sądził, że będzie aż tak źle. Po niby to spirytystycznym seansie osowiały wylądował w kuchni na taborecie, tam oddając się ponurym medytacjom nad swoim coraz bardziej kłopotliwym położeniem. Próbował się jakoś pozbierać. Czuł za plecami chłód glazury, którą były wyłożone kuchenne ściany i bezmyślnie przesypywał łyżeczką cukier w srebrnej cukiernicy. To bydlę zapędziło ich w kozi róg, a dziejowej misji groziła totalna klapa. A co gorsze, życie przybyszy wisiało na włosku. Utknęli na Ziemi niby w rozpędzonym ekspresie, który miał się wkrótce wykoleić i z impetem runąć z wysokich przęseł mostu w przepaść bez dna. Wciągało ich grząskie bagno. Gadzina z nieznanych stron kosmosu zdzierała maski z twarzy nie pragnących rozgłosu obcych, złośliwie dekonspirowała ich i demaskowała. Zadawała celne razy i coraz częściej zwracali na siebie uwagę Ziemian. Może należało wziąć nogi za pas, czym prędzej opuścić tę mało gościnną planetę — strapiony dumał — i czmychnąć do rodzinnej Bettatarii? Nie zapalił w kuchni światła i tam go po ciemku odnalazła Sylvie, która nie czując go obok siebie podniosła się z pościeli. Przydreptała boso, zarzucając na ramiona płaszcz kąpielowy. Zamruczała jak kotka i ufnie przytuliła się do swego kochanka. — Cóż to znowu? — rozkosznie dmuchnęła mu do ucha. — Mój misiaczek nie może spać?!.. Żałośnie przytaknął. Pomyślał, że pewnie nie tak wyobrażała sobie pierwszą noc w ramionach supermana, któremu oddała serce. Należał do tego gatunku nieznośnych facetów, którym brakowało romantyzmu. Wiadomo, zafajdany naukowiec z klapkami na oczach, nie widzący niczego poza biblioteką, starymi woluminami i prowadzonymi badaniami. A gdzie kwiaty, drobne upominki, perfumy, pierścionek zaręczynowy, nastrojowe spacery i wykwintne kolacje przy świecach? Gdzie wyfraczeni kelnerzy, serwujący gatunkowe wina z karty? A serenady pod oknem? Instynktownie szukał w kimś mocnym oparcia, ale nie przypuszczał, by studentka Sorbony mogła ukoić jego ból. Może się mylił, ale mimowolnie ją zaliczał do tych przedwcześnie wyrośniętych szczeniar, nie umiejących ściągnąć z nosa różowych okularów. Nie wystarczało dbać o linię i nosić krótkie kiecki. Zapatrzone w siebie, a przy tym zachłyśnięte swą urodą, naiwnie liczyły na aktywa, których życie z pewnością miało im poskąpić. A tu wiało grozą. To, z czym mierzyli się jako neogeneranie, było tak mało zrozumiałe dla istot z Ziemi, że raczej nie mogli liczyć na ich współczucie i wsparcie z ich strony. Byli skazani na siebie. — Kłopoty, kłopoty, kłopoty — zdecydował się ostrożnie wylać przed nią swoje żale. — Mają je wszyscy, czy tego chcą, czy nie. A czasami ponure myśli nachodzą człeka nocą. Musi się męczyć, jeśli nie umie cierpliwie rachować owiec. Sto pierwsza, sto druga, sto trzecia... Przysiadła przy nim, przysuwając sobie drugi taboret. W szybach znaczyło się rozmyte i mgliste światło z cichej o tej porze i sennej ulicy. — Nie sądzisz, że byłabym w stanie ci pomóc? Chociaż troszeczkę? — po przyjacielsku spytała, próbując go wysondować. Uśmiechnął się blado, odkładając łyżeczkę do cukierniczki. Naciągała go na zwierzenia. Niestety, tak dalece nie darzył jej zaufaniem. — Ty?! — kręcił nosem. — A jakim cudem, boska Beatrycze? Chyba, że... okazałabyś się kosmitką. I to o ponadludzkich możliwościach — bąknął ze zniechęceniem, przełamując w sobie opory. Odgarnęła włosy i poprawiła płaszcz kąpielowy. — A może jednak przybyłam z odległych stron wszechświata? — cichutko zachichotała, delikatnie gryząc go w ucho, a potem całując w policzek. — I nie jestem z tego układu solarnego? Lecz z Proximy, Syriusza lub Procjona? Albo aż z ramienia Strzelca? Nieco go zmroziła tą żartobliwą sugestią. Niepotrzebnie popisywała się astronomią. Gdybyż faktycznie reprezentowała rasę mitycznych amazonek... — Też coś? Kpisz sobie ze mnie — miauknął, odrobinę od niej się odsuwając i robiąc dobrą minę do złej gry. — Póki co, dowiodłaś że jesteś zgrabniutką laską — nieznacznie się przy tym skrzywił — zaradną panią domu i słodziutką kochanką. No i zdolną studentką. Niestety, pochodzącą z tej planety i należącą do gatunku Homo sapiens — skwitował z niejakim smutkiem. Musnęła znowu jego policzek. — Tak sądzisz, kochany? — odrzekła. — A nie struchlałbyś, gdybym ci pokazała, jak naprawdę wyglądam? — ostrożnie wślizgiwała się do jego serca. — Wierz mi, nie mam złych zamiarów. Zabrzmiało to bez mała jak oficjalne zaproszenie do kosmicznego okrągłego stołu i Erw nagle poczuł, że gwałtownie wzrasta w nim napięcie. Budził się w nim nie znajdujący ujścia irracjonalny lęk, który wkrótce miał się przerodzić w agresję. Palant, dał się wpuścić w maliny. Lecz sam przecież sprowokował tę idiotyczną rozmowę. — Ej! Czyżby?!.. — warknął, nie wierząc jej słowom. Przekrzywiła głowę i przyglądała się mu z odrobiną współczucia. Tak łypało się na słabeuszy i mizeroty, nie na dzielnych Wikingów, gotowych ruszać na podbój świata i bez lęku zaglądać śmierci w oczy. Wreszcie prychnęła: — Nie jesteś jeszcze przygotowany. Zawyrokowała zbyt autorytatywnie, czym go ostatecznie wyprowadziła z równowagi. Nie lubił, gdy ktoś go lekceważył i spoglądał na niego z góry. Zmełł w ustach przekleństwo, wstał nagle od kuchennego stołu i zapalił światło. Zmrużyła oczy, przysłaniając je ręką. Widziała, że jest na nią wściekły i wydawało się, że za chwilę przyleje jej w mordę. Były granice, których nie należało przekraczać. — Mon Dieu, przepraszam! — wydukała potulnie, godząc się z tym, że przeholowała. Opanował się, chociaż przyszło mu to z trudem, przemógł się i nieporadnie przytulił ją do siebie. — Wybacz, to nieznośne napięcie — niezdarnie próbował się usprawiedliwić. — Daje mi w kość sesja egzaminacyjna, chociaż nie jestem studentem. — Błaźnił się na potęgę. Nie tak powinna była wyglądać ich pierwsza wspólna noc. — Wracajmy do łóżka — szepnął, usiłując to naprawić. Wsunął dłoń między poły jej okrycia, szukając jej ciepłego ciała. — Zróbmy to jeszcze raz! Zgasił w kuchni światło i pociągnął ją za sobą. Niby to za nim ulegle poszła, jednak raptem poczuł, że mu się wymknęła. Z niepokojem obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł w mroku jej sylwetki. Znieruchomiał. Płaszcz kąpielowy, który trzymał za rękaw, luźno opadł na podłogę. — Sylvie — jęknął rozpaczliwie, usiłując ściągnąć ją z powrotem. — Idiotko, nie chcę, nie potrzebuję — skamlał jak pies. — Masz natychmiast to przerwać. Rozkazuję ci, wracaj... Nie pomogły szeptane do ścian i sprzętów zaklęcia. Nic nie było w stanie powstrzymać uroczej woltyżerki. Instynkt mu podpowiadał, że zgrabnej dupci nie ma już w mieszkaniu — pomimo to zajrzał, gdzie mógł, a nawet jak głupi podszedł do wejściowych drzwi, by upewnić się, że są od wewnątrz zamknięte. Wykoncypował, że jakimś cudem oślepiła mu zmysły. W łazience wisiały jej rzeczy. Bezmyślnie dumał nad długim jedwabnym szalem, który wystawał z jej torebki. Powoli go wyciągał, aż do końca, by potem główkować nad tym, do czego miał służyć. Chyba do miłosnych igraszek, czyli w praktyce do wiązania rąk. Bezwiednie zarzucił go sobie na szyję. Zdegustowany i zrezygnowany zawrócił wreszcie do sypialni — lecz tam zatrzymał się jak wryty, uzmysławiając sobie, że stało się coś anormalnego. To były kosmiczne górne rejestry. Przecież nie dotknął go obłęd. W jego spokojne życie znienacka wdarł się inny wymiar, a słodka kochanica z Sorbony zatrważająco dopięła swego. Już nie miała ludzkich kształtów, które wcześniej tak go pociągały i mamiły. Dwoje dużych złocistych oczu z wdziękiem bujało się nad wymiętoszonym prześcieradłem i cienką kołdrą w kolorowe koła i trójkąty. Nie był człowiekiem, więc się nie przeraził. Nie zamienił się w słup soli, nie zasłabł, nie wpadł w panikę, nie zaczął się histerycznie drzeć, ani nie próbował czmychać. — Sylvie, ty diablico — powtórzył z niekłamanym wyrzutem, pewnie stojąc na nogach. — Nie musiałaś tego czynić. Unoszące się w powietrzu widmo gwałtownie zareagowało. Przyjął jej nieziemską postać widocznie tak, jak tego się spodziewała, bowiem zwariowane oczęta z entuzjazmem odtańczyły wokół żyrandola taniec zwycięstwa. Następnie ufnie podpłynęły do niego i omal nie przysiadły na jego wyciągniętych dłoniach. Po kilku kolejnych piruetach szczęśliwe opadły na poduszkę. Przebiegła studentka filozofii powolutku powracała, a jej pociągające nagie ciało kusząco się materializowało przed francuskim naukowcem. Wyciągnęła rękę do Yvesa w omdlewającym geście zaproszenia, gdy już uporała się do końca z fantastyczną transformacją. — Chodź, nie bój się, nic ci nie grozi — śmiało szepnęła. — Teraz już wierzysz? — zapytała, gdy powściągliwie zbliżył się do posłania. — Ujrzałeś, więc nie masz prawa wątpić. Z niejaką obawą okrył ją kołdrą i dotknął jej policzka, upewniając się co do jej tożsamości. Miał przed sobą samoistnie egzystujące oczy, chętnie kryjące się za ludzkim ciałem. — A mam inne wyjście, Sylvie? — chmurnie zapytał i boleśnie się wykrzywił. Żaden z posłańców nie przewidział tego, że na planecie, której zamierzali się dokładnie przyjrzeć, przyjdzie im spotkać się z nieznanym rodzajem istot rozumnych, zakamuflowanych podobnie jak oni. Co tu dużo mówić: kosmiczne podróże kształciły. — No, nie masz — szczerze odpowiedziała. Obyło się szczęściem bez manifestacji brutalnej siły, bez krwawych starć i fatalnej w skutkach konfrontacji. — Posiadasz zadziwiające umiejętności — niechętnie skwitował z piekła rodem popis, sadowiąc się przy niej na brzegu tapczanu. — Kimże więc do diaska jesteś i skąd pochodzisz? — mało oględnie zapytał, z trapiącym go niepokojem zaglądając jej w śliczne oczy, a potem wierzchem dłoni gładząc nieogoloną brodę. — Jaki gatunek reprezentujesz? Czekał na odpowiedź, która ukoiłaby go i przyniosła mu chociaż chwilową ulgę. Zdradzała to jego twarz, na której malował się niepokój. Fatalnie się wkopał i właściwie już gorzej być nie mogło. — To nie takie proste, jak przypuszczasz, kochany — odrzekła po chwili zastanowienia. — Prawdę mówiąc, to nie wiem, kim jestem — przyznała się, z przymkniętymi powiekami krążąc chwilę po esowatym labiryncie swego pochodzenia. Wreszcie obojętnie wzruszyła ramionami i dodała: — A czy to takie ważne? — słodko ziewnęła, zasłaniając sobie śliczne usta. Histeria powoli przemijała. Cóż, musiał sam dojść do tego, kim jest naprawdę jego z pozoru uległa pannica. O dziwo, przyszło mu to bez specjalnego trudu. Posiadł sporą wiedzę, nałykał się jej przez kilka lat, więc nic dziwnego, że doznał olśnienia. Raptownie się poderwał. — Przecież to oczywiste — jego brwi powędrowały wysoko. — Przytargałaś się tu z przyszłości — i to raczej z tej dalszej niż bliższej — wykoncypował. — Z czasów, w których Ziemianie nauczyli się już powracać do minionych chwil i posiedli nieodzowne do takich wypraw wehikuły. Nie zgodziła się z neogeneraninem, a jego euforia wcale nie wydała jej się zabawna. — Ach, żeby to było aż takie proste, mój miły. I czy myślisz, że jest mi z tym łatwo? Właściwie to wy jesteście mi bliżsi niż ludzie — z cicha odrzekła, wyprowadzając go z błędu. — Ekspedycje w czasie. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak to jest pogmatwane — zaświeciły się jej nagle oczy. — Czy byłbyś w stanie wytłumaczyć w kilku słowach przeciętniakowi z dwudziestego wieku, jaka jest twoja ojczyzna? Zwięźle ją opisać? Wyjaśnić, jak się w niej żyje? Co w niej znaczą kierunki: góra i dół? Domyślam się, że nie. Nie inaczej jest z moimi rdzennymi stronami — zamilkła, lecz znowu podjęła ten wątek. — Bądźmy szczerzy, w czasach, z których jakoby to pochodzę, ta planeta już podobno nie istnieje, a przynajmniej nie jest taką, jaką jest tu i teraz, w tym stuleciu — zdradziła mu bez oporów. — Prawdę mówiąc, to w ogóle nie wiem, jaką jest — chyba się trochę poplątała w tych wywodach. — Zresztą, czy to ważne? — odcięła się od tego wszystkiego, smarując w myślach grubą smolistą kreskę. — A zwłaszcza wtedy, kiedy to domem istot rozumnych staje się najpierw Układ Słoneczny, potem Galaktyka, po niej druga i trzecia, cała ich gromada, a wreszcie niezmierzony wszechświat — bez ograniczeń, związanych z czasem i przestrzenią?.. Chodziło mu niejasno po głowie, że przysłano ją z o wiele bardziej odległych rewirów kosmosu niż to sobie wcześniej mimowolnie założył. Jednakże dlaczego ta mglista dal nie była jej dobrze znana? Czyżby opuściła ojczyste strony we wczesnym dzieciństwie, z nieznanych powodów nie mogąc do nich powrócić? — A jednak chyba nadal jesteś silnie związana z gatunkiem Homo sapiens — oświadczył, solennie o tym przekonany. — Twoje ciało jest zaskakująco prawdziwe, dużo prawdziwsze niż moje — uwypuklił tę niby to odkrywczą myśl z odrobiną smutku i zazdrości w głosie. — Homo sapiens?! Gdybyż to tak było... — popadła w niejaką zadumę. — A nie jest? — zapytał. Uśmiechnęła się zagadkowo. — A miałeś jakieś wątpliwości, kiedy tkliwie brałeś mnie w ramiona? — zapytała wykrętnie. Przysiadł przy niej, gładząc jej lekko kręcące się włosy. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że gubi go jego sentymentalizm. Wystarczała odrobina landrynkowatej słodyczy, by popadał w egzaltację i tracił zdolność racjonalnej oceny. — Nie miałem — wyznał szczerze jak na spowiedzi. — I nadal nie będziesz ich miał — cichutko mu obiecała, czule go obejmując i z cichym kocim pomrukiem przyciągając do siebie. — Kocham cię, Yvesie, do szaleństwa — dmuchnęła mu przy uchu. — Gdyby tak nie było, nigdy w życiu nie odważyłabym się pokazać w prawdziwej postaci. Nie taki ze mnie znowu kozak. Miał zamiar jeszcze o coś zapytać, ale zasłoniła mu wąską dłonią usta. Była spragnioną słodkich doznań kobietą i nie dawała mu wyboru, więc czym prędzej zgasił nocną lampkę z abażurem w esy floresy. W ciemnościach znalazła się znowu w jego ramionach.
Bezszelestnie wymknął się do kuchni i przyniósł na tacy dwie filiżanki zaparzonej w próżniowym ekspresie kawy. — Wstajemy! — zawołał. Piękność już nie spała. Przeuroczo ziewnęła, z wdziękiem się przeciągając. Zerknęła na wiszący na ścianie zegar. — Jak to dobrze, że nie mam dziś zajęć — wymamrotała. Cmoknął ją w policzek na dzień dobry. — Oj, nieźle się w nocy, kociaczku, rozrabiało! — wypomniał jej niby to z przekąsem, jednak z uśmiechem na ustach. — Piję bez cukru. Muszę dbać o linię — kapryśnie mu przypomniała, kiedy podsunął jej cukiernicę. — W nocy? — udała zdziwienie, gdy skosztowała smolistego napoju. Odruchowo zasłoniła kołdrą piersi. — Masz na myśli to, czym się sama po amatorsku raz popisałam, czy to, co ze mną z wprawą zrobiłeś, donżuanie, aż dwa razy? Jak na filozofa, to niezgorszy z ciebie Casanova. Pokiwał z rozmysłem głową, przechodząc nad tym pochlebstwem do porządku dziennego. Nie mógł się pochwalić dużym doświadczeniem. — No, tak, potrafisz skrzyżować szpadę — rzucił z uznaniem. Usiadł przy niej. — Trochę chaotyczna była ta nasza nocna pogawędka i nie zdążyliśmy poruszyć kwestii, która dla mnie jest najważniejsza — z rozwagą podkreślił. — Zastanawia mnie chimera, która atakuje mnie i moich współbraci. Wiesz coś na jej temat? — usiłował ją wybadać. Zabawnie uniosła brwi. — Chodzi ci o searaurosa?! — szybko odrzekła, dając mu do zrozumienia, że pytanie jest błahe, z rzędu tych, do których się nie wraca bez popadania w nudę. — Został osaczony i już dawno poradziłabym sobie z nim, gdyby nie to, że znaleźliście się w sieci. I tak już wytrąciłam wam broń z ręki. Rozejrzała się mimochodem za czymś, czym mogłaby się okryć po podniesieniu się z tapczanu, ale nie dostrzegła. Jej czerwony płaszcz kąpielowy Erw bezprawnie wciągnął na swój grzbiet. Pod ręką miała tylko desu. Biustonosz wisiał w łazience. — Ejże, mój drogi — zmieniła raptem temat. — A co ja na siebie założę? — zapytała żałośnie. — Ty, z figurą paryskiej modelki? — zażartował. — Najlepiej ci bez ciuchów. Zresztą, możesz sobie znowu pofruwać. — Też mi dowcip! — fuknęła. — To nie wystarczy? — trzymał w palcach jedwabny szal, który w nocy wyciągnął w łazience z jej torebki. Teraz podniósł go z podłogi. — Yvesie, bądźże rozsądny! — rzuciła, ociupinę się przy tym rumieniąc. Skwapliwie zajrzał do szafy i podał jej jedną ze swoich koszul. Ta w delikatne jasnobrązowe paski była akurat dla niego za duża. Nie zwrócił uwagi na rozmiary, kiedy ją kupował w supermarkecie. Dziewczyna skrzywiła się najpierw z dezaprobatą, ale potem nagle zabłysnęły jej oczy. Nigdy wcześniej widocznie nie nosiła męskich okryć. Pamiętała, że Yves gardzi laskami, w kółko paplającymi o modzie. Sama do takich nie należała. — Wiem, do czego zmierzasz — rzekł, kontynuując tamten wątek. — Chcesz nas ściągnąć z różnych epok i zebrać w jednym miejscu, żebyśmy ci nie przeszkadzali w ujęciu tego zbiega — wykoncypował dumny z siebie jak paw. — Jak sądzisz? Nie mam kłopotów z dedukcją?!.. — pytająco dorzucił. Nieuważnie przytaknęła, niby godząc się w duchu z jego wywodem. Unikała jednoznacznych odpowiedzi. Zaaferowana stanęła przed lustrem, oglądając nową kreację i marszcząc tkaninę w talii. Świetnie w tym stroju prezentowały się jej zgrabne nogi. Zręcznie podwinęła opadające rękawy, a potem zajęła się kremowymi guziczkami, jakoś sobie z nimi z początku nie radząc. Zapinały się przecież na męską stronę, odwrotnie niż przy damskich bluzkach. <... •
|
|||
Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk |
||||