MENU
strona główna» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. z bloga
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. 6
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. z bloga
![]() |
||||
![]() |
![]() |
![]() |
||
MENUstrona główna» fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. z bloga » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. 6 » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. z bloga
|
Winda czasuFragment 4
— Przeszłość i przyszłość — skrzywił się sardonicznie, przypominając sobie pachnący jeszcze farbą drukarską numer kwartalnika naukowego, który rankiem trzymał w rękach. — A jaki sens ma refleksja filozoficzna, którą odarto z pryncypiów? — zdawał się pytać autora artykułu. W tym wymiarze wszechświata bieg zdarzeń pozostawał nieodwracalny, co dokumentnie uzależniało kruche istoty ludzkie od tykającego zegara i od kolejnych kartek kalendarza. Przecudowna właściwość, zwana realnością zjawisk, przysługiwała jedynie temu, co w strumieniu czasu rozgrywało się tu i teraz, hic et nunc. Reszta była czymś ulotnym i mglistym, jakby echem tego, co aktualne, czymś, czego naprawdę nie ma: już to wspomnieniem tego, co zaszło, już to przeczuciem tego, co dopiero miało nadejść. Wydarzeniami z przeszłości zajmowali się na Ziemi historycy, autorzy reportaży, pamiętników i wspomnień, noweliści i powieściopisarze, różnej maści dokumentaliści, czy wreszcie archeolodzy — przyszłość zaś można było jedynie mniej lub bardziej udolnie przewidywać, o ile kogoś bawiły niezobowiązujące igraszki futurologiczne lub chciał się parać literaturą science fiction. Z kolei według przybyszy rzeczywiste było wszystko w czasie, od minus do plus nieskończoności, o ile umiało się w nim podróżować. Przeszłość pozostawała nie mniej realna niż teraźniejszość, podobnie też malownicza przyszłość. Aby wszakże pojąć tę fundamentalną prawdę, należało porzucić nawyk uprawiania żenującej filozofii przemijania i wyrwać się z ograniczeń temporalnych — no i na koniec obznajomić się ze swobodnym poruszaniem się w strumieniu dziejów. Całkiem na miejscu był obraz rzeki, po której dawało się z powodzeniem płynąć z prądem i pod prąd. Bagatelka, wystarczyło się raz tego nauczyć, podobnie jak kraula czy żabki, czy też jak jazdy samochodem. Ziemianom jednak wydawało się brakować naprawdę zdolnych mistrzów i nauczycieli, a gdyby się tacy jakimś cudem znaleźli i usiłowali forsować swoje poglądy, to i tak by ich pozamykano w klinikach psychiatrycznych. Zaświtała Erwowi niejasna myśl, że grecki filozof, Heraklit, był najbliższy genialnego i wstrząsającego podwalinami wiedzy o świecie odkrycia natury czasu, zabrakło mu wszakże odwagi, by postawić kropkę nad i. Ale nie inaczej było z wieloma innymi odkryciami. Przecież system heliocentryczny był już znany w starożytności. I co z tego? Rok akademicki neogeneranin miał już właściwie za sobą, abstrahując od egzaminów końcowych, które jeszcze musiał przyjąć, więc skupił całą uwagę na współbraciach, penetrujących wcześniejsze epoki historyczne. Złośliwa bestia zaatakowała go już dwa razy i dlatego wypadało mu mieć się na baczności. Mogła przecież czaić się gdzieś w rozległych podziemiach Luwru. Ech, gdyby była tylko jednym z tutejszych legendarnych upiorów! — Czuj duch!... — półszepnął do siebie. Próbował dodać sobie animuszu, przepłukując gardło piwem. Bezbłędnie dotarła do Festy i w okrutny sposób rozprawiła się z jej nową służącą. Ponadto napędziła strachu Olbromowi, przeganiając go ze skraju Pustyni Libijskiej do żyznej doliny Nilu. Jak dotąd, omijała szerokim łukiem starożytny Rzym, w którym póki co w miarę bezpiecznie gościł Ran. Strapiony Erw nie spodziewał się, że będą czekać ich na Ziemi tak przykre niespodzianki. Tylko głupiec by się nie bał. Usytuował się na mocno wysuniętej w przyszłość uprzywilejowanej placówce, a to sprawiało, że dźwigał na barkach ogromną odpowiedzialność. Przypadła mu w udziale rola przewodnika tego niewielkiego stada, które nie miało tutaj własnego kąta i dachu nad głową. W dwudziestym wieku gromadzona od pokoleń wiedza o globie nabrała niespotykanego wyrazu. Zaczynała się okrzyczana era informatyczna planety, zaś świat przekształcał się w globalną wioskę. Pod koniec trzeciego tysiąclecia analogiczna rola miała zapewne przypaść w udziale całemu Układowi Słonecznemu. Czy jego przewidywania były trafne? Krzywił się, główkując nad perspektywą ucieczki w dalszą przyszłość. Blokada tego wycinka czasoprzestrzeni, w którym się znaleźli, raczej ją uniemożliwiała. Oczywiście, mogli skorzystać z utajonych arterii windy czasu, czyli usytuować się w samym rdzeniu czasoprzestrzeni, by po przekroczeniu szczeliny, oddzielającej ich od kolejnych wieków dziejów Ziemi, znowu zainstalować się w wybranych miejscach. Nie było to niewykonalne, kiedy jednak planowali wyprawę do innego wymiaru, wykluczyli tę możliwość ze względu na bezpieczeństwo misji. Logistycy z Bettatarii obawiali się, że jeśli ich wysłannicy trafią dalej niż trzeba, mogą zostać zdekonspirowani, a w następstwie tego nawet uwięzieni i straceni. Wpatrywał się w stojącą przed nim na stoliku wysoką szklankę z piwem, powolutku przesuwając ją po śliskim blacie siłą woli, a jego myśli krążyły nad nienawistnym obcym. Wiedział już, jak należy z nim walczyć. Szarpiąca się bestia posługiwała się sugestywnymi i nieomal rzeczywistymi obrazami, wiążącymi się zapewne z okresami historycznymi, z których akurat przybywała. Olbrom ujrzał wyprodukowany w dwudziestym wieku myśliwiec — niewątpliwy rezultat przeskoku hydry wstecz o dwa tysiąclecia. On sam dostrzegł najpierw pterozaura, a potem dużego nosorożca. Pewnie bestia powróciła z zamierzchłych czasów, porzucając park jurajski. Zadrżał, kojarząc sobie te fakty. Czyżby śledziła Olbroma — pomyślał — a ten nie zdawał sobie z tego sprawy? Nosorożec kojarzył się również z Afryką, w której gościł ten neogeneranin. — Kilimandżaro, Tanzania, Kenia, rezerwaty przyrody, safari... — mruknął do siebie z niejakim zdumieniem, przypominając sobie folder, który wpadł mu w oczy w witrynie jakiegoś biura podróży w USA. — A to, co widziała Festa?! — zapytał wreszcie samego siebie i z wrażenia załomotało mu serce. Raptem uświadomił sobie, że porozrzucane elementy łamigłówki układają się w wyrazistą całość, umożliwiając sformułowanie dość przekonującej hipotezy. Dwoje złotych oczu krążyło wokół domu schadzek "U Samarytanina", o czym informowała go ta gorąca miłośniczka czasów Ludwika XIII. — Zgoda — mruknął. — Ale z jaką epoką miałby się wiązać ten skrupulatnie odtworzony obraz? — zapytał pro forma samego siebie. — Dwoje oczu bez ciała? — żachnął się i poczuł, że przenika go nagły chłód. Jeżeli przeświadczenie, że w zamkniętej części czasoprzestrzeni trwa polowanie na grubego zwierza było trafne, to prawdopodobne było również przypuszczenie, że krążące swobodnie oczy są przybliżonym, o ile nie całkiem dokładnym obrazem... myśliwego. Wstał, do głębi wstrząśnięty tym rewelacyjnym odkryciem i z rękami mocno wciśniętymi w kieszenie wyszedł zadumany z pustawego o tej porze dnia lokalu. Neogeneranie nie byli jedynymi obcymi na tej planecie. Oprócz nich nieoczekiwanie pojawił się tutaj osobliwy jarl z innego wymiaru, z uporem tropiący wyślizgującą się mu i stosującą wyrafinowany kamuflaż niedoszłą ofiarę. Kimże lub czymże wszakże była ta nieziemska para? Co sobą reprezentowała? I z jakich stron kosmosu naprawdę przybyła?! Uciekł mu naraz ten wątek, bowiem znienacka wpadł na Sylvie, sterczącą jak słup soli na wprost wejścia do kafejki. Byłby ją przewrócił. Nieobecny myślami miał przez moment niejakie kłopoty z powrotem do rzeczywistości. Złapał ją wpół. Z trudem odzyskała równowagę, przytrzymując się jego rękawa. — Ejże, Yvesie! — śpiesznie się odezwała. — Rozdeptałbyś mnie jak mrówkę. Tak się robi z ładnymi dziewczynami? — Pardon, nic ci się nie stało? — zapytał zaskoczony. — Co, ty tutaj? I pomyśleć, że się za tobą po wykładzie rozglądałem! Szybko podniósł kajet, który upuściła na ziemię, podał jej i odruchowo zajrzał w jej brązowe oczy. Wyglądały tak, jak powinny były wyglądać oczy korzystnie się prezentującej studentki. Najzupełniej normalnie. Nie licząc makijażu. Czy jednak umiałyby one unosić się swobodnie w powietrzu? Bujać się w lekkich podmuchach wiatru? Już był o krok od tego, by rozpaczliwie zagrać va banque i wprost ją o to zapytać, ale ugryzł się w język. Zdążył sobie uzmysłowić, że wypadłby jak ostatni dureń. Nie mógł biegać po Dzielnicy Łacińskiej, zaczepiać znajomych i pytać ich, czy przypadkiem nie pochodzą z innego wymiaru. — Pewnie, że nic, po prostu nie uważasz — karcąco prychnęła, poprawiając okulary. Na szczęście nie spadły jej z nosa. Potem z troską mu się przyjrzała. — Jesteś zmęczony, Yvesie, widać to po tobie — orzekła z niepokojem, jakby do jej najświętszych obowiązków należała troska o jego zdrowie. — I rozkojarzony. Coś mi się wydaje, że dopiero teraz zaczyna wychodzić z ciebie cała ta podróż do USA. Jakoś się pozbierał i nawet z lekka się uśmiechnął, widząc jej współczucie. Dziwnym trafem znalazł się na spalonej pozycji. — To był ostatni wykład w tym semestrze. Nie mam już na uniwersytecie żadnych zajęć, nie licząc egzaminów. Nie muszę się więc niczym przejmować — próbował się usprawiedliwić. — Potem już tylko wakacje. I może wypad na Baleary. Chociaż wolałbym pewnie na Tahiti, ale mnie nie stać na taki wydatek. Przyznała mu rację, zgodziła się i przytaknęła. — Zegar biologiczny — mądrze podpowiedziała. Nie wdepnęła do kawiarenki, o ile w ogóle miała ochotę tam wchodzić. Niespiesznie ruszyli przed siebie, nie zamierzając się rozstać. — Ta podróż nie była wcale taka męcząca — ciągnął podjętą myśl. — Nie ominęły mnie po prostu pewne drobne kłopoty, a przecież każdy ma jakieś na tym zafajdanym globie — wymownie wzruszył ramionami. Czekoladowa pannica, która nieopodal niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, wydawała się być umówiona z Sylvie i chyba na nią czekała. Miała na sobie komplecik dżinsowy, złożony z żakietu i spódniczki mini, a do tego czerwoną bluzeczkę. Zaniepokojona, usiłowała zatrzymać wzrokiem mijającą ją parę. Uprzytomnił to sobie, gdy tylko wpadła mu w oczy. Oglądał jej ciemną twarz pierwszy raz, więc na pewno nie przychodziła do niego na zajęcia. — Ach, zapomniałam ci powiedzieć... — dziewczyna raptownie przystanęła. — Chciałam ci przedstawić Katarzynę — przywołała ruchem głowy Murzynkę, która skwapliwie podeszła, z wdziękiem podając dłoń Yvesowi. — Studiuje archeologię. Pewnie domyślasz się, o co chodzi? Wpadniemy we dwie dziś do ciebie, żeby zrobić porządki w twoim mieszkaniu. Mam nadzieję, że nie uznasz, iż bezczelnie mieszamy się do twoich spraw. Albo że doszłyśmy do wniosku, iż twój apartament przypomina mitologiczną stajnię Augiasza. — Skądże znowu, wręcz przeciwnie — ucieszył się. — Będzie mi bardzo miło. — No to świetnie, a póki co musimy jeszcze zajrzeć do supermarketu, by kupić to i owo... — wyjaśniła, pytająco unosząc brew, na co tamta odpowiedziała lekkim skinieniem głowy. — Ale bez ciebie, tylko byś przeszkadzał. Faceci do tego się nie nadają. Zaopatrzymy w środki czystości. I tak dalej, i tak dalej... Sięgnął do kieszeni po skórzany portfel, otwierając go i zachęcająco wyciągając banknot. — Tyle wystarczy? — zapytał. Sylvie przytrzymała mu rękę. — Coś ty? — uzmysłowiła mu. — Nie tutaj, ludzie patrzą — figlarnie zażartowała. — Czy wyglądamy na takie łatwe? Katarzyna z cicha zachichotała. Widocznie uwielbiała przekomiczne podbramkowe sytuacje. — Ależ macie pomysły? — wymamrotał, nie zgłaszając zastrzeżeń. Z niedowierzaniem pokręcił głową. Przypilnowała, by schował portfel do kieszeni marynarki, a potem pieszczotliwie poprawiła mu krawat. Gdy odchodziły, dyskretnie się rozejrzał, ale nie zauważył, żeby ktoś postronny zwrócił na nich uwagę.
Mieszkanie lśniło czystością, a ławę ozdobiły nawet świeże kwiaty w kryształowym flakonie. Laski cicho gawędziły. Na jego widok Katarzyna migiem się podniosła, zbierając się i szykując się do wyjścia. Próbował ją zatrzymać, ale bez skutku — zręcznie się wymówiła pilnymi zajęciami. Wybiegła, pozostawiając go sam na sam z Sylvie, bo widocznie tak się wcześniej piekielnice umówiły. — Chyba będę musiała wziąć kąpiel — rozsądziła dziewczyna, poprawiając nieco zmierzwione włosy i z lekka się przeciągając. — A jeszcze sobie zaplanowałam, że przygotuję ci kolację. Obejrzał wszystkie zakamarki i aż gwizdnął z podziwu. — Jesteście czarodziejkami — orzekł ze znawstwem. — I to wszystko w dwie godziny? Przytaknęła, obrzucając go uważnym spojrzeniem. Docenił ich wysiłek, nie kpił sobie i stwarzał wrażenie usatysfakcjonowanego. — Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeżeli skorzystam teraz z twojej łazienki — ostrożnie wróciła do podjętego wcześniej tematu. Wzruszył obojętnie ramionami. Przejechał palcami po regale z książkami. Ani śladu kurzu. — Cały czas z niej korzystałyście — rzekł bardzo rozsądnie. — Chyba wiesz, gdzie są ręczniki — dorzucił. — I weź sobie ten czerwony płaszcz kąpielowy, który tam wisi. Nie był używany. Uprzytomnił sobie, że jest zanadto zasadniczy. Próbował to naprawić i ciepło uśmiechnąć się do Sylvie, ale dziewczyna już przepadła, zamykając za sobą drzwi od łazienki. Usłyszał szum płynącej wody. Zatopił się więc w swoim ulubionym fotelu, znieruchomiał, kręcąc palcami młynka i dumając nad tym, do czego jeszcze doprowadzi ten zastanawiający babski scenariusz, niezawodnie powstały przy pełni księżyca. — Co się roi w tej przecudnej główce? — wstydliwie półszepnął do siebie. — Co ona knuje? Odpowiedzi na to lękliwe i mało męskie pytanie nie musiał daleko szukać. Cóż, jakoś dotąd nie myślał poważnie o tym, żeby wcielić się w rolę zdobywcy niewieścich serc. Czy miał zadatki na Casanovę? W zasięgu ręki znalazł zdjęty z półki album z reprodukcjami płócien wielkich mistrzów pędzla. Zapobiegliwa dziewczyna pozostawiła tom otwarty na stronie z parą kochanków w pełnej powabu miłosnej pozie. Siedział nadal w fotelu, gdy pojawiła się, poprawiając płaszcz frotté, który na siebie narzuciła. Na jej twarzy rysował się stan słodkiego i błogiego zagubienia. Włosy miała wilgotne. Zaczynała kroczyć wąziutką, chyboczącą się kładką, z której można było bezpowrotnie spaść w przepaść bez dna. Za oknami kładł się już szary mrok, jednakże Erw nie zapalił światła. — Czy możesz mi wysuszyć włosy? — cichutko zapytała. Wziął od niej suszarkę. Nigdy nie próbował bawić się w damskiego fryzjera, więc przez kilka sekund gorączkowo się zastanawiał, gdzie ją posadzić. Trafili ostatecznie na jego szeroką kanapę, zajmującą sporą cześć sypialni. Na stoliczku z nocną lampką czekały dzieła Sartre'a i Camusa. Dziewczyna usadowiła się na brzegu, odsuwając miękkie poduchy i wystawiając w jego stronę mokrą głowę. Włączył urządzenie i dmuchawa zaczęła prawie bezszelestnie pracować. Jej włosy przyjemnie pachniały górską łąką i uzmysłowił sobie, że szampon o takim właśnie zapachu trzymał na brzegu wanny. — Chyba do tego jest jeszcze potrzebny grzebień — głośno się domyślił, widząc, że sobie nie radzi. — Taka szczotka do modelowania — miał przebłysk geniuszu. Odwróciła się na krótko w jego stronę. — Możesz rozczesywać włosy ręką — skwapliwie mu podpowiedziała. Poddawała się delikatnemu dotykowi, nie kryjąc tego, że sprawia jej niezwykłą przyjemność. — Teraz musisz się odwrócić — zawyrokował, gdy ujrzał pierwsze efekty swojej pracy. Nawet dobrze mu szło. — Pewnie mogę konkurować z tym znanym paryskim mistrzem. Jak się on nazywa? Aha, Antoine... — zaburczał z niejakim ożywieniem. — Jak mój dozorca... Usiadła przed nim po turecku, odruchowo zasłaniając sobie szlafrokiem nogi, a jej twarz znalazła się tuż przy jego piersi. Zajrzała mu w błagalnie oczy. Jakiś przebłysk światła wprost z Olimpu sprawił, iż pojął, że powinien czym prędzej odłożyć suszarkę i bezzwłocznie zająć się jej wilgotnymi zmysłowymi ustami. Te rozchylone wprost błagały o namiętny pocałunek. Miękko się poddał się temu nieoczekiwanemu imperatywowi, nie napotykając ku swemu najwyższemu zdumieniu żadnego oporu ze strony spragnionej pieszczot dziewczyny — i nim się spostrzegł, jego skromna, nieomal spartańska męska sypialnia zawirowała jak karuzela, zamieniając się w rozkoszne miłosne sanktuarium, jakim dotąd nigdy nie była. |
|||
Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk |
||||