|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

MENU

strona główna

  winda czasu
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. z bloga

  obcy z alfy centauri
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. 6

  zdrada strażnika planety
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. z bloga

  przyloty na ziemię


Winda czasu


Fragment 3

D

opiero teraz pojął, co zmieniło się w jej wyglądzie. To fakt, że tego dnia odziała się bardzo zalotnie, jakby się wybierała na ekscytującą randkę i skrycie liczyła na oszałamiający efekt. Naprawdę jednak odmłodziło ją coś innego, a mianowicie — nie miała na nosie dużych rogowych okularów. Te, w których zwykle przychodziła na wykłady, kryły rysy jej twarzy przed wścibskim wzrokiem mężczyzn. Przyjrzał się gładkiej dziewczęcej buzi. Usta miała wydatne, zmysłowe i jakby stworzone do całowania, a oczy gorące. Jej spojrzenie prawie parzyło.

— Faktycznie, byłem w Waszyngtonie. I nie tylko tam — westchnął, podejmując ten temat. — Podróżowałem po Stanach Zjednoczonych — wyciągnął się wygodnie w fotelu. — Niestety, nie miałem czasu na podrywanie babek. Zresztą, gdzie na kuli ziemskiej znalazłbym dziewczynę tak urodziwą i inteligentną jak ty, Sylvie?..

Niewiele brakowało i oblałaby się pąsem. Podniosła się i z lękiem pomyślał, że chce go już pożegnać.

— Dziękuję za komplement — roześmiała się. Wzięła do rąk ciężkawe buchy, z którymi przyszła. — Gdzie ci je wstawić? — wskazała za siebie na regały, które wypełniały dwie ściany sąsiedniego pokoju.

Pomógł jej znaleźć właściwe miejsce na półce. Musiała przesunąć grot strzały Masajów i zielony przycisk do papieru. Ten ostatni przeniosła na stojące przy oknie zagracone biurko z licznymi szufladami. Leżało na nim kilka otwartych książek i czasopism naukowych. Gdyby była bystra, zorientowałaby się, że wprawdzie sporo czytał, ale prawie wcale nie robił notatek. Bazował na doskonalej pamięci i zupełnie przecież nieziemskiej umiejętności szybkiego przyswajania sobie danych. Z boku biurka znaczyła się błyszcząca ciemna walizka ze skóry. Oczywiście, miał maszynę do pisania. Raczej starego remingtona przykrywał otwarty grzbietem do góry archiwalny numer biuletynu bibliograficznego.

Mimochodem dotknął grzbietu książki.

— Dzieła Arystotelesa, a jakże. Tylko, czy na pewno je przeczytałaś?

— Oczywiście — nieznacznie się obruszyła. — To i owo już wiem o metafizyce Stagiryty, pomijając jego przyrodoznawstwo...

— Taaa... wszyscy studenci tak twierdzą. No to pomówmy o złożeniach bytowych — żartobliwie zaproponował. Znowu znaleźli się w fotelach. Jej zgrabne nogi nadal przyciągały jego uwagę. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że dziewczyna zdejmie pantofle i oprze stopy na jego kolanach. Ależ by miał frajdę! Doszedł nagle do zdumiewającego wniosku, że zamiast przepytywać ją z poglądów starożytnych filozofów, powinien jej zaproponować podniecającą zabawę, polegającą na szeptaniu sobie do ucha różnych świństw. Na przykład czegoś w stylu: "Wyobrażam sobie, że wkładam ci rękę pod bluzkę, a ty przeciągasz się z rozkoszą!.."

— Mogą być złożenia bytowe — potulnie się zgodziła, ale nie bez odrobiny kokieterii. — Jednak nie mogę z tobą rozmawiać, Yvesie, bez odpowiedniego... hę... stymulatora.

Zrobił wielkie oczy. Dziewczyna ciągle go czymś zaskakiwała. W jednej sekundzie przeniósł się trwożnymi myślami do Festy i do nieprzyzwoitego aparaciku, o który go kiedyś poprosiła. Jak się to fikuśne urządzenie nazywało? A, wibrator.

— Bez... czego?.. — ostrożniutko zapytał.

Uśmiechnęła się i wyjęła pomadkę do ust, a następnie maleńkie okrągłe lusterko. Potem schowała te drobiazgi z powrotem do torebki. Wargi miała wilgotne, świeże i błyszczące. Nie musiała ich poprawiać.

— Zwykle gawędzimy przy kawie — wyjaśniła z niezmąconym spokojem, widząc, że nie domyśla się, o co jej chodzi.

— Ach, oczywiście! — klasnął w dłonie. — Uciekło mi to z głowy, jak pragnę zdrowia. Jak ja traktuję tak miłego gościa, ależ ze mnie gamoń. Zaraz się tym zajmę.

Poszła za nim do kuchni, rozejrzała się i wyręczyła go przy ekspresie, mimochodem zaznaczając, że zajrzy tu któregoś popołudnia, aby trochę posprzątać. Panował tam typowo kawalerski bałagan. A gdy znaleźli się w salonie przy parujących filiżankach, postawiła kolejny warunek.

— Najpierw ja ci odpowiem na pytania, dotyczące Arystotelesa, a potem ty się ustosunkujesz do wybranego przeze mnie tematu...

— Jaki to temat? — zainteresował się, lecz nieopatrznie dla siebie. Zapadał się w jej sidła.

— Mam przygotowanych dziesięć zestawów, jak w teleturnieju — objaśniła z powagą. — Strzelaj, może nie ominie cię szczęście!

Pokręcił z powątpiewaniem głową. Nie przepadał za grami losowymi.

— Niech będzie dziesiątka — zaryzykował, niewiele się namyślając.

Skrzywiła się z udawanym niezadowoleniem. Wydawało się, że powinna go natychmiast skarcić za wyjątkową frywolność.

— Pytanie brzmi: Czy można uprawiać miłość fizyczną w kosmosie? — rzuciła trochę żartobliwie, a trochę zaczepnie. Z jej oczu przezierała odrobina lęku, bowiem nie była pewna tego, czy nie przeholowała.

— Ha, ha, ha!.. — był setnie ubawiony. — Czemu nie? — wyjawił. — Możemy i o tym pomówić — odrzekł wykrętnie. — Ale to będzie przeskok od Arystotelesa do Platona. Przy takim temacie wypada przecież odwołać się — w pierwszej kolejności — do mistrza Akademii — droczył się z dziewczyną.

Na jej twarzy rysowała się odrobina zawodu.

— Do Platona? — skrzywiła się. — A cóż on może mieć wspólnego z lotami w kosmos? A poza tym chyba wolał chłopców...

Panował nad sytuacją i to go cieszyło.

— Zacznijmy zatem od złożeń bytowych — wrócił do roli wykładowcy filozofii. — Dość dobrze cię znam, Sylvie, więc domyślam się, że chowasz w zanadrzu coś niezmiernie oryginalnego. Już kiedyś mimowolnie wspomniałaś, że twórczo zdynamizowałabyś metafizykę Stagiryty, uzupełniając jego teorię złożeń o nowy element...

Oczy jej zabłysły. Erw odwołał się do jej intelektu i to poskutkowało. Skupiła uwagę na tym, czym chciała się z nim podzielić, zapominając na moment, że jest spragnioną uznania i miłości kobietą.

— Arystoteles sądzi, że byty są złożone z możności i aktu, z materii i formy, z substancji i przypadłości oraz z istoty i istnienia — wyrecytowała. — Otóż, uważam, że ta bilateralność złożeń nie wpływa korzystnie na jego ontologię, która jest przez to sztywna i nadmiernie statyczna. Jeśli chodzi o mnie, to wprowadziłabym jeszcze pośredni element w każdej parze złożenia. Zamiast o możności i akcie, uczyłabym więc o możności, aktualizacji i akcie; zamiast o materii i formie mówiłabym o materii, kształtowaniu i formie; i tak dalej, i tak dalej...

Napił się dobrze zaparzonej kawy, w skupieniu słuchając jej wywodu. Gdy angażowała się w jakieś teoretyczne kwestie i zagadnienia, nabierała nagle większej pewności siebie, ale i tym samym dystans między nią a młodym naukowcem gwałtownie malał. Perorowała teraz zawzięcie, odważnie modyfikując system myślowy, który dla zdecydowanej większości komentatorów Arystotelesa był nietykalny i nienaruszalny.

Przerwał jej w pewnej chwili, godząc się z nią, lecz nie do końca.

— To ciekawe i piękne, tyle tylko, że kłóci się z rozumieniem ruchu u Stagiryty — zaoponował z niejakim znawstwem. Miał to poukładane w głowie. A co więcej, był w starożytnej Grecji i rozmawiał osobiście z tym filozofem, o czym jego pojętna studentka nie mogła wiedzieć. — Wprowadzając dodatkową składową do złożeń bytowych, odwiesiłabyś na kołek koronną zasadę, zgodnie z którą nie można mówić o ruchu w przypadku substancji...

Omal się nie podniosła z fotela. Wcale jej tym nie zaskoczył, a wprost przeciwnie. Wycelowała w niego palcem, nie kryjąc zadowolenia. Teraz była jeszcze bardziej podekscytowana.

— I tu się mylisz, Yvesie! — z podnieceniem wycedziła. — Ruchem jest urzeczywistnianie się bytu potencjalnego jako takiego — rzuciła z pamięci definicję, podaną przez Arystotelesa. — Tak czytamy w trzeciej księdze "Fizyki". Oczywiście, w piątej księdze tę definicję Stagiryta zawęża, zaznaczając, że nie obejmuje ona substancji. Tym niemniej... — perorowała, zabierając się za szczegółowe objaśnianie swego swoiście rewolucyjnego i zarazem światoburczego stanowiska.

Złożył ręce jak do modlitwy i milcząco przytakiwał, godząc się z jej wywodem. A kiedy skończyła, oznajmił:

— Powinnaś poświęcić się, ani chybi, pracy naukowej. Jesteś naprawdę w tym dobra. No i ten ogień w oczach...

— Tak uważasz? — zmarszczyła brwi. — Dziękuję za pochwałę! — Nagle przypomniała sobie, że i ona miała przepytać swego uczonego rozmówcę. — A propos — zmieniła raptownie temat. — A co z tą miłością w kosmosie? Odpowiadaj. Mikrofony w studiu włączone.

Wyciągnął się wygodnie w fotelu. Minę miał poważną, prawie taką, jak podczas wykładów, ale było widać, że ma zamiar sobie pożartować.

— Och, to silny popęd — zawyrokował, cmokając przy tym z udawanym znawstwem. — Tłumienie go, na przykład przez wiele miesięcy lotu na Marsa, mogłoby źle wpływać na astronautów obojga płci.

Zachichotała wstydliwie.

— Ale jak to robić w stanie nieważkości?

— No, właśnie — wahał się przez krótką chwilę nad odpowiedzią. — Przynajmniej jeden z partnerów musi być do czegoś przywiązany.

Ugryzł się natychmiast w język, ale było już za późno. Pojął, że dał się wpędzić w misternie zastawioną pułapkę.

Znowu zachichotała. Chyba na to czekała.

— Przywiązany? — dobrała mu się do skóry. — Jest pan zboczony, monsieur Duquoc — zawyrokowała radośnie, uderzając w wysokie tony, a potem odważyła się i zaczepnie rzuciła w niego pokrytą aksamitem poduszeczką z fotela. Zaraz też podniosła się i rozstrzygnęła: — Chyba już najwyższy czas, żebym sobie poszła!


|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved
This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk

1