|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

MENU

strona główna

  winda czasu
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. z bloga

  obcy z alfy centauri
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. 5
  »  fragm. 6

  zdrada strażnika planety
  »  fragm. 1
  »  fragm. 2
  »  fragm. 3
  »  fragm. 4
  »  fragm. z bloga

  przyloty na ziemię


Winda czasu


Fragment 2

Z

nalazł się wreszcie w Paryżu, za którym nieco się stęsknił, tu go przywitał mglisty wrześniowy poranek, ale nagle się poczuł osamotniony i zdezorientowany, jakby trafił do obcego miasta, oglądanego po raz pierwszy w życiu. Błyszczący nowością próżniowy maglev, do którego w ostatniej chwili wsiadł w Perth Amboy, miał tam bowiem niejakie kłopoty z uregulowaniem należności za bilet, rychło osiągnął zachodnie wybrzeża Europy, wynurzając się spod dna Atlantyku na styku z linią, biegnącą z północy i prowadzącą pod kanałem La Manche. Skład rozwijał zawrotną prędkość, dochodzącą do dwóch tysięcy kilometrów na godzinę. Korzystając z jasno oświetlonych przejść w rozległym terminalu, przesiadł się na pociąg, który miał ruszać do Paryża. Jego przedział wybrało dwóch podeszłych wiekiem Chińczyków z rzadkimi długimi brodami, ale ci mieli ochotę na drzemkę, więc nie mógł liczyć na to, że wypełni czas pogawędką.

Wyszedł z dworca. W ciągu stu lat sporo się zmieniło w tej europejskiej metropolii z wieżą Eiffla jako znakiem rozpoznawczym i odniósł wrażenie, że ktoś go zdzielił obuchem. Przypominał mającego trudności z językiem francuskim sierocego obcokrajowca, który za jedynego doradcę ma nieco już przestarzałe wydanie przewodnika turystycznego z oślimi uszami. Musiał nieźle wysilać makówkę, żeby się nie pogubić w morzu szokujących go rozwiązań. Pomyślał o taksówce, te jednak były chyba w stu procentach we władzy komputerów, bo w żadnej nie dojrzał kierowcy, więc zniesmaczony zrezygnował, lękając się w duchu tego, że się zdekonspiruje. Sterczał jak głupi na rogu ulicy, usiłując dociec, jak zejść do stacji metra. Dałby głowę, że sto lat temu były schody w miejscu, do którego właśnie dotarł, teraz zaś wznosił się tam oszklony parterowy pawilon o niewiadomym przeznaczeniu. Przecinające go we wnętrzu bandy z otwieranymi ściennymi szafkami kojarzyły mu się z dworcową przechowalnią bagażu. Ostatecznie machnął na to ręką, bowiem dojrzał w oddali znajomy skwer, przy którym niekiedy się zatrzymywał w drodze powrotnej z Dzielnicy Łacińskiej.

— Co za palant ze mnie. Nareszcie jakiś punkt odniesienia! — pokrzepił się odkrywczą myślą, udając się w tamtą stronę.

Wrócił myślami do wyszykowanej na wiedźmę babki, która zabrała obszarpanego autostopowicza z nadmorskich okolic Atlantic City. Okazała się nadzwyczaj rozmowna, rozkręciła się, sypała jak z rękawa dowcipami i nie szczędziła dobrych rad, które Bogiem a prawdą bardzo mu się przydały. Gdyby nie ona, miałby się z pyszna. Dokładnie go instruowała, co i jak, jakby był cierpiącym na zanik pamięci pacjentem, któremu musi się wszystko wbić do głowy. Amnezja wsteczna? Przejściową mógł wywołać nawet przypadkowy upadek. Męczyło go przy niej wrażenie, że jest psiskiem, które trzeba poddać szybkiej tresurze, by czworonożne biedaczysko poradziło sobie z przeprawą na drugą stronę Atlantyku, ale nie miał o to do niej pretensji. Na swój sposób go oczarowała. Może rzeczywiście była lekarzem psychiatrą, a nie weterynarzem?

Przy pokrytym śniedzią pomniku, który wzniesiono w tym zakątku w dziewiętnastym wieku, nie czuło się tak bardzo upływu czasu. Doszedł tam bez pośpiechu, zanurzając się następnie między nieco przygasłe, ale gęste krzewy. Uznał je za wystarczającą kryjówkę. Chroniąc się przed ciekawskimi oczyma, lecz nadal zachowując postać Davida O'Connora, dokonał rajdowego przeskoku czasoprzestrzennego, nieodwołalnie żegnając dwudziesty pierwszy wiek, do którego wbrew jego woli wyprawiła go napastliwa bestia.

Właściwie mógł już w USA uporać się z popieprzonym transferem i wrócić do tamtego dnia, z którego go wypchnął złośliwy kosmiczny stwór — dzięki czemu ominęłyby go kłopoty, związane z podróżą na drugą półkulę w najeżonym przeszkodami dwudziestym pierwszym wieku — ale na to się nie pokwapił, kierując się instynktem samozachowawczym. Lękał się niepowodzenia. Manewry "na styk" niosły z sobą pewne ryzyko, bowiem jak z doświadczenia kosmicznych przybyszy wynikało zdarzały się na Ziemi transfery niedokładne. Lekkomyślnie cofając się w czasie, mógł nadziać się na samego siebie jak na widelec i załatwić się na amen. Byłoby po nim. Przy tych samych lub zbliżonych parametrach geograficznych względy bezpieczeństwa dyktowały odstęp przynajmniej dziesięciodniowy. Jednak gdyby się zmaterializował w Ameryce o dwa tygodnie później, czyli gdzieś końcem maja 1979 roku, nie zdążyłby na czas do Paryża i diabli by wzięli sesję egzaminacyjną i jego ambitne przedwakacyjne plany naukowe. Dużo lepsza więc była druga opcja i przy niej ostatecznie pozostał.

Była to szybki i sprawny przerzut, a Erw trafił dokładnie tam, gdzie chciał. Przez kilka sekund czuł się zamroczony i odurzony, a w głowie coś mu przedziwnie gwizdało i świstało. W czasie chronoskoku stracił równowagę i wywinął kozła, lądując na trawie. Nic mu się nie stało, ale przez chwilę bezradnie się gramolił. Potem wsparł się na łokciach i badawczo rozejrzał się dookoła. Przysłonił ręką oczy. Dogrzewało przedpołudniowe słońce, a pokryte soczystą zielenią krzewy były obsypane białym kwieciem. Zmełł w ustach przekleństwo. Nie miał szczęścia i ktoś go nakrył na transferze. Karmiąca obok gołębie i wyglądająca jak konsjerżka tęgawa starsza kobieta o ziemistej żółtej cerze znieruchomiała, przyglądając mu się cokolwiek podejrzliwie. Wydawało się, że i jemu sypnie okruchów, które właśnie trzymała w uniesionej do góry dłoni.

— Skąd się pan tu wziął, monsieur? — próbowała ostrożnie go wybadać, gdy już ochłonęła. Jakoś nie dowierzała własnym oczom. — Coś trzasnęło i przelękłam się, że to leci figura z postumentu...

Z przestrachem zerknął na pokrytego śniedzią nieśmiertelnego jegomościa, ale ten nadal tkwił na swoim miejscu, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w perspektywę ruchliwej ulicy. Takich nie obchodzili kosmici i mieli w nosie podróże w czasie.

— Och, nic takiego — szybko wyjaśnił, podnosząc się z trawy i otrzepując porządne nowiutkie ubranie, które nabył w Perth Amboy, notabene stylizowane na dwudziesty wiek. Spodnie miał nieco przybrudzone jak szkrab, który uwielbiał jeździć na kolanach. — Wydaje mi się, że wczoraj wieczorem... eee... za dużo wlałem za kołnierz — ołgał swoją rozmówczynię, a na jego twarz wypełzł rumieniec wstydu. Niczego innego nie umiał na poczekaniu wymyślić. — Wie, pani, jak to jest, kiedy spotka się starych kumpli. Bywa, że się przeholuje. Pamiętam, że wyszliśmy z jakiejś knajpy, a potem... urwał mi się film...

Wzięła jego bajdurzenie o piciu za dobrą monetę, bo już go więcej o nic nie pytała, wracając do karmionych ptaków i pokazując mu plecy. Nie miał rozbieganych nerwowo, chytrych, przekrwionych oczu, więc pewnie uwierzyła mu na słowo. Nie wyglądał na zabiedzonego kloszarda, ale na przyzwoitego i nadzianego faceta. A i tacy miewali przecież skłonność do nadużywania mocnych trunków, chociaż z reguły z tym się nie obnosili. Mógł więc spokojnie się oddalić, tym razem znajdując stację metra. Wybąkał "do widzenia" i "przepraszam" na rozstanie, ale mu nie odpowiedziała. Solidne kamienne schody były tam, gdzie powinny były być. Musiał jeszcze postarać się o nową fizys, ale to ostatnie zadanie odłożył na później, uznając, że dokona transformacji dopiero wtedy, kiedy już dotrze do mieszkania, które pożegnał na przełomie kwietnia i maja. Akurat z tym nie musiał się spieszyć. Davida O'Connora nikt przecież nie znał nad Sekwaną.

Kiedy skręcił w ulicę, przy której mieszkał, zatrzymał się i kupił poranną gazetę, chcąc się ostatecznie upewnić, że przenosząc się w czasie niczego nie pokręcił. Rozłożył ją, idąc powoli, ale przede wszystkim sprawdził datę na pierwszej stronie. Zgadzała się z tą na bilecie z metra. Odetchnął z prawdziwą ulgą, konstatując, że znalazł się w Paryżu czternastego maja 1979 roku. Właśnie na ten dzień planował powrót zza Atlantyku.

— Wszystkie klocuszki poukładane — miauknął pod nosem. — Ależ mi się udało? Jakoś przebrnąłem przez ten labirynt. Jutro zatem jak gdyby nigdy nic wracam na uczelnię. I po bólu..

Piętnastego z samego rana czekał go okolicznościowy wykład na temat średniowiecznych przekładów dzieł Arystotelesa, a potem miał się spotkać z kilkoma studentami, pragnącymi w terminie zerowym przystąpić do egzaminu, aby ustalić, kogo, kiedy i gdzie będzie mógł przyjąć i przemaglować.

Przed starą, ale zadbaną kamienicą, w której wynajmował mieszkanie, wyczekująco się zatrzymał, nie chcąc, żeby go ujrzał i zapamiętał dociekliwy dozorca. Chwilę trwały jego telepatyczne manewry, aż wreszcie udało ma się wypłoszyć siedzącego za kontuarem koślawego Antoine'a, który zniknął gdzieś na zapleczu. Wszedł przez oszklone drzwi, a potem prawie na palcach zbliżył się do windy. Ta czekała akurat na parterze, więc nie musiał robić hałasu i ściągać jej z góry.



W

apartamencie, który zajmował po wysłanym na tamten świat poprzedniku, przez dwa tygodnie jego nieobecności nic się nie zmieniło. Prawdziwy Yves Duquoc tu nie straszył. Nie wyglądał zza grobu. Przybyło tylko trochę kurzu. Zrzucił z siebie podróżne łachy, przyglądając się z ciekawością szwom luźnej bluzy i dżinsowych spodni. Później obejrzał miękkie buty na elastycznych podeszwach, wykonane ze znakomitej imitacji jasnobrązowej skóry. Stanął przed dużym lustrem, z odrobiną nostalgii żegnając postać O'Connora. Twarz Amerykanina z lekka się zamazała, tracąc swe wyraziste rysy i ustępując miejsca obliczu trzydziestoletniego naukowca.

— Cześć, stary pacanie! — z nieskrywanym entuzjazmem szczeknął do znajomego odbicia. — Ale masz fart. Nic się nie zmieniłeś...

Uporał się do końca z metamorfozą, uświadomił sobie, że nie strzygł się przez trzy tygodnie, fryzjera miał za rogiem ulicy, więc odrobinę wydłużył sobie włosy, wrzucił do szuflady dużej komody ciuchy z dwudziestego pierwszego wieku, a następnie przyniósł z łazienki płaszcz kąpielowy. Ten też był po poprzedniku. Gdy zakładał go na siebie, usłyszał gong. Znieruchomiał, a serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.

— A niech to!.. — zduszonym głosem wymamrotał.

Nikogo się nie spodziewał. Przed oczyma stanęli mu jak żywi dwaj agenci FBI, ustawicznie żujący gumę rosły blondyn i Murzyn w garniturze w prążki, a potem udający pastora lub księdza dziwny starzec z pociągu, pędzącego z Richmond do Waszyngtonu. Chwilę się wahał, nie wiedząc, co począć, a wreszcie z duszą na ramieniu wyjrzał przez wizjer, spodziewając się najgorszego. Za drzwiami nie było jednak żadnej wynaturzonej bestii z innego wymiaru, ani jej agresywnych wysłanników. Ujrzał natomiast czarującą Sylvie, szczuplutką i wysoką studentkę, zawsze poprawiającą mu samopoczucie. Ta jakimś cudem dopadła go tuż po przyjeździe. Cóż, widocznie nie brakowało jej intuicji.

Szeroko otworzył, z uśmiechem zapraszając ją do mieszkania. Ostrożnie przekroczyła próg, ciągnąc za sobą zapach dobrych perfum. Z niepokojem rozejrzała się po salonie, zaglądając do gabinetu, drzwi były szeroko otwarte i niepewnie zezując w stronę kuchni i łazienki, a potem z wysoko uniesionymi brwiami zwróciła się do niego. Z jej oczu wyczytał, że spodziewała się u niego jeszcze kogoś zastać.

— Nie ma tu tego... mężczyzny? — zapytała konspiracyjnym szeptem, zaglądając w twarz Erwowi. — To znaczy... tego gościa po czterdziestce?

Ogarnęło go bezbrzeżne zdumienie. Spoglądał na jej delikatną buzię, którą okalały starannie rozczesane włosy. Dziewczyna miała na sobie podkreślającą jej kształtne piersi obcisłą bluzkę i równie obcisłą spódniczkę mini. Na uczelnię przychodziła zwykle skromniej ubrana. Pod ręką trzymała dwie pokaźne książki.

— Jakiego... znowu... mężczyzny?!

Zawahała się, a potem zaczęła szybko się tłumaczyć.

— Gdy wróciłeś, Yvesie — powiedziała do niego po imieniu. — To znaczy, gdy wchodził do ciebie ten facet, jakieś piętnaście minut temu... Stałam akurat na półpiętrze i biłam się z myślami, nie wiedziałam, czy wypada mi przeszkadzać. Chyba otworzył twoimi kluczami. Liczyłam, że zaraz wyjdzie. Odczekałam ten kwadrans, potem jednak zdecydowałam się podejść. Mam te dwa tomy z twojej biblioteczki i chciałam ci je zwrócić. Jeżeli to ktoś z twojej najbliższej rodziny i pewnie jest w łazience, to zmykam, nie mogę wchodzić mu w drogę...

Umysł neogeneranina pracował na wysokich obrotach. Nie miał szczęścia z tym powrotem z Ameryki i ciągle ktoś mu mieszał szyki. Kurczowo złapał się pierwszego pomysłu, jaki mu wpadł do głowy, uznając, że mu przyniesie ratunek. Łagodnie się roześmiał, niby to z podziwem kręcąc głową.

— Niechcący odkryłaś moją malutką tajemnicę — wychrypiał z niejakim zakłopotaniem. Podszedł do komody i wyjął z szuflady ubranie z dwudziestego pierwszego wieku. — Ten mężczyzna, którego ujrzałaś przy drzwiach, to żaden inny facet, tylko ja, po prostu udana charakteryzacja — lawirował, wciskając jej niezły kit. — Takie hobby zdziwaczałego naukowca, który czasami chce się oderwać od zakurzonych woluminów i spojrzeć na świat cudzymi oczyma...

Chyba uwierzyła w te brednie, choć wydawało mu się, że nie powinna. Nie czekając na zaproszenie usiadła w głębokim fotelu.

— Tak właśnie przypuszczałam — z ogromną ulgą wyjawiła. — Czułam, że to ty, ale przecież ten facet nie był podobny do ciebie. No, może wzrostem. Nie bój się, nikomu o tym nie powiem — solennie mu obiecała, a jej oczy zabłysły. — A na pedała i tak przecież nie wyglądasz — usiłowała go nieudolnie pocieszyć.

Rozejrzała się po salonie, lustrując z uwagą perski dywan i jasne tapety w delikatne kwiaty. Była u niego w mieszkaniu drugi raz, jednak poprzednio przyciągnęła ze sobą niemrawego długowłosego młodzieńca w obciągniętym swetrze i wypchanych welwetowych spodniach — zapewne po to, by odegrał rolę przyzwoitki. Przy pryszczatym studencie nie czuła się jednak swobodnie. Teraz, gdy się okazało, że są znowu sam na sam — jak zawsze wtedy, kiedy wybierali się razem na kawę i zaszywali się w ciemnym kącie kawiarenki — wróciła jej pogoda ducha.

Schował z powrotem bluzę i spodnie, a potem zajął drugi fotel, zdejmując z niego rozłożone czasopismo naukowe.

— Wyszczuplałaś? — rzucił, by wypełnić czymś ciszę. Starał się nie przyglądać jej wyjątkowo zgrabnym nogom. Przyszła mu do głowy absurdalna myśl, że dziewczyna codziennie się plątała w pobliżu jego okien i dyskretnie sprawdzała, czy przypadkiem już nie wrócił. Miłości nie dawało się logicznie wytłumaczyć. Przed wyjazdem mimochodem wspomniał, że nie będzie go przez pewien czas. Nie sądził, że Sylvie tym się tak bardzo przejmie.

Smutna iskierka pojawiła się w jej pięknych oczach, ale zaraz zgasła.

— Ty też trochę schudłeś... — roześmiała się, pokazując białe zęby. — Wiadomo, z pewnością za Atlantykiem poderwałeś kilka zgrabnych lasek... — rzekła zadziornie. Na jego twarzy pojawił się wyraz niebotycznego zdumienia, więc szybciutko dorzuciła: — Wpadłam na ciebie przypadkiem w porcie lotniczym, wyobraź sobie, tuż przed twoim odlotem. Nie byłabym sobą, gdybym się nie zainteresowała, dokąd się wybierasz. Byłeś tak zaaferowany, że mnie w ogóle nie zauważyłeś. Pakowałeś się do Waszyngtonu, sam, bez osoby towarzyszącej...


|     strona główna     |     winda czasu     |     obcy z alfy centauri     |     zdrada strażnika planety     |     przyloty na ziemię     |

Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved
This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk

1