MENU
strona główna» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. z bloga
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. 5
» fragm. 6
» fragm. 1
» fragm. 2
» fragm. 3
» fragm. 4
» fragm. z bloga
![]() |
||||
![]() |
![]() |
![]() |
||
MENUstrona główna» fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. z bloga » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. 5 » fragm. 6 » fragm. 1 » fragm. 2 » fragm. 3 » fragm. 4 » fragm. z bloga
|
Winda czasuFragment 1
— Niedługo egzaminy, rach, ciach, ciach i trzy miesiące laby! — mruknął do sennych myśli. A potem leniwie ziewnął, apatycznie wyglądając przez okno wagonu. Jechał pociągiem do Waszyngtonu. Niebo zasnuło się ciężkimi ołowianymi chmurami, a ciśnienie atmosferyczne wciąż spadało. Zanosiło się na dłuższą niepogodę. Miał jednak nadzieję, że w Paryżu przywita go słońce. Popadł w niejaką zadumę i powróciły niewyraźne obrazy, przez dwa tygodnie z konieczności spychane do podświadomości. Zalała go fala ciepłych wspomnień. Oczyma wyobraźni ujrzał miłą i pilną Sylvie, skromnie siedzącą w pierwszym rzędzie z dużym notatnikiem na kolanach i zza okularów wpatrującą się w niego jak w tęczę. Było widać, że jako naukowiec jej imponuje. Po skończonym wykładzie zazwyczaj nie spieszyła się do wyjścia, marudząc i pod byle pozorem pozostając w sali, więc od czasu do czasu ucinał sobie z nią pogawędkę, bądź też zapraszał ją na krótki spacer lub na kawę ze śmietanką, o ile dysponował chwilą wolnego czasu i nic pilnego go nie goniło. Nie odmawiała mu i garnęła się do niego, ceniąc jego towarzystwo. Łączyła ich nić wzajemnej sympatii. Była to taka tam sobie przypadkowa zażyłość, do której pewnie by nie doszło, gdyby miał piętnaście lub dwadzieścia lat więcej. Jednak póki co w Paryżu nie groziły mu siwizna, znaczące twarz głębokie zmarszczki i starcza niezdarność ruchów, z którą często wiązały się zaniki pamięci. Nie przypuszczał, by koleje losu miały go kiedykolwiek zmusić do odgrywania smutnej roli żegnającego się z życiem matuzalema. — Boże, kiedyż to się zaczęło? — usiłował sobie uzmysłowić, sięgając myślami w nieodległą przeszłość. Czy to był romans? Może tak, a może nie. Chyba początkiem lutego zaczął tę zgrabną laskę traktować jak znajomą, obok której nie przechodzi się na ulicy obojętnie. Nadeszły jego urodziny, studenci złożyli mu z tej okazji życzenia, ona zaś wyjęła z futerału skrzypce i z niespotykaną wirtuozerią wykonała dedykowany mu żywy utwór, który nagrodzono oklaskami. Tym go chyba ostatecznie kupiła, przekonując do siebie. Owijał szyję na modłę włoską długim szalikiem i razem z nią wychodził po wykładach z gmachu uniwersyteckiego. Paplał z nią w cztery oczy bez lęku o to, że się skompromituje i ujawni jako nie-człowiek. Dyskusje z tą sympatyczną i zarazem bardzo inteligentną studentką dopingowały go do niejakiego wysiłku umysłowego — stawiała bowiem niebanalne pytania i dzieliła się przemyśleniami, których nie powstydziłby się szanujący się akademik z wieloletnim stażem pracy. Matematyka, logika formalna, metodologia, hermeneutyka... Rzadko kiedy interesowało to piękne dupcie, zapatrzone w siebie, myślące o strojach i rozrywkach oraz o podbojach miłosnych. Gdyby wszakże nieszczęsna wiedziała, w jakich okolicznościach jej horrendalny niby-przyjaciel naprawdę trafił na Sorbonę, zapewne nie zaglądałaby zalotnie w jego poważne, chłodne oczy. Skrzywił się i smutno pokiwał głową. Cóż, żeby wstąpić na miejsce wytypowanego wcześniej rzutkiego pracownika nauki, musiał nie tylko do niego się upodobnić, ale i definitywnie pozbyć się oryginału. To było podłe, lecz nieodzowne. Na szczęście dla niego, tamten był odludkiem i nie utrzymywał kontaktów z dalszą rodziną. Bliższej nie miał. Pamiętał ową ponurą noc, kiedy kopał dół pod jego zwłoki na zapuszczonym wiejskim cmentarzu. Wył wicher, szarpał konarami drzew, księżyc przyoblekł się w czerwień, złe duchy chichotały za jego plecami, a między zmurszałymi płytami grobowców przebiegały podejrzane cienie. Kamienny anioł w niemym bólu załamał nad nim ręce. Skowytał włóczący się w pobliżu bezpański pies. — Ani to pierwszy mord, ani ostatni... — posępnie zauważył, brzydko krzywiąc się pod nosem. Tamtą zbrodnię mógł uznać za doskonałą, podobnie jak kilka innych, wcześniejszych. Nikt nie zaczął za nim węszyć ani nie wpadł na jego trop. Jedyna fatalna wpadka wiązała się z Arizoną, ale ta chyba nie miała niczego wspólnego z dotychczasowymi łatwymi starciami z ludźmi i koniecznością zacierania po sobie śladów. Usiłował ją zbagatelizować, jednak dobrze wiedział, że nie wykluczała nieoczekiwanego zwrotu w ich misji. Przestał dumać nad Sylvie, całą uwagę skupiając na zagrażającej mu chimerze. Nie opuszczał go niepokój i co jakiś czas lękliwie łypał przez okno, skrycie lustrując zachmurzone niebo. A gdyby incydent z obcym, który przybrał kształty olbrzymiego latającego gada, nieoczekiwanie się powtórzył? Ostrożność kazała dmuchać na zimne i należało trzymać rękę na pulsie. Brał pod uwagę różne zwariowane warianty niechcianego rozwoju sytuacji. Ciała agentów FBI, które niby mafijny przestępca pozostawił za sobą, dowodziły, że ta nieznana siła była zdolna zniewalać ludzkie umysły i kierować przeciw niemu na chybił trafił wybrane osoby. Mogli go dopaść — na przykład — pieniący się ze złości urzędnicy na dworcu lotniczym, zatrzymując pod byle pretekstem przed wejściem na pokład. Co gorsze, kecalkoatl mógł zaatakować lecący nad Atlantykiem samolot pasażerski i uderzyć z impetem w kadłub. Wyszedłby cało z katastrofy, potrafił jak Superman wzbijać się w górę, jednak pozostali pasażerowie by zginęli. Powoli krystalizowała się w jego umyśle ostrożna hipoteza, dotycząca koszmarnego pasożyta, który z równą swobodą poruszał się w przestrzeni co w czasie. Na pewno nie pochodził z bliskiego Erwowi świata potomnego. Oczyma wyobraźni ujrzał srebrzystą sieć, narzuconą na misternie oddzieloną od reszty wszechświata cząstkę czasoprzestrzeni. Instynkt podróżnika z Bettatarii podpowiadał mu, że wpadli w tę niewidoczną dla istot z Ziemi pułapkę przypadkiem i że to nie na nich została ona z rozmysłem zastawiona. — Skandaliczne polowanie — mruknął ni to do siebie, ni to do siedzącego w drugim kącie przedziału kasłającego starca. — Horrendalne kosmiczne łowy. — Musieli w nich brać udział, czy tego chcieli, czy nie. Znaleźli się między młotem a kowadłem. Kto tu się orężnie zasadził i na co lub na kogo? Unaocznił sobie, jak to mogło wyglądać. Wyobraził sobie potężnego pogromcę, który beznamiętnie tropił nieznane monstrum, kryjące się na tej samej planecie co oni, względnie błąkające się w jej pobliżu i ślizgające się po przypadkowych orbitach okołoziemskich. Być może, osaczona bestia myliła podróżującego po USA neogeneranina z prześladującym ją myśliwym. Jeżeli ta hipoteza okazałaby się trafna, to w takim razie tego ostatniego — główkował, marszcząc z wysiłkiem brwi — łączyłoby coś szczególnego z wysłannikami z Bettatarii. Nie umiał jednak dociec natury przypuszczalnego podobieństwa. Co sprawiało, że wbrew swym intencjom zwracali na siebie uwagę prześladowanej chimery? Co do cholery powodowało, że przyciągali ją jak magnes do siebie? Starzec w kącie przedziału ponownie zakasłał, ciężko się podnosząc z siedzenia. Wyszedł na korytarz, kuśtykając w stronę toalety. — Polowanie — powtórzył, tym razem nieco głośniej. — A może jednak na nas? — zapytał z nabożnym lękiem, znowu marszcząc brwi. Korzystając z tego, że przez chwilę był sam, podniósł się i z ulgą się przeciągnął. Potem znowu opadł na miękkie siedzenie. Druga hipoteza też była możliwa do przyjęcia i w myślach odsunął od siebie tę pierwszą. Narzucało mu się podejrzenie, że znaleźli się w zaklętym rewirze, do którego absolutnie nie mieli prawa wstępu. Może byli intruzami, których należało stąd czym prędzej wykurzyć i przegnać gdzie pieprz rośnie? Może ten skrawek widzialnego wszechświata należał do zakamuflowanej cywilizacji, niby to kosmicznej Atlantydy, o której istnieniu nie mieli dotąd zielonego pojęcia? Głęboko westchnął, wyglądając znowu przez okno przedziału. Jeżeli byli na Ziemi intruzami, to na pewno nie ze złej woli. Nie chcieli podbijać kosmosu, ani zakładać kolonii w Układzie Słonecznym. Martwili się o własny świat, będący obecnie dla nich prawdziwym utrapieniem, ich cywilizacja znalazła się bowiem w krytycznym momencie rozwoju. Zerknął na dużą fotografię, wiszącą na ścianie przedziału. Przedstawiała wiązankę ciętych kwiatów w rękach ślicznej hostessy, zachęcającej do podróży koleją. Ich gatunek znacznie się różnił od ras z przestrzeni kosmicznych o dodatniej energii. Tu, na zamieszkałym przez ludzi globie, spoistość ciał stworzeń była dużo większa od gęstości atmosfery. Odwrotnie niż u nich. Neogeneranie rozmnażali się i zdobywali wiedzę, tkwiąc w niby to płonącym oceanie, który zdawał się nie mieć granic. Swymi subtelnymi strukturami wtapiali się w jego rozległą masę, wnikali w nią niby duchy, poruszali się w niej i nie mogli jej opuścić bez szkody dla siebie. Teraz, kiedy opanowali niezwykle skomplikowane technologie, chcieli urządzić ten świat po swojemu i uwolnić się ostatecznie od ciążącej zależności od niego. Prawa macierzystego praoceanu, Archetanu, przestawały ich już obowiązywać. Jednak musieli się przy tym oprzeć na wzorach z innych światów. Potrzebowali mnóstwa matryc, wyrafinowanych form i kształtów, zróżnicowanych wysublimowanych szablonów, całych palet właściwości i ogromu cech indywidualnych, decydujących o doznaniach zmysłowych, o wrażeniach i o spostrzeżeniach, by przebudować monotonne otoczenie i samych siebie. Szary ocean miał zatętnić życiem. Arystoteles ze Stagiry uczył, że to, co bytuje, składa się z formy i materii, nie pomijając przyczyn sprawczej i celowej. Materia w swej najczystszej postaci była — według greckiego filozofa — pierwotnym tworzywem rzeczy, substratem, całkowicie pozbawionym cech. Nie dawało się jej zmierzyć i zważyć, bo nie miała wymiarów ani wagi. Ten brak wyrazistych cech w gruncie rzeczy znamionował Archetan, o ile ktoś szukał analogii i chciał się silić na koślawe porównania obu światów. Tak więc dopiero formy bytowe sprawiały, że można było mówić o rzeczach, o konkretnych przedmiotach, o ich gatunkach i rodzajach. W związku z tym poniekąd decydujące w ontologii Stagiryty były przypadłości, a ucząc o działach bytu wyliczał on aż dziewięć ich odmian. Właśnie po nie przybyli na Ziemię, chcąc tutaj zaczerpnąć z bogactwa pomysłów, którymi szafowała rozrzutna natura — by następnie przenieść je do świata potomnego.
— Chryste! — bezgłośnie jęknął z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Sparaliżowało go na amen. Instynktownie próbował sobie uzmysłowić, co się stanie, gdy raptem wyskoczy na niego w całej okazałości ten żyjący w bagnach Afryki potężny zwierz, ale nie zdążył. Nierzeczywisty nosorożec nie czekał, aż obcy przygotuje się do obrony. Monstrum rzuciło się ku Erwowi, a szyba przedziału wraz ze ścianką pędzącego wagonu z impetem wyprysła na zewnątrz, gwałtownie wyrzucając jego ciało. Wystrzelił jak z katapulty, a potężny świst powietrza omal nie pozbawił go przytomności. Zassał go potężny czarny wir, a zmysły nieoczekiwanie odmówiły mu posłuszeństwa. Miał wrażenie, że rozpaczliwie koziołkuje w powietrzu jak tracący nad sobą kontrolę nieporadny spadochroniarz, następnie poczuł, że wpada do buchającego żarem olbrzymiego pieca, a wreszcie ni stąd i zowąd owiał go intensywny zapach egzotycznej pomarańczy i cynamonu. Przez chwilę słyszał jedynie głośną wrzawę kotłów i słabnący tętent ciężko galopującego zwierzęcia, a później wszystko ucichło. Ocknął się, niepewnie otwierając oczy i z przestrachem lustrując błękit nieba. Niepomiernie się zdziwił, że jeszcze żyje. Leżał na ziemi, rozpostarty jak długi. Wysoko znaczyły się pierzaste cirrusy i cirrocumulusy. Świeciło ciepłe słońce, a drobne morskie fale przemywały żółtą plażę. Nieudolnie próbował się unieść i z niejakim zdumieniem odkrył, że brakuje mu dolnych kończyn. Zaczął się za nimi rozglądać. Uderzenie obcej siły pokiereszowało jego ciało. Wbita w piasek prawa noga sterczała prawie pionowo tuż za jego głową, a lewej w ogóle nie dostrzegł. Dopiero po chwili pojął, że ta spoczywa kilka metrów dalej. Podręczne rzeczy z jego neseseru były w strzępach. Próbował wziąć się w garść. Wszystko inne grało, a jego wewnętrzne struktury nie zostały naruszone. Skupił się i siłą woli pościągał członki, przywracając sobie wcześniej posiadane kształty. Brakowało mu jeszcze ucha i palców u lewej ręki. Chwilę ich szukał w piasku. Potem podpierając się, ostrożniutko wstał i przez króciutką chwilę niebezpiecznie balansował na granicy równowagi. — Co się stało, do diabła? — żałośnie wychrypiał. Takiego kopa nigdy od nikogo nie dostał. Załatwiono go ciosem poniżej pasa. Skończył nokautem w pierwszej rundzie. Rozejrzał się po ciągnącej się w obie strony dzikiej plaży. Morze było spokojne i czyste. Nie wiedział, gdzie się znalazł, więc skupił się na dostępnych danych fizycznych. Wszedł w mentalny kontakt z okołoziemskim systemem satelitarnym, a z szumu radiowego wyłowił kilka zajmujących go częstotliwości. W okalającej planetę atmosferze było trochę inaczej niż przedtem, co przyjął z niejakim osłupieniem. Uprzytomnił sobie wreszcie, że na pewno opuścił dwudziesty wiek, a w wyniku kolizji musiał trafić do innej epoki. Kilka minut jednak trwało, nim rozkodował sygnały radiowe. A potem pochylił się głęboko i ze świstem nabrał powietrza. — Niemożliwe! — wychrypiał bez cienia wątpliwości. — Mamy 16 września 2079 roku... — powtórzył za przypadkowo złapanym spikerem radiowym. Jakaś stacja podawała wiadomości. — Dokładnie 16 września — nieco sarkastycznie się roześmiał. Ze zgrozą pojął, że przerzuciło go w czasie o sto lat. — Szlag by to trafił! — podsumował niechciane odkrycie. Niemrawo powlókł się wzdłuż morza i znalazł wąziutką ścieżynę, która wyprowadziła go na porośniętą rzadką twardą trawą skarpę. Tam uważnie zlustrował okolicę i dostrzegł widoczną w oddali szosę. Próbował bliżej określić swoje położenie geograficzne. Pomogły mu w tym stojące co kilkaset metrów słupki, mające jakiś związek z nawigacją morską. Dzięki aparaturze elektronicznej, z którą były sprzężone, rychło dotarł do map tych terenów i odetchnął z niewymowną ulgą. Znajdował się w okolicach Atlantic City. Spenetrował dokładniej ten rejon, tym razem odwołując się do "wiedzy" pachołków, rozrzuconych wzdłuż asfaltowego traktu. Te go doprowadziły do komputerowego systemu kontroli ruchu, obejmującego niemal całe Wschodnie Wybrzeże. Dowiedział się więc, że powinien udać się do Filadelfii, a stamtąd przez Trenton do Nowego Jorku, a właściwie tylko do progów tej metropolii. W Perth Amboy znajdował się bowiem tunel wlotowy, prowadzący do linii próżniowego maglevu, łączącego pod dnem Atlantyku Nowy Jork z Europą. — I tak wrócę do Paryża — wyzywająco rzucił gdzieś w dal rozżalonym głosem, jakby chcąc okazać, że wcale się nie lęka wrednej obcej siły, atakującej go brutalnie i bez uprzedzenia. — Nad Sekwanę, na sery i dobre wina, na ślimaki i żaby, na kraby i krewetki! — popisywał się jak odepchnięty przez doroslych dzieciak, choć nikt go nie słyszał. Szosą nadjeżdżał błyszczący wehikuł o ledwo widocznych kołach. Erw obejrzał krytycznie swą poszarpaną odzież, ale nie miał wyboru. Nie mógł szastać zakumulowaną w sobie energią. Rozpaczliwie pomachał ręką, licząc w skrytości ducha na to, że przy końcu dwudziestego pierwszego wieku taki drobiazg jak odzienie nie będzie mieć specjalnego znaczenia. I wcale się nie pomylił. Wóz zwolnił i zatrzymał się dokładnie przy autostopowiczu — z precyzją, jakiej nie powstydziłby się najlepszy rajdowy kierowca. Bezszelestnie uchyliły się drzwiczki, podnoszące się lekko do góry. — Dokąd cię zawieźć, brachu? Witająca go z wnętrza mająca na oko około trzydziestki kobieta wyglądała tak, jakby dopiero co opuściła scenę groteskowego spektaklu teatralnego. Jej upiorny makijaż budził w nim zrozumiałe opory. Przeszło mu przez myśl, że tak zwariowanej fryzury nie powstydziłaby się żadna szpetna baśniowa czarownica, mająca za zadanie straszyć leżące już w łóżkach maluchy. Na odsłoniętym brzuchu raziło bezguściem wytatuowane demoniczne oblicze z brzydko wywalonym czerwonym jęzorem. — A dokąd jedziesz? — zapytał, odważnie zajmując obok niej miejsce i nie lękając się tego, że może trafić wprost do piekła. Technika się zmieniła, a kierownica, sprzęgło i hamulec były gdzieś pochowane. Stuknęła długimi palcami w jakiś przycisk na tablicy rozdzielczej, drzwiczki opadły i wehikuł ruszył, z nagła przyspieszając. — Może do Atlantic City? Roześmiała się gardłowo. — Pomyliły ci się, miły brachu, kierunki — wyprowadziła go z błędu. — Lecę do Filadelfii. — A potem obrzuciła go wzrokiem nieco uważniej niż przedtem. — Oj, chyba się urwałeś z tej zautomatyzowanej biofabryki, w której siedzi armia — ostrożnie zażartowała. — Tam była ponoć jakaś groźna awaria i teraz mają kwarantannę. Rzekomo stracili kontrolę nad kolonią wirusów, objętych piątym poziomem bezpieczeństwa. Nie miał o tym zielonego pojęcia. W lusterku widział, że ma zabrudzone policzki i czoło. — Nic mnie nie łączy z armią — wyjawił zrezygnowany. — Jestem cywilem. Przyjrzała się jego szyi i dłoniom, jakby szukała jej tylko wiadomych zmian na skórze, dowodów groźnej zakaźnej choroby. Niczego takiego jednak nie dostrzegła. Naprawdę, na Frankensteina nie wyglądał. — Po co się więc tutaj kręciłeś? — niezmiernie się zdziwiła. Tym razem była poważna i mówiła serio. — Przecież te strony prawie każdy omija. Widziałeś, jak tu pusto. Postanowił zagrać ostro, uznając, że odwołanie się do absurdu jest najlepszym lekarstwem na niezdrową babską ciekawość. — Jechałem pociągiem z Richmond do Waszyngtonu i jakiś bałwan z kosmosu przerzucił mnie w czasie o sto lat — skwapliwie się wytłumaczył. — Wylądowałem jak głupi na tej morskiej plaży... Zarechotała, mocno ubawiona. Klepnęła go w ramię, aż zagrzechotały jej bransolety. — To rozumiem. Mogłeś, brachu, od razu powiedzieć, że jesteś świrem... Przytaknął, godząc się w duchu na taką pointę. Nie miał zamiaru się obrażać. Gdyby jej podskoczył, musiałby dyrdać na piechotę, a to mu się nie uśmiechało. — A ty, kim jesteś? — odważył się zapytać. — Ja? Nie uwierzysz, brachu, lekarzem psychiatrą — spokojnie odrzekła. A potem porozumiewawczo do niego mrugnęła. Usiłował się uśmiechnąć. Był spięty i rzucało się to w oczy. Jeszcze nie ochłonął po tym wypadku. — Tak, wiadomo — mruknął. — To gdzie pani doktor mnie wysadzi? Mam nadzieję, że nie przy szpitalu dla czubków? A tam? W kaftan bezpieczeństwa i do pokoju bez klamek? — No, nie, to ci nie grozi — odrzekła po chwili, usiłując podnieść go na duchu. — Naprawdę, to jestem weterynarzem — zdradziła mu wreszcie w niejakim zaufaniu. — O, to jeszcze wyższa szkoła jazdy — wymamrotał, biorąc ją pod włos. — Zwierzaki są przecież o niebo mądrzejsze od ludzi. — Co ty? Tak sądzisz? — zdziwiła się, a jej brwi powędrowały wysoko. — No, jasne, człowiek, to przeżytek na tej planecie, błąd ewolucji — zaczął wyświechtaną ekologiczną śpiewkę. — Nie umie się przystosować. Przetrwają inne bardziej odporne formy. Na przykład... eee... karaluchy. Skrzywiła się z niesmakiem. — Karaluchów nie leczę — odpowiedziała. • ...>
|
|||
Copyright © Edward Guziakiewicz All Rights Reserved This template is designed by Gaurav Jain and supplied by WebDesignHelper.co.uk |
||||