tała na wyniesionym przed wrota stodoły starym chybocącym się stole, wspierając dumnie ręce na biodrach i władczo lustrując zebrany tłum. Uderzyła na trwogę, nie lękając się, że się ośmieszy. Zwołała ludzi i w efekcie zbiegło się pewnie z pół wioski. Ranni zostali jako tako opatrzeni i w zaciszach chałup dochodzili do siebie, a doglądał ich młody medyk, sprowadzony aż ze dworu. Nawoływała do tego, żeby ukarać winnego — występnego przybłędę, który krył się w pobliskich lasach, kpiąc sobie z uświęconych zasad boskich i ludzkich. Raz dopuszczona do głosu, nie dała go już sobie odebrać. Z zadziwiającą pewnością siebie przekonywała, żądała i groziła. Umiała mądrze gadać, mimo młodego wieku. Przemawiała jak stary dziedzic lub pleban na kazalnicy. Starannie budowała zdania, karmiąc nimi wiejską gawiedź. Przetargowym argumentem było zaś to, że sięgający po cudze nienasycony obcy nie tylko uprowadził jej starszą siostrę, lecz także ją zgwałcił. A była takim niewinnym aniołem. Została zniewolona i zhańbiona, do czego otwarcie się przyznała, a to jej dawało prawo do tego, by domagać się od chłopów ze wsi, żeby z nawiązką odpłacili mu za jej straszną krzywdę.
— Hańba, hańba! — co rusz pokrzykiwał ktoś z tłumu, wpadając jej w słowa i przerywając barwny wywód. — Stracić gada. Pojmać i ukatrupić. Przytroczyć kamień młyński do szyi i rzucić do stawu!
Podsycała te nastroje, świadoma tego, że strach zagościł już w wielu sercach. Obcy był mocarny, miał siłę niedźwiedzia, radził sobie z kilkoma parobkami wraz, więc nie każdy miał ochotę, żeby z nim się mierzyć. A przecież nie brakowało w ich sadybie bitnych młokosów, nie lękających się rozlewu krwi i gotowych do szalonych popisów dla pozyskania względów urodziwych dziewek.
— Nie uszedł nikczemnik daleko — tłumaczyła, jakie to łatwe. — Siostra źle się czuje i słabuje, więc musiał zatrzymać się w pobliżu. Nie ciągnąłby jej na koniec świata — objaśniała ze swadą. — Bez trudu go znajdziecie, pójdziecie z psami, wytropicie go i wypłoszycie z kryjówki. Cóż to dla was, krzepkich chłopów? Uporacie się z nim raz-dwa! Tam się udał, tam — wskazywała dłonią kierunek. Spoglądali ku łąkom, stawom i dalej, ku ciemnej linii lasu. — Stamtąd się przywlókł i tam umknął. I przyczaił się w jakiejś norze.
Napięcie sięgało zenitu. Zapadał zmierzch, czerwona kula słońca dotykała już linii horyzontu i było łatwo odwołać się do najniższych instynktów. Jeden z młodych żeńców z sąsiedniej wsi, pewnie liczący na to, że podczas żniw przygrucha sobie ładne dziewczę z tych okolic, zdjął kosę z drzewca i nałożył ją na sztorc.
— Zbereźnik otrzyma należną karę — wrzasnęła gruba baba w kraciastej chustce na głowie. — Pomścimy Kachnę, pomścimy Agatę!
Okrzyk podchwycono. Iskra padła na suchą ściółkę i lada chwila miał buchnąć ogień. Najbogatszy we wsi gospodarz podniósł rękę i na krótką chwilę zapadła cisza. Miał tylko jedno do powiedzenia:
— Trzeba nam się zbroić — rzekł z powagą — i ruszać w las. Nawarzył piwa, szubrawiec, to je wypije.
Czy należało czekać na inną komendę? Katarzyna, świadoma tego, że dopięła swego, zlazła ze stołu.
— Widły i siekiery — wołano, wzajem się przekrzykując. — Co kto ma. Kosy, łańcuchy i sztylety!
Mężczyźni spluwali, zacierali ręce i podwijali rękawy u koszul. Zezowali złowrogo w stronę puszczy, w której chował się podły tułacz, jak dzik wchodzący w szkody. Przybysz splamił honor wsi, a można było zmyć tę brudną plamę tylko w jeden sposób — jego własną posoką.
Kto jednakże w tej chwili przenikliwie przyjrzałby się Kachnie, mógłby mieć wątpliwości, czy istotnie zależy jej na zemście. Z dziwnym chłodem lustrowała gromadę chłopów, sceptycznie oceniając ich przygotowania. Zagnała ich do niedźwiedziej przysługi. Nie wierzyła, że pokonają obcego. Miała jednak cichą nadzieję, że ich chybiona wyprawa sprowokuje go do powrotu. Pragnęła przybysza aż do bólu, o wiele bardziej niż jej starsza siostra. Nie mogła dopuścić do tego, żeby podlec wykręcił się sianem i zniknął bez śladu.
ie czekaliśmy z Agatą zmroku. Gdy na rozgwieżdżonym niebie pojawił się księżyc, byliśmy już zmęczeni miłością. Poznałem każdy zakamarek cudownego ciała mej ukochanej, wypieściłem jej pachnące ziołami włosy, zachwycające piersi i ramiona, i wysłuchałem czarownych zaklęć, których nie wymyśliłby mój komputer pokładowy, nawet gdyby dokumentował życie tej planety przez sto lat.
Około północy znużona dziewczyna zasnęła, ja zaś wyrwałem się przed chałupę, by chłonąć widok czarnego nieba. Moja Archea była stąd prawie niedostrzegalnym gołym okiem ledwo widocznym jasnym punktem. Chłodne powietrze wypełniały głosy lasu. Słuchałem cykad. Stąpałem bosymi stopami po zroszonej murawie, po miękkich mchach i po ostrym igliwiu. Ocierałem się o paprocie i młode krzewy. Po omacku szukałem szyszek i ciskałem nimi przed siebie. Cieszyłem się jak sztubak, gdy udało mi się trafić w pień drzewa lub w gruby wystający konar. Głuchy odgłos był nagrodą. Oddaliłem się w głąb kniei, szukając dla siebie natchnienia. Czułem się dziwnie zespolony z ciemnym borem i momentami odnosiłem wrażenie, że jestem jednym z drapieżników, które ruszają po zmierzchu na łowy. Odzywały się wypatrujące zdobyczy sowy. W oddali tęsknie zawył wilk. Uczyłem się nocnych krzyków i próbowałem je naśladować.
Głos w uchu zabrzmiał złowieszczo, przerywając moją rozkoszną nocną włóczęgę. Czar prysł w jednej chwili.
— Chłopi z wioski krążą w pobliżu chaty, w której śpi Agata — posłyszałem ostrzegawczy szept. — Przybyli z cepami i kosami. Ani chybi, węszą tam za tobą. Lepiej, żebyś wrócił.
Siarczyście zakląłem. Tego się nie spodziewałem. Nie miałem szczęścia do tej zabitej dechami wiochy. Poczułem, że pogrążyłem się po same uszy. Kretyni, idioci i imbecyle! Niczego się nie nauczyli.
Włączyłem grawitrony, wzniosłem się ponad świerki i sosny — i popłynąłem w stronę sielskiej polany, na której przycupnęła moja prześliczna chata. Bezszelestnie osiadłem przed ukwieconym gankiem. Tamci byli nieopodal i dostrzegłem ich na podczerwieni. Wyłapałem wzrokiem wszystkich po kolei. Było ich około dwudziestu i wlekli ze sobą kilka wiejskich kundli.
Tłumiłem w sobie wściekłość i biłem się z myślami. Gorączkowo szukałem rozwiązania. Najchętniej złapałbym miotacz, taki jakim posłużyłem się na Faorii, i co do jednego wytłukłbym ich od ręki.
— Zabierz stąd tę chałupę — warknąłem przez zęby. — Tylko tak, żeby Agata się nie obudziła. Ostrożnie. Przenieś ją na polanę pod krążownikiem!
Otuliła mnie srebrzysta mgła. Na zestaw afilogenny mogłem liczyć w każdej sytuacji, nawet najbardziej niezwykłej. Przez chwilę czułem się jak sparaliżowany, zaraz jednak to przykre wrażenie minęło. Gęste opary znikły, a na niebo znowu wypełzł blady świecący krążek. Wsparty na stałym polu grawitacyjnym krążownik tworzył spore sklepienie nad chatą.
— Włącz pole siłowe wokół polany — rozkazałem głosem nie znoszącym sprzeciwu. — I standardowe maskowanie!
Komputer w te pędy dostosował się do moich poleceń. Nie próbował ich podważać.
— Gotowe — po kilku sekundach usłyszałem w uchu.
Teraz mogłem z ulgą odetchnąć. Moja gołąbeczka była już bezpieczna, a zagrożenie minęło. Na paluszkach zajrzałem do chaty i z rozczuleniem pochyliłem się nad łóżkiem. Nie przebudziła się, mocno spała, głęboko oddychając.
Wyszedłem z domostwa i splunąłem z odrazą. Złowrogo zatarłem ręce. Należało tym głupcom natrzeć uszu. To ja tu byłem łowcą, nie oni. Ośmielili się wtargnąć na moje terytorium, więc musieli dostać nauczkę. Popłynąłem ku nieszczęsnym amatorom nocnych wypraw w knieje. Nie wiedząc, co począć, sterczeli na polanie, na której nie tak dawno znajdowała się moja chata. Gubili się w mroku. Zacząłem krążyć wokół nich, prześlizgując się cichaczem między okolicznymi drzewami. Rychło też przestrzeń lasu wypełniły nawoływania wilków. Można się było naprawdę przestraszyć, bowiem wprawne ucho łapało ze trzydzieści głosów. Psy podkuliły ogony i zbiły się w kupę. Z taką watahą chłopi na pewno nie chcieli się mierzyć. Jak się okazało, miałem rację. Po kryjomu zawrócili w stronę wioski, tchórzliwie szepcząc coś o groźnym wilkołaku. Pogoniłem za nimi aż na skraj lasu, a potem dałem sobie z nimi spokój.
ak cień snuła się rankiem po kuchni, nie paląc się do żadnej roboty. Nawet nie chciało się jej wrzucić drew do pieca. Nocą nie zmrużyła oka, bo czekała na powrót chłopów. Ci wreszcie się przywlekli — umęczeni, przemoczeni i zziębnięci, a przy tym dziwnie przygnębieni i przybici. Nie natrafili na ślad obcego, zaś wieść o wilczym stadzie, które pojawiło się w okolicy, zniechęciła ich do dalszych poszukiwań.
— Jesteś mój, byłeś i będziesz mój! — markotnie szeptała, powtarzając w myślach imię mocarnego przybłędy. Zapisała je grubym ołówkiem na wymiętej kartce papieru i nosiła przy sobie niby talizman.
Wieśniacy wprawdzie nie poradzili sobie z zadaniem, do którego ich zachęciła, ale Katarzyna czuła, że straceńcy są w pobliżu. Siłą woli próbowała ich zatrzymać. Szeptała zaklęcia, których nauczyła ją stara Zagoranka, mająca w pobliskich wioskach opinię czarownicy — wiedźmy, rzucającej uroki i odbierającej krowom mleko. Dziewczyna jej się nie lękała i po kryjomu zachodziła do jej podupadłego domostwa za Czarcią Skarpą, gdy tamta jeszcze żyła. Skoro chłopi zawiedli, musiała sobie sama poradzić. W jej ślicznych ciemnych oczach pojawiały się niebezpieczne błyski, a w głowie stopniowo się krystalizował upiorny plan, którego nie powstydziłby się sam książę ciemności. Nie wątpiła, że odnajdzie Antoniego i że owinie go sobie wokół palca. Mimo, że była podlotkiem miała w sobie więcej kobiecego uroku i czaru niż jej siostra.
— To za mną, a nie za nią oglądają się parobcy, gdy podążamy przez wieś — szeptała do kocura, którego wzięła na kolana. — I to ja umiem odczyniać, nie ona...
Kocur zdawał się przyznawać jej rację. Mruczał, przymykając żółte ślepia i prężąc kark.
— Miau, miau! — słyszała w odpowiedzi. Ktoś postronny mógłby odnieść niepokojące wrażenie, że czarownica zza Czarciej Skarpy wcieliła się po śmierci w to niewinne zwierzę, dalej darząc Katarzynę życzliwością i atencją, oraz asystując jej poczynaniom. — Miau, miau!
Zdesperowana, była gotowa na wszystko. Błąkała się po chacie, a potem po ogródku i obejściu tak długo, aż szalony zamiar dojrzał w jej głowie do końca. Potem zajęła się ponurymi przygotowaniami. Nie były skomplikowane. Z kuchennego kredensu wyjęła osadzony w krótkim drzewcu ostry szpikulec, ukrywając to zbrodnicze narzędzie w rękawie. Zabrała ze sobą pusty koszyk. Tak wyposażona, udała się przez łąki w stronę lasów, serce zaś niby igła kompasu nieomylnie wskazywało jej kierunek. Nie lękała się ojców. Tych przekonała z samego rana, że jest bardzo chora i że w związku z tym nie wyjdzie w pole. Bociany klekotały nad stawami, polując na żaby. I ją czekały łowy — tyle tylko, że na grubszego zwierza. Przeczuwała jednak, że sobie poradzi.
oja nimfa z wdziękiem pląsała po łące, okręcała się z rozłożonymi rękami, nuciła pod nosem i zrywała kwiaty. Czy mogłem liczyć na bardziej sielski widok? Wylegiwałem się na skraju polany pod rozłożystym dębem, z uznaniem oceniając rezultaty pracy pokładowego kompana, który wykreował dla mojego anioła prześliczną letnią sukienkę z licznymi falbanami. Takie ponoć nosiły cnotliwe niewiasty z zamożnych mieszczańskich rodzin. Włosy zawiązała na karku, wpinając kokardę. Moduł maskujący gwarantował, że nikt z dołu nie dojrzy krążownika, więc głównym akcentem rozciągającego się przede mną pejzażu była malownicza wiejska chata z rzezanymi w drewnie zdobnymi okiennicami. Wspierałem się na łokciu, mrużąc oczy od słońca i przygryzając zerwaną trawkę. Do moich wczasów ani trochę się nie umywały seanse wirtualne na Aorii. Obezwładniało mnie lenistwo, ale z tego powodu się nie smuciłem, bowiem na tej rozkosznej planecie nie musiałem już walczyć o przetrwanie i martwić się o to, co przyniesie następny dzień.
Szczęśliwa podeszła do mnie z drobnym bukiecikiem, by mnie nim obdarować. Wybrałem najładniejszy kwiat i wetknąłem go jej we włosy. Podziękowała mi promiennym uśmiechem. Nie przeszkadzało jej, że nie może niknąć w cieniu lasu, ani ruszać na grzybobranie. Chroniące nas pole siłowe miało ograniczony zasięg. Półgębkiem jej wspomniałem o nocnej wizycie zacietrzewionych parobków, tym tłumacząc środki ostrożności.
Obserwowałem harce mojego gołąbeczka. Agata znowu z wdziękiem tańczyła po łące, a w przerwach przemawiała do kwiatów i motyli. Roiło się tu od pasikoników i czerwonych kropkowanych biedronek. Niestety, idylla nie mogła trwać wiecznie.
— Macie nieoczekiwanego gościa, gospodarzu — rubasznie odezwał mi się w uchu znajomy głos. — Dotarł już do granicy pola siłowego.
Zerwałem się na równe nogi, mniemając w pierwszej chwili, że znowu ruszyli w las zaperzeni chłopi. Na szczęście to nie byli oni.
— Beznadzieja — wykrztusiłem. — Kogo chcesz zaanonsować, Janie? — uszczypliwie wybąkałem, rozglądając się na wszystkie strony. To i owo już wiedziałem o życiu w mieście. Szanujący się kamienicznicy miewali kamerdynerów. Nic obcego nie rzucało mi się w oczy.
— Pannę Katarzynę z Dębiaków — z niejakim przekąsem odparł komputer. Chyba nie był rad z tego, że narzucałem mu rolę lokaja. — Na dziewiątej.
Zachowując powściągliwość, zbliżyłem się do skraju łąki — tak dalece, jak na to mi pozwalała aoriańska blokada. Bezradna Kaśka utknęła tuż przed wyrastającą przed nią niewidoczną, ale wyczuwalną ścianą.
Zrobiło mi się żal tego pajacyka. Stęskniony kociak wybrał się śladami zaginionego kochanka, nie lękając się ani stada wilków, ani groźnego wilkołaka, ani tego, że pobłądzi i już nie wróci. Dziewczyneczka miała na sobie wzorowaną w kwiaty spódnicę, a do niej białą bluzkę z długimi rękawami. Na szyi cieszyły oczy czerwone korale. W ręku trzymała kosz z malinami.
Rozczuliłem się jej bezradnością i infantylnym, nieomal dziecięcym stosunkiem do życia. Jakże się myliłem...
— Wpuść ją na pokoje! — łaskawie się zgodziłem.
W tej samej chwili mnie ujrzała, zaś za mną na pustej przedtem polanie dostrzegła wdzięczącą się śliczną wiejską chatę. Jednak ta raptowna zmiana jej nie zdziwiła, ani nie zaskoczyła. Uczyniła kilka kroków do przodu i delikatnie dotknęła mego ramienia, niewątpliwie chcąc się upewnić, że nie jestem zjawą, a potem z ulgą odetchnęła.
— Nie przyszedłeś po mnie, luby, choć obiecałeś — wyszeptała z niejakim wyrzutem w oczach. — A czekałam — rozczulająco się uśmiechnęła, jakby pragnąc wyrazić, że tak wiele nas łączy, a niewiele dzieli. — Niemniej jednak cię znalazłam.
Musnęła moje usta swoimi i pozwoliła mi się objąć w talii. Poczułem przypływ rozkosznego podniecenia. Była już inna niż pamiętnego ranka w chałupie. Rozkwitła w okamgnieniu — niczym baśniowy kwiat paproci w noc świętojańską. Przetarłem ze zdumienia oczy, a potem jeszcze raz na nią spojrzałem.
— Femme fatale — ironicznie mruknął komputer, ale nie pojąłem, o co mu chodzi. Nie znałem przecież wszystkich tubylczych języków tej planety.
Katarzyna podała mi koszyk z malinami. Potem rozejrzała się niespokojnie po łące, ostrożnie zezując w stronę chaty.
— A gdzie jest moja starsza siostra? — niewinnie zapytała. Odruchowo wskazałem za siebie. Agata krążyła gdzieś za chałupą i pewnie była na drugim krańcu polany. Świeciło lipcowe słońce, śpiewały leśne ptaki i nie przeczuwałem nieszczęścia, które w wyniku fatalnego splotu wydarzeń musiało nadejść. Skąd mogłem wiedzieć, że ta mała ma tak bardzo przestawione pod dachem?
Opuściła mnie bez słowa i udała się w tamtą stronę. Znikła wkrótce za domostwem i byłem święcie przekonany, że wpadnie w ramiona mojej miłej, a ta wielkodusznie wybaczy jej zdradę. Gdyby nie jej długi język, Agata nie popadłaby w tarapaty.
Nie dane mi było wyciągnąć się znowu do słońca. Dotarł do mnie rozdzierający krzyk. Skoczyłem na równe nogi i w te pędy pognałem za dziewkami. Nie wiedziałem, która wzywała pomocy, lecz miałem nadzieję, że to nie moja gołąbeczka. Niestety, myliłem się — i to srodze.
Dotarłem za późno. Było już po wszystkim. Kaśka stała przygarbiona i przegrana, dzierżąc w dłoni zakrwawiony zabójczy szpikulec, zaś jej siostra leżała na trawie z bezradnie rozrzuconymi rękami.
Zatkało mnie. W pierwszej chwili miałem zamiar wyrwać gówniarze narzędzie zbrodni i wbić ostrze głęboko w jej piersi. Niechby poczuła, jak to boli. Potem mściwie pomyślałem o bardziej wyrafinowanej torturze — o dotkliwym bólu, który trwałby wiele godzin, czy dni lub tygodni, a może nawet nigdy nie ustawał.
— Ach, to tak się mają sprawy między rodzeństwem! — warknąłem rozsierdzony. Nie wytrzymałem i z rozmachem trzasnąłem ją w pysk.
Chyba nie poczuła wymierzonego jej policzka. Wypuściła szpikulec z dłoni i z rozpaczą złapała się rękami za głowę. Dopadła ją histeria, ta najstarsza choroba, nękająca duszę.
— Zabiłam ją, uśmierciłam, z zimną krwią zadźgałam — podniosła raptem lament, uciekając w przeraźliwy krzyk. — I co ja teraz pocznę, i jaki będzie mój los? I kto się nade mną ulituje? Przeklną mnie wszyscy, wyrzekną się mnie i potępią — zawodziła, drąc sobie włosy z głowy. — Czeka mnie męka wieczna i spadną na mnie kary piekielne!
Wydarła się tak jak wariatka i z nagła ucichła. Potem z jej oczu pociekły łzy. Upadła na kolana przy siostrze i załkała, pochylając się nad krwawą plamą, znaczącą się na jej sukni.
Obejrzałem prymitywny szpikulec z rękojeścią z byle jakiego drewna i odrzuciłem go z powrotem na trawę. Ostrożnie podniosłem moją lubą z murawy. Oczy miała przymknięte, a twarzyczkę białą jak papier. Przyłożyłem ucho do jej piersi, ale nie wyczułem bicia serca ani oddechu. Ze zgrozą spojrzałem na dokumentnie załamaną Katarzynę. Przypuszczałem, że będzie bardziej odporna na takie rzeczy.
— Nie wysłałaś jej na tamten świat — syknąłem ze złością. — Nie udało ci się. Czy sądzisz, że przy mnie tak łatwo kogoś zabić?..
Wycierała rękawem łzy i przypatrywała temu, co czynię. Byłem potężnym czarownikiem. Zabrałem Agatę do windy grawitacyjnej — widziała więc, jak unoszę się w górę niby duch, a potem znikam jej sprzed oczu.
— Jakie są rokowania? — zapytałem mego pokładowego doradcę, gdy tylko złożyłem wiotkie ciało w hibernatorze.
Ekran migał, częstując mnie kolumnami zbędnych cyfr.
— Powróci do zdrowia za kilkanaście godzin — odparł wreszcie komputer. — Ma przebite serce. Nie grożą jednak żadne komplikacje.
Z ulgą odetchnąłem. Przysiadłem, spozierając na zamykający się hibernator i przetarłem ręką zroszone czoło. Z tak złożonymi zabiegami sanacyjnymi aparatura medyczna radziła sobie w obniżonej temperaturze. Nic więcej nie mogłem wskórać.
— W porządku — wydukałem, ufnie zdając się na niezawodny sprzęt. Mogłem teraz zająć się sprawczynią nieszczęścia. Pomyślałem o zabójczyni, zamkniętej na dole w polu siłowym i zawarczałem ze złością. Drugi raz przez nią moja ukochana wpadła w tarapaty. — Ja ci pokażę! — nienawistnie zgrzytnąłem. Należało porządnie dać jej w kość.
ie ruszyła się nigdzie z miejsca zbrodni. Z pobladłą twarzą tkwiła tam, gdzie ją zostawiłem i rozszerzonymi z przerażenia oczyma wpatrywała się w leżącą na murawie z pozoru niewinną acz groźną zabawkę. Można było odnieść wrażenie, że to zakrwawione ostre narzędzie działa na nią jak magnes. Kiedy ponownie się przed nią zmaterializowałem, bezradnie przygryzła wargi. Zrobiłem surową minę, najsurowszą, na jaką było mnie stać, ale gniew mi już minął — i musiałem się sporo natrudzić, żeby na jej widok nie zaśmiać w kułak. Co za cholera! Wpływała na mnie rozbrajająco i nie umiałem temu zaradzić.
— Czy sądzisz, że przy mnie można kogoś zabić? — powtórzyłem rzucone wcześniej pytanie. Nie zabrzmiały w nim jednak groźne nuty, jak się spodziewałem. — Twoja siostra będzie żyć — oznajmiłem. — Nic poważnego jej się nie stało. Wróci do zdrowia i to już wkrótce.
Spojrzała w górę — ku wręcz nierzeczywistemu miejscu, w którym umieściłem Agatę, a na jej ślicznej buzi pojawił się wyraz ulgi. Wierzyła, że mówię prawdę. Bezsprzecznie byłem zdolny przywrócić zmarłemu życie, jeśli potrafiłem nieomal jak ptak unosić się w przestworzach, a ponadto porywać tubylców między białe obłoki. Jednak nie oczekiwała, skądinąd trafnie, że jej postępek puszczę płazem. Liczyła się z surowymi sankcjami.
— Co teraz ze mną będzie? — z trwogą szepnęła, usiłując z mej nieprzeniknionej twarzy odczytać wyrok.
Udałem głęboki namysł.
— Dobrze, że o to pytasz — odpowiedziałem. Rzuciłem wzrokiem ponad korony sosen i świerków. — Już wiem — uderzyło mnie. — Myślę, że będzie dla ciebie najlepiej, jeśli sama sobie wybierzesz karę.
Uważnie mnie otaksowała, pojmując, że powoli odzyskuje władzę. Wyczuła moją chwiejność i ustępliwość. Zamiast objawić swą wolę, sędzia zaczynał wdawać się w pertraktacje.
Wzruszyła ze wzgardą ramionami i nieznacznie się skrzywiła. Skoro siostra żyła i miała rychło powrócić do zdrowia, nie musiała się lękać należnych jej batów.
Gwizdnąłem przeciągle, udając olśnienie.
— Wiem, co zrobię — zawołałem. — Pospołu z twoimi ojcami znajdę ci parobka ze wsi na męża. Wydamy cię za niego, będziesz dbać o jego dobytek i rodzić mu dzieci.
Miała dużo wyższe aspiracje. Postąpiła do przodu i sądziłem, że zdzieli mnie zwiniętą piąstką. Nie spodobał się jej ten pomysł, był gorszy od chłosty i złej sławy we wsi. Próbowała się zręcznie bronić.
— Nikt mnie nie zechce, bom zhańbiona!
Roześmiałem się, wielce ubawiony.
— Nie ma obawy, zawsze znajdzie się jakiś kulawy — strzeliłem na chybił trafił. Jak się zaraz okazało, trafiłem w dziesiątkę, był bowiem taki w wiosce.
— Za kulasa nie wyjdę — jęknęła bezradnie. — Nie chcę go.
Byłem uszczęśliwiony, a moja radość sięgała zenitu.
— Ależ tak, kulas, kulas, kulas, idealna partia dla zhańbionej dziewki, pozbawionej cnoty przez przybłędę z miasta. Że też od razu na to nie wpadłem. Będzie weselisko jak się patrzy — z uznaniem klasnąłem w dłonie, przejęty do żywego mym idiotycznym projektem.
Rzuciła się na mnie z piąstkami, waliła mnie nimi po piersi, krzyczała jak dziecko, które zmusza się do czegoś, na co nie ma najmniejszej ochoty.
— Nie, nie, nie. Nie wyjdę za kulasa!
Nie wytrzymałem i trzasnąłem ją znowu w twarz.
Spojrzała na mnie jakoś dziwnie, aż mnie zmroziło, po czym usiadła na murawie, obciągając starannie spódnicę. Ostry szpikulec znalazł się znowu w zasięgu jej ręki. Chwilę milczała, a następnie cicho rzekła:
— Sama wymyśliłam sobie karę. Weź mnie i wykorzystaj, użyj, jak to uczyniłeś w chacie, a potem uśmierć.
Wahałem się nad domniemaną kwestią jej małżeństwa.
— Parobek, nie. Kulas, nie — wyliczałem. — A może w takim razie oddam cię groźnemu smokowi? — znalazłem alternatywne rozwiązanie.
Nie wierzyła w takie bujdy. Jeżeli nie przerażały jej wilki, a nawet wilkołak, który ponoć krążył po lasach, to dlaczego miałaby się bać nierealnego stwora?
O dziwo, przewrotnie się zgodziła.
— To oddaj mnie smokowi! — powiedziała.
Zatarłem ręce, a w mych oczach pojawiły się wesołe błyski. Czułem, że zapowiada się świetna zabawa. Robiłem za swata.
— No, wspaniale. Umowa stoi. Sama wybrałaś, więc nie miej potem do mnie pretensji. Chciałaś za męża smoka, tedy ten ci przypadnie w udziale. Ha, ha, jaszczur. Wobec tego do dzieła! Przywołamy tu narzeczonego — rzuciłem, zadzierając łeb do góry.
Pojęła, że to nie przelewki. Za gorliwie się do tego zabierałem, bym miał tylko żartować.
— Nie, nie chcę smoka — rzekła z lękiem. Czuła, że czegoś nie uwzględniła w swych kalkulacjach. — Od razu mnie zadźgaj!
Podszedłem do windy grawitacyjnej. Miałem zamiar na poczekaniu zaprojektować smoka, ale wywnioskowałem, że za długo by to trwało — więc ostatecznie zleciłem to zadanie komputerowi.
— Dawaj tu smoka, mój nadworny magiku! — zakrzyknąłem z podnieceniem.
Utajony między obłokami i niedostępny śmiertelnikom sekretny świat z nagła ożył, objawiając swoją nieziemską moc. Zapadła ciemność, błysnęło, zagrzmiało, spadła oblepiająca trawy wilgocią brudna mgła, a z jej wnętrza wynurzył się ziejący ogniem wstrętny pysk z wijącym się jęzorem. Byłbym potwornie przerażony i z trwogą padłbym na twarz, by oddać hołd żywiołom tej planety, gdybym nie rozumiał tego, co się tu naprawdę działo. Oto jak się ujawniały możliwości seansu wirtualnego. Kino jak się patrzy.
Mgła ociupinkę ustąpiła i oboje ujrzeliśmy w pełnej okazałości cudacznego stwora. Wierzcie mi, sam bym bardziej zwariowanego nie wymyślił — i przyznam szczerze, że wolałbym go nikomu nie opisywać, gdyż musiałbym rumienić się przy tym ze wstydu. Mój iluzjonista wykreował pokrytą wstrętnym śluzem bestię o wyolbrzymionych cechach seksualnych. Wystający i napięty jak struna ogromny dygocący penis wydawał się gorączkowo szukać miejsca, w które mógłby się wbić, by znaleźć ulgę. Stwór był chodzącym narzędziem gwałtu i do niczego innego się nie nadawał.
Spojrzałem na dziewkę. Myślałem że da nogi za pas, uciekając, gdzie pieprz rośnie, ale tego nie zrobiła. Zamurowało ją. Stała jak sparaliżowana i cała drżała.
Ulegając nastrojowi chwili, szepnąłem łamiącym się głosem:
— Widzisz? Oto smok. Chce ciebie i będzie cię mieć. Na zawsze. Zobacz, jaki ma na ciebie apetyt i jak bardzo cię pragnie.
Bestia niespiesznie się zbliżała, cała uwagę skupiając na Katarzynie, a jej intencje były aż nadto czytelne.
— Nieee! — dziewczyna wrzasnęła w niebogłosy, wreszcie pojmując, co się święci. Usiłowała skryć się za moimi plecami, ale przezornie odskoczyłem, nie chcąc wchodzić chimerze w drogę. Upadła i rozpaczliwie uchwyciła się moich nóg, paznokciami rozdzierając mi skórę. Żadna siła nie była w stanie oderwać jej ode mnie. — Nieee — darła się jak opętana. — Nie!
Lubieżny potwór brał ją w posiadanie. Chwilę się szarpała, czując na sobie mokre macki, obleśnie wślizgujące się pod spódnicę i bluzkę, a potem puściła mnie i zwiotczała.
— Biedaczka zemdlała — usłyszałem w uchu głos komputera. — Nie zniosła tej próby. To granice jej wytrzymałości psychicznej — próbował wbić mi do głowy, biorąc wyrodną siostrę w obronę. — A tym samym została dotkliwie ukarana. Już jej wystarczy.
Ramiona bezsilnie mi opadły. Smok znieruchomiał, cofnął się, rezygnując z łatwej zdobyczy, a potem rozpłynął się w powietrzu bez śladu. Nad polaną świeciło złote słońce. Odzywały się leśne ptaki. Między kwiatami krążyły motyle, trzmiele, osy i pszczoły.
— To co, do diaska, mam z nią zrobić? — zazgrzytałem zębami. — Doprowadza mnie do szału.
Pochyliłem się nad nieprzytomną młódką i ostrożnie poklepałem ją po policzkach, usiłując ją docucić. Powoli wracały jej na twarz rumieńce.
Komputer nie miał kłopotu z udzieleniem mi odpowiedzi.
— Pozwól jej tu przychodzić, kiedy tylko zechce. Bo o to niebożątku chodzi — wredny typ rozczulał się nad Kaśką jakby ją wydał na świat i wyniańczył. — A potem... — głos w uchu na chwilę się zawahał.
— A potem? — podejrzliwie zapytałem, przeczuwając, że drań wróci do tematu, który wcześniej zaczął drążyć. Nie omyliłem się.
— Potem możesz postarać się dla niej o królestwo — mąciła mi w głowie maszyna. — Nie, nie tu, raczej w sąsiednim układzie solarnym, o kilka lat świetlnych stąd. Jest tam piękna, tętniąca życiem planeta, w sam raz do zagospodarowania.
— Gadasz od rzeczy — obruszyłem się. — A na cholerę mi inny układ słoneczny?
Katarzyna wreszcie się ocknęła. Otworzyła oczy i zatrzepotała powiekami. Uniosła się na łokciu, niepewnie rozglądając się po sielskiej polanie. Ujrzała nad sobą moją zatroskaną twarz, a na jej obliczu zagościł blady uśmiech. Ufnie ogarnęła mnie ramionami.
— Nie jesteś strasznym smokiem, Antoni — z ulgą wyszeptała, wieszając mi się na szyi. Z wdziękiem mnie ucałowała, a potem chwilę milczała, usilnie nad czymś medytując. Wreszcie ni stąd ni zowąd zapytała ze słodyczą w głosie: — Czy możesz mi, kochany, sprawić taką suknię jak Agacie?
Już wiedziałem, co mnie w niej niepokoiło. Była bardziej porąbana niż ja.
bracałem w palcach przypadkiem znalezioną na brzegu lasu błyskającą w słońcu srebrną monetą, a potem zacząłem nią zgrabnie podrzucać. Zgubił ją ani chybi najbogatszy we wsi gospodarz, kiedy wyprawiał się przeciw mnie z gromadą nadgorliwych parobków. Pamiętałem, że potknął się i przewrócił na wystającym korzeniu. Jakiś czas biłem się z myślami. Nigdy dotąd nie zastanawiałem się nad tutejszymi środkami płatniczymi. Bo i po co? Wreszcie doznałem zbawiennego olśnienia.
— Ile jest warta? Co za nią można kupić? — zapytałem Agaty, dokładającej drew do kuchennego pieca. Gospodarzyła w chacie, czując się jak u siebie.
Z ogniem w oku obejrzała ten maleńki skarb z obu stron.
— Mało kto we wiosce ma takie — rzekła z namysłem. — Na targu w miasteczku dostanie za nią konia lub dwie krowy, albo kilka świń.
Wiedziałem już, co uczynię. Musiałem wyjść ze ślepego zaułka. Wyjąłem jej z ręki to cudo i w te pędy pognałem do krążownika, by wydać pilne polecenie mojemu kompanowi. W godzinę później byłem już we wiosce i z duszą na ramieniu zatrzymałem się przed dobrze znaną mi chałupą. Krowy przygnano z pastwiska, a słońce chyliło się ku zachodowi. Kaśki nie dostrzegłem, pewnie była w kuchni lub w oborze. Jej stary siedział na ławeczce i wystawiał zmęczoną twarz do resztek złotych promieni. Jeszcze nie wydobrzał po zajściach sprzed kilku dni.
Chrapliwie krzyknąłem do niego zza płotka, gestem ręki przyzywając go do siebie. Nie spodziewał się mnie i chyba się nieco przeraził. Mimo to wstał i podpierając się kosturem przykuśtykał do furtki. Zatrzymał się z ponurą miną, a jego przekrwione oczy przewierciły mnie podejrzliwie.
Nie wdawałem się z nim w pertraktacje, chociaż wcześniej brałem je pod uwagę. Pewnie zabrakło mi śmiałości. Rzuciłem mu do stóp pokaźną skórzaną sakwę, wypełnioną srebrnymi monetami, a potem spanikowałem. Tchórzliwie się odwróciłem i jak pętak dałem dyla.
Następnego dnia znowu tam się pofatygowałem. Wybrałem wcześniejszą porę, nie czekając wieczora, a moja niezdrowa ciekawość okazała się silniejsza niż tłumiony lęk. Stary znowu siedział kamieniem na ławeczce. Tym razem dostrzegł mnie już z daleka i bez wahania wysadził się przed furtkę. Był jakiś zdrowszy, czerstwiejszy i pewniejszy siebie. Ściągnął z głowy czapkę, a gdy się zbliżyłem, kornie ukłonił się mi w pas, zamiatając nią ziemię.
— Wejdźcie, wielgachny panie, mości dobrodzieju — z uwielbieniem wychrypiał, usilnie mnie zapraszając do środka. — Wejdźcie w moje niskie progi. Nie pogardźcie. Gość w dom, Bóg w dom!
Zachęcony wlazłem do ogródka, podejrzliwie łypiąc dookoła. Pojąłem, że mamoną odpłaciłem za wyrządzone tu szkody, a w moim oku raptem zakręciła się łza. Stary połknął haczyk. Przyszło mi do głowy, że powinienem nauczyć się respektować tutejsze prawa. Do diaska, nie miałem innego wyjścia.