science
fiction

Banita


Część druga




P

rzywitał mnie spokojny ranek, chrypliwie piały koguty, a przez szczeliny w podłym dachu przeświecały złote promyki słońca. Wykopałem się z szeleszczącego siana, doprowadzając do porządku zmierzwione włosy i wrzuciłem na grzbiet łachy. Przeciągnąłem się, rozkosznie poziewując i delektując się własnym szczęściem. Wyspałem się za wszystkie czasy. Przewrotny los okazał się dla mnie nadzwyczaj łaskawy — oprawcy z Aorii skazali mnie na poniewierkę, a tymczasem przypadły mi w udziale przewyborne wywczasy, nie mające się tak szybko skończyć. Czułem się jak w raju. Pokryta bielą chmur planeta, która po nieskończenie długim locie niespodzianie wyrosła przed moim krążownikiem, dała dowód, iż jest nad wyraz życzliwa dla osamotnionego wędrowca. Nie kąsała go i nie straszyła. Przyjęła gościnnie banitę, bez kaprysów i dąsów, obdarowując go ochoczo tym, co miała najlepszego. Zapowiadało się sielsko i anielsko, a w związku z tym miałem prawo widzieć dotąd niejasną przyszłość w całej gamie ciepłych barw.

Nie wszystko jednak poszło po mojej myśli, o zgrozo. Z przykrymi niespodziankami należało się zawsze liczyć, bez względu na to, gdzie by się nie było i czego by się nie robiło — a mój poranny przedni humor nie na wiele się zdał. Wrota stodoły drgnęły, usłyszałem rzewny płacz, po czym ktoś jął w pośpiechu wdrapywać się do mnie po uginającej się drabinie. Ledwo rozpoznałem moją czułą kochankę. Włosy miała w nieładzie, koszulę brzydko rozdartą, podbite jedno oko, na jej policzkach rysowały się zadrapania, a z nosa strużką spływała jej krew.

— Uciekaj, miły, uciekaj, da Bóg, jeszcze się spotkamy... — z rozpaczą zawołała. — Umykaj, bo chcą cię zabić, zatłuc na śmierć! — zadarła się przez łzy, ostrzegając mnie przed z nagła wyrosłym zagrożeniem.

Nie odważyła się wejść na siano, cofnęła się i zlazła z powrotem na klepisko.

Czar prysł jak bańka mydlana. Oto jak skończyła się upojna noc! Szloch skrzywdzonej dziewki dowodził, że doszło do czegoś potwornego. To nie były przelewki. Mój koszmar nadal trwał.

— Co się stało?! — przerażony krzyknąłem za nią, wychylając się w dół i usiłując pozbierać rozpierzchłe myśli. — I za co cię tak pokarano?!

Cicho łkała, spoglądając w górę.

— Za to, żeśmy się w nocy łajdaczyli, za to. Moja siostra przyuważyła, żem wyszła z chałupy — spowiadała się ze ściśniętym gardłem — a po kryjomu przylazła tu za mną. Stała na drabinie i wszystko widziała, zaraza. I wredna poskarżyła. Ojcowie się rozsierdzili i rzekli, żeś mnie zhańbił. I żem sama siebie pokalała. Cóż ja teraz, nieszczęsna, pocznę? — chlipała, usiłując nieporadnie doprowadzić się do porządku.

Zamurowało mnie na amen, bowiem taka kolej rzeczy nie mieściła się w moich rachubach.

— Do diabła! — jęknąłem, czując, że nie pohamuję narastającej we mnie wściekłości. Budził się we mnie wojowniczy Glotrymen, szarpał się i rwał do czynu. — Wszystko, tylko nie to...

Wyzwoliły się we mnie krwiożercze instynkty. Mignął mi przed oczyma obraz mojego krążownika, który majestatycznie płynie nad wioską i wznieca pożary, obracając dorobek tubylców w popiół i pozostawiając dymiące zgliszcza.

Wrota stodoły szeroko się rozwarły, a do wnętrza wpadło więcej światła. Usłyszałem złowróżbne okrzyki. Odruchowo się cofnąłem, ulegając na krótką chwilę panice. Miałem przeciw sobie wzburzoną tubylczą społeczność, która upominała się gniewnie o odebraną jej własność. Przed stodołę przyciągnęli rozwścieczeni wieśniacy, chcący ujrzeć sprawcę nieszczęścia i od ręki z nim się rozprawić. Porywczo szykowano się do egzekucji. Złe wieści rozchodziły się lotem błyskawicy. Przywrócił mi poczucie rzeczywistości spazmatyczny płacz Agaty. Trzasnął bykowiec i pojąłem, że moja luba jest u kresu wytrzymałości. Takiego upodlenia nie mogłem znieść.

Zeskoczyłem bez trudu z wysokości. Ojciec Agaty wyglądał jak szaleniec, oczy wychodziły mu z orbit, a z jego ust toczyła się piana. W amoku uniósł bykowiec, przymierzając się do kolejnego razu. Byłem szybszy, jednym ruchem wyrwałem mu go z ręki i odrzuciłem precz.

— Opamiętaj się, starcze! — wściekle warknąłem, szczerząc kły.

Zapomniał na chwilę o swej latorośli, która nieudolnie podnosiła się z klepiska. Rozdarta koszula odsłaniała śliczne plecy, na których znaczyła się ohydna czerwona pręga.

— Na powróz z nim! — w szale wybełkotał, nieudolnie wymachując rękoma. Rzucił się na mnie, usiłował pochwycić mnie za szyję i dusić. W niczym nie przypominał tamtego spracowanego rolnika, który z zapartym tchem wsłuchiwał się w barwne historie o odległych bagnach Baorii i żarłocznych roślinach, pełzających po zdradliwym podmokłym gruncie. — Na topolę łajdaka!

Agata zdobyła się na nadludzki wysiłek. Nie myślała o sobie, ani o udrękach i poniżeniach, które ją jeszcze czekały.

— Uciekaj, miły — ostatkiem sił krzyknęła, pokazując mi maleńką bramkę po drugiej stronie klepiska. — Tamtędy!..

Posłuchałem jej, chociaż nie powinienem był tego czynić. W te pędy wyrwałem się przez furtkę, szukając panicznie otwartej przestrzeni, jakby to w niej krył się dla mnie ratunek. Popełniłem niewybaczalny błąd, którego skutki natychmiast odczułem.

Warowali łajdacy z cepami po obu stronach bramki. Wychyliłem się i od razu zdzielili mnie w łeb, omal nie zwalając z nóg. Ujrzałem nagle wszystkie gwiazdy. Ciury były mocarne — i gdyby faktycznie tutejsi mieli do czynienia z prawdziwym żebrakiem pędziwiatrem, a nie z upiornym przybyszem z czarnego nieba, ten byłby już ani chybi rozłożony na obie łopatki.

Potworny ból podziałał na mnie jak czerwona płachta na byka.

— Poszedł won! — groźnie wrzasnąłem, otrząsając się i zrzucając jednego z pleców.

Byłem lepszy niż oni w te gierki. Z całej siły rąbnąłem najbliższego twardą pięścią w szczękę, a następnemu wymierzyłem solidnego kopniaka w brzuch. Kutych na cztery nogi chłopaków było tam z sześciu. Nie bawiąc się już w udawanie tubylca, uruchomiłem grawitrony i niby anioł lub czart w mig odpłynąłem na bezpieczną odległość, nieznacznie wznosząc się w górę. Chyba nie zdążyli sobie uzmysłowić, z kim mają do czynienia. W mojej osobie zawitało do ich nędznej wioski posępne aoriańskie zło w najczystszej postaci. A mieli je właśnie odczuć na własnych skórach. Wykonałem raptowny zwrot w powietrzu i jak glotrymeński bumerang spadłem na nich, niosąc zniszczenie. Skosiłem wszystkich z jednego niemal śmiercionośnego ślizgu.



P

okrzepiony pierwszymi sukcesami na polu walki, z dzikim okrucieństwem w oczach zawróciłem przez bramkę do stodoły. Rozsadzała mnie wściekłość. Znieważono mnie i czułem, że mam prawo do krwawej zemsty. Nie dostrzegłem już tam Agaty, więc przeszył moje serce bolesny skurcz. Ze złością skoczyłem na drugą stronę, nie pozwalając zaprzeć wrót. Popędzana przez ojca wchodziła do ogródka, przygarbiona, zrezygnowana i przegrana. Od tej pamiętnej nocy miała być zakałą wioski — personą, którą przy akompaniamencie szyderczego śmiechu urągliwie wytyka się palcami. Brzmiał mi w uszach ten śmiech. Dwaj parobcy, którzy oglądali się za pohańbioną dziewką i drwiąco rechotali przy wrotach, legli na ziemi, skręcając się z bólu. Moje pięści znowu poszły w ruch. Wyrwałem jednemu z nich z rąk kawał łańcucha, wywijając nim groźnie w powietrzu. Trzej inni w te pędy czmychnęli za róg stodoły, nie paląc się do bitki.

Oczyściwszy sobie teren, udałem się za poganianą przez starego bezbronną anielską istotą. Opadły mnie złe myśli. Oczyma wyobraźni ujrzałem jego ociekającą krwią łepetynę, sterczącą jak garniec na sztachecie płotu. Pokładowy komputer wreszcie się odezwał, bo do tej pory milczał jak zaklęty.

— Wejście do domostwa ryzykowne — szeptał mi w uchu cichy głos. — Nadużyłeś gościnności. Jesteś intruzem i natrętem, który zakpił sobie ze szczodrobliwości gospodarzy. Nie doceniłeś ich gestów. Z punktu widzenia tutejszej moralności, ukaranie ciebie jest najświętszym obowiązkiem tubylczej społeczności...

Nie miałem nastroju do wysłuchiwania jałowych pouczeń — tym bardziej, że były mocno spóźnione. To nie ja, lecz pokładowy doradca wpadł na kretyński pomysł, żebym zanocował w stodole, aby odbyć gody z Agatą. Sam zrobiłbym to zupełnie inaczej.

— Dobrze wiesz, gdzie mam tutejsze prawa i obyczaje — warknąłem przez zaciśnięte zęby, szarpiąc ręką sztachetę płotu. Skumulowana agresja szukała ujścia i nabrałem nagle ochoty, by zostawić tę chałupę, w te pędy zawrócić do krążownika i rozbić cepem pieprzącego androny psubrata.

Bezzwłocznie się dostosował. Cóż, był maszyną i miał szybki refleks. Okazał się skory do pomocy i usłyszałem w uchu usłużną podpowiedź:

— Użyj środka usypiającego!..

Zamarłem z wrażenia, po chwili namysłu godząc się z tą sugestią. Bacznie zlustrowałem otoczenie. Tamci lizali rany i od strony wioski póki co nikt mi nie zagrażał.

— To jest myśl — prychnąłem. — Chyba tak odrobię tę lekcję. Nic na łapu-capu. Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłem.

Obejrzałem z lekka zabrudzone dłonie, z uwagą lustrując ukryte pod paznokciami ledwo widoczne wyloty. Poturbowanych było już dość na polu walki, mogłem zatem odwołać się do bardziej humanitarnych metod. Poprawiło mi się samopoczucie. Dotarło wreszcie do mnie, że w pełni panuję nad rozwojem sytuacji.

— Co mi tam tubylcza wiocha — ponuro się żachnąłem. — To ja w tej dziurze dyktuję warunki. I żadna gadzina mi nie podskoczy.

Jednym susem pokonałem płot, leniwym krokiem dochodząc do skrzypiących drzwi chaty. Stary Agaty zawrócił na próg i z cynicznym uśmieszkiem na ustach zastąpił mi drogę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim się mierzy i nie miał zielonego pojęcia o mojej mocy. Nie skróciłem go o głowę, jak wcześniej w złości zamierzałem. Odrzuciłem precz łańcuch i znienacka syknąłem mu w nos gazem. Nogi mu raptem zmiękły, oniemiał ze zdumienia i z błazeńskim wyrazem twarzy osunął się do moich stóp, jakby rozpaczliwie błagał o przebaczenie.

Ze wzgardą go odsunąłem, gdyż tarasował mi przejście. Ten bastion był już zdobyty. Przez krótką chwilę szukałem w nim podobieństwa do Agaty, ale go nie znalazłem. Wszedłem do sieni, a następnie do skrytej w półmroku kuchni.

— Pochwalony! — rzekłem i zaraz ugryzłem się w język. W zaistniałych okolicznościach to uświęcone tradycją powitanie nie miało sensu i zabrzmiało urągliwie. Nikt mi zresztą nie raczył odpowiedzieć.

Świadoma nadchodzącej kary za podły występek siostrunia Agaty usiłowała lękliwie skryć się przede mną pod założonym piernatami łóżkiem. Wystawały tylko jej łydki i stopy. Uśmiechnąłem się w duchu, skoczyłem tam za nią i złapałem ją za kostki. Wiła się jak piskorz. Z trudem ją wyciągnąłem, podciągając mimochodem spódnicę, a tym samym wystawiając na publiczny widok jej skarby. Szarżowała jak kogucik liliputek. Dostała ataku histerii, bo zdesperowana przyskoczyła do pieca i złapała żeliwne żelazko, próbując zdzielić mnie nim w łeb. Wydarłem jej z rąk tę przyciężkawą zabawkę. Nie pomogło. Z przeraźliwym piskiem puściła się po gar z wrzątkiem, aby mi chlusnąć w oczy. Byłem od niej szybszy. Porwałem ją w pół, obróciłem i przygiąłem do ziemi, wiążąc ją między udami jak w imadle i wykręcając ręce.

— Nie rzucaj się, pajacyku, przecież mi nie poradzisz! — żachnąłem się poirytowany.

Zwiotczała i poddała się, gdy poczuła moją siłę. Zaryzykowałem i ją puściłem. Z nadąsaną miną poprawiła odzienie. Przytrzymałem ją za ramię, kładąc znacząco palec na ustach. Kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że będzie cicho. Stanęła kornie przy drzwiach do komory, a potem potulnie przysiadła na łóżku. Skierowałem w jej stronę dłoń, chcąc ją uśpić, aby mi nie przeszkadzała, gdy będę zajmować się Agatą, ale znowu się wtrącił przemądrzały komputer.

— Nauczyłbym ją moresu — wymamrotał. Mimo chłodnego tonu zabrzmiały w jego głosie nutki oburzenia. Nie tylko mnie, ale i jemu ta mała pomieszała szyki. Przecież gdyby nie ona, wszystko poszłoby gładko.

Przez krótką chwilę stałem jak zblazowany, nie wiedząc, co począć. Jak można zajść za skórę dzierlatce, której wdzięczne samicze kształty jeszcze się w pełni nie zarysowały? Przyszła mi raptem do głowy diabelska myśl. Powinienem był wymierzyć jej chłostę, ale od bolesnych razów dużo dotkliwsza mogła być zupełnie inna kara. Jednym ruchem zdarłem z niej koszulę, odsłaniając rozkwitające piersi. O dziwo, młode pisklę się nie broniło, dziewka w lot pojęła me intencje, a ku memu osłupieniu sama zaczęła się dalej rozdziewać. Zrzuciła spódnicę i odsłoniła przede mną gładkie ciało. Opuściłem ją, ostrożnie zaglądając do sąsiedniej izby. Stara matka przysiadła na brzegu małżeńskiego łoża, pochylając się nad cierpiącą Agatą. Współczuła córce, ale nie mogła jej pomóc, bo tutejsze surowe prawo nie dopuszczało miłosierdzia. Przeżyły straszliwe upokorzenie i nie zwróciły na mnie uwagi, przejęte bólem, który stał się ich udziałem. Uśpiłem je gazem i rzuciłem na łoże włączony automat medyczny. Wiedziałem, że gdy moja luba się obudzi, nie ujrzy już na swym ciele śladów bykowca.

Wróciłem do kuchni, podejrzliwie przyglądając się młodszej, która nad wyraz śmiało sobie poczynała. Półmrok się pogłębił. Zaparła drzwi drzewcem od siekiery i spuściła żółte zasłonki na kuchenne okno. Tak bardzo chciała zostać ukarana?

— Jak masz na imię? — zapytałem, biorąc to ludzkie pisklę w objęcia. Zdarłem z łóżka pierzynę, rzucając ją na polepę. Chętna dziewczyna legła pode mną i dostała, czego chciała. Oddawała mi się w milczeniu, z lekka przygryzając wargi. Dotykała mojej twarzy, głęboko oddychała i dopiero w ostatniej chwili, gdy ekstaza sięgała szczytu, a jej ciało wygięło się w łuk, wyrwał się z jej gardła krótki jęk rozkoszy.

Kazałem jej założyć koszulę i spódnicę. Zlustrowałem ją uważniej i przeszył mnie chłód. Odniosłem wrażenie, że pakuję się w coś, co skończy się dla mnie tragicznie. Odziewała się spokojniutko i bez pośpiechu — jakby to, do czego właśnie doszło, było najzupełniej na miejscu i odpowiadało jej skrytym planom. Blado uśmiechnęła się do mnie, czyniąc to po raz pierwszy, a w jej oczach dostrzegłem weselsze błyski. Próbowałem odwzajemnić uśmiech, lecz mi to nie wyszło. Dopadło mnie wreszcie olśnienie. Jeżeli zamierzałem jej zajść za skórę, to dokumentnie rozminąłem się z celem. Uzmysłowiłem sobie, co mi rzekła Agata. Jej siostra była naocznym świadkiem niepokojącej lekcji na sianie i widocznie zapragnęła podobnej. A może chodziło jej o coś zupełnie innego?

— No, więc jak masz na imię? — znowu zapytałem. Czułem potrzebę bliższego poznania tej młodej, zaskakującej mnie istoty. Jakaś lękliwsza część mojego ja kazała widzieć w niej złośliwego demona i mieć się na baczności.

— Katarzyna — zaświergotała. — Wołają na mnie Kaśka.

Przyglądałem się, jak zapina rogowe guziczki przy rękawach koszuli i zaciąga parciany pasek przy długiej spódnicy. Niespodzianie przyszło mi do głowy, że powinienem wkrótce powtórzyć z nią ten numer, ale odepchnąłem od siebie tę myśl jako niedorzeczną. A jeśli to były jakieś tutejsze czary? Doświadczony glotrymeński wojownik radził sobie z wieloma przeszkodami, ale wobec magii był bezsilny.

— A ile masz lat? — rzuciłem kolejne pytanie.

Poprawiła włosy. Miała je krótsze niż starsza siostra i nieco ciemniejsze. Wzięła do ręki metalowy grzebień i zaczęła je czesać.

— Piętnaście — odrzekła, nieco przy tym się rumieniąc. Wstydziła się swego młodego wieku, albo co gorsza jeszcze tyle nie miała, ile sobie przypisała.

Zrobiło mi się jej żal. Nie chciałem dzielić łoża z więcej niż jedną tubylczą kobietą, przewidując, że może to pociągnąć za sobą rozliczne komplikacje. Jak mi zdradził pokładowy doradca, w tym regionie planety nie tolerowano wielożeństwa i srodze za nie karano. Było dopuszczalne w innych jej stronach.

— Wrócę po ciebie — mimo to szepnąłem obiecująco. — Tylko: cicho, sza! — przyłożyłem palec do ust. — Nikomu ani słowa.

Nie wiem, czy mi uwierzyła. Chyba nie, gdyż nie okazała szczególnej radości. Stanęła zamyślona przy kuchennym piecu, zaglądając do garnka, w którym bulgotała tubylcza strawa i pokazując mi plecy.

Wykradłem z domostwa uśpioną Agatę. Wziąłem ją na ręce, z rozczuleniem wpatrując się w jej pobladłą twarz. Ślady po razach powoli nikły. Wytargałem się z nią przed chałupę, którą w myślach pożegnałem raz na zawsze: nie było tu miejsca dla mojej ukochanej — ani w zagrodzie, w której urodziła się i wyrosła, ani w wiosce, w której zyskała opinię rozpustnicy. Włączyłem grawitrony i pognałem ze świstem w stronę lasu, unosząc się nad łąkami i trącając korony samotnych drzew. Niebawem dotarłem do krążownika, a winda grawitacyjna wniosła mnie na górę. Ściągnięty tu żywy skarb troskliwie ułożyłem w hibernatorze.

— Zrobione — szczeknąłem.

Komputer ją pooglądał i zawyrokował, że nic jej nie jest. Obrażenia okazały powierzchowne. Sterczałem nad nią roztrzęsiony, aż wreszcie pojąłem, że w następnej kolejności muszę zająć się sobą, jeśli chcę wrócić do stanu równowagi, z którego wytrącił mnie natłok nieprzewidzianych zdarzeń. Nie czułem ulgi i ścinały mnie z nóg rozdygotane nerwy. Posłużyłem się pokładowym korelatorem psychiki. Sięgnąłem po to urządzenie pierwszy raz, bo nie miałem za grosz zaufania do tych zwariowanych aoriańskich wynalazków. Mieszały w głowie. Jednak dobrą godzinę trwało, nim wrócił do mnie upragniony spokój i nim zaczęły krążyć nade mną trzeźwe myśli.

Wpatrując się w słodkie oblicze śpiącej Agaty, oddawałem się gorzkim medytacjom nad nieprzewidywalnym losem, a przy tym co rusz łypałem wzrokiem na bez przerwy trudzący się komputer. Ruszyło mnie sumienie. Maszyna tyrała jak mogła, na okrągło gromadziła i przetwarzała dane, a szło jej przy tym całkiem nieźle. No, ale w tak krótkim czasie nie mogła przebrnąć przez wszystko i opracować niezawodnej strategii.

— Dałem plamę! — zawyrokowałem.

Decydując się raptem na związek z tutejszą kobietą i wdając się znienacka w bójkę z wieśniakami, zaangażowałem się w tutejsze sprawy tak głęboko, że w efekcie drogi mi dotąd obraz Daorii zaczynał zatrważająco tracić barwy, gasnąć i rozmazywać mi się przed oczyma. Tarłem w zamyśleniu czoło, nie wiedząc, czy dobrze postąpiłem, przedwcześnie ujawniając się na obcym globie i ingerując w jego prawa.

— Za bardzo się pospieszyłem — pisnąłem.

Nie tak przecież powinien był wyglądać pierwszy kontakt z nowo poznaną cywilizacją. Pocieszało mnie jedynie to, że nie przybłąkałem się w te strony kosmosu jako oficjalny reprezentant stojącej wyżej na drabinie ewolucji rasy, ale jako wygnaniec, bezwzględny złoczyńca i okrutny przestępca. Byłem porąbany i od dzieciństwa miałem nierówno pod dachem. I nic już nie mogło tego zmienić.

Agata niespokojnie się poruszyła, wymamrotała coś przez sen, ale nie uchyliła powiek. Szeroko ziewnąłem, dochodząc do wniosku, że i mnie należy się wypoczynek. Maszyna wykreowała dla mnie dostosowane do mych kształtów prowizoryczne łoże i wygodnie się na nim ułożyłem. Jednakże upragnione ukojenie nie nadchodziło. Zdecydowałem się więc na włóczęgę po okolicy i zjechałem windą na dół, by zająć się cichym podglądaniem boru. Szczególnie mnie intrygowały kryjące się w koronach drzew ptaki. Odgłosy lasu dowodziły, że rozległa knieja tętni życiem i wykoncypowałem, że jest ona dla mnie nie mniejszym wyzwaniem niż durnowaci tubylcy. Wytropiłem dwie sarny, potem lisa, wreszcie trafiłem na niedźwiedzia, wybierającego miód z opuszczonej barci. Dalej ciągnęły się mokradła i ujrzałem kilka bocianów, polujących na ryby i żaby. Nie zapuszczałem się jednak w tamtą stronę, nie chcąc nadmiernie zbliżać się do upiornej wioski. Wyczuwałem płynące z niej groźne impulsy.



M

oja kochanka jeszcze spała, więc nabrałem ochoty, by w międzyczasie poświęcić z kwadrans cichej pogawędce z pokładowym doradcą. Przyniosłem sobie z lasu niewielkiego borowika i sosnową szyszkę. Leniwie przysiadłem przed ekranami, przez które przepływał usytuowany gdzieś w głębi kontynentu rozległy masyw górski ze strzelającymi w górę ośnieżonymi szczytami.

— I co dalej? — zapytałem jak rozkapryszony aoriański brzdąc, znudzony dotychczasową zabawą i spragniony nowych podniet.

Komputer milczał, a barwne obrazy się zmieniały. Oglądałem pokryte zieloną trawą hale, na których wypasano stada owiec. Potem ujrzałem wyniosłą budowlę obronną, wzniesioną na wysokich nadrzecznych skałach. Przemknęło mi przez głowę, że mógłbym taką zdobyć i w niej zamieszkać.

— To zależy od tego, co cię kręci. Raz pragniesz tego, raz tamtego. Chcesz, żeby ziszczały się twoje marzenia, czy wolisz służyć planom tej tubylczej kobiety? — układnie zapytała maszyna, robiąc za speca od pomotanej psychiki.

Mignęła mi myśl, że mój kompan jest najzwyczajniej w świecie zazdrosny o tutejszych. Czyżby chciał mnie ich pozbawić? A może się myliłem?

— Moje marzenia? — niepewnie wybąkałem, robiąc dobrą minę do złej gry. Usiłowałem sobie uzmysłowić, co mi właściwie chodziło po głowie, kiedy lądowałem na nieznanej planecie po 960 latach lotu. Z orbity stacjonarnej wyglądała raczej zachęcająco, ale i dojmująco obco, gdyż nie kojarzyła mi się z niczym znanym. Teraz zaś stwarzała wrażenie nadzwyczaj bliskiej i pociągającej. W mig w nią wrosłem jak baoriańska roślina w bagnistą glebę. Poczułem się na niej jak u siebie.

— Nosiłeś się z zamiarem powrotu do centrum Galaktyki — skwapliwie podpowiedziała maszyna. — Tęskniłeś za współbraćmi Glotrymenami i ciepłym światłem Archei.

Powinienem był się wstydliwie zarumienić i wydawało mi się, że zaraz z zażenowaniem zachichoczę. Pohamowałem się, bo bałem się, że obudzę Agatę. Zresztą w moim śmiechu zabrzmiałyby nieszczere nutki. Podły drań miał niewątpliwie rację — tyle tylko, że w ciągu ostatniej doby sporo się zmieniło, a sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Nie zamierzałem skracać mych wywczasów na tym globie, bowiem zbyt wiele oferował atrakcji. Momentami ogarniała mnie euforia i przeczuwałem, że będę tu cieszyć się niewyobrażalną władzą. Miałbym się tego naraz wyrzec?

— Moi współbracia? Odeszli w niepamięć — rzekłem smętnie. — Od dawna nie żyją. Cóż bym tam znalazł po dwudziestu wiekach? Nikt by nie wiedział, kim jestem — skrzywiłem się z niesmakiem. Wróciłem myślami na Ziemię. — A co z nią? — zapytałem, wskazując na słodko śpiącą dziewczynę. Westchnęła głęboko przez sen, jakby czuła, że o niej mowa.

— Agata pragnie wyjść za ciebie i osiedlić się w wielkim mieście, z dala od rodzinnej wioski, zmęczonych życiem rodziców i kawalerów, pożądliwie oglądających się za nią, lecz niewiele mających do zaofiarowania. Szuka dróg odmiany swego losu.

— Hm... — zadumałem się, trąc ręką brodę, na której znaczył się już twardy zarost. — To prawda. Czyniła do tego aluzje.

Dziewka poruszyła się i znowu coś szepnęła. Złożyłem delikatny pocałunek na nabierającym rumieńców policzku, ciesząc się z postępów procesu regeneracji.

— To jeszcze nie wszystko — tajemniczo dorzucił mój doradca.

— Nie wszystko? — zdziwiłem się, dumając nad projektami Agaty oraz medytując nad tym, jak je urzeczywistnić.

— Jest jeszcze ta druga, młodsza, jej siostra — kierował moją uwagę na inny tor.

Omal nie huknąłem, by zamanifestować niezadowolenie. Nie chciałem mieć dwóch kobiet, co było dla mnie jasne jak słońce. A poza tym tej drugiej trochę się bałem. Na Baorii samice negrodów wysysały z samców moc w czasie kopulacji, czyniąc ich uległymi niewolnikami. Przeszył mnie chłód.

— A co ona ma do tego? — wycedziłem, z niechęcią wzruszając ramionami. Pomyślałem, żeby wokół krążownika wyrysować stare glotrymeńskie znaki, chroniące przed czarami, ale doszedłem do wniosku, że mój doradca by mnie wyśmiał. Miał za nic magię.

Odniosłem wrażenie, że komputer się waha. Wreszcie się zdecydował.

— Katarzyna przejrzała cię na wylot. Góruje inteligencją nad starszą siostrą i domyśla się, że przybyłeś spoza Ziemi. Co więcej, pragnie tego, byś zbudował dla niej imperium. Ktoś nakładł jej w dzieciństwie do głowy baśni i klechd, więc teraz skrycie marzy, by stać się prawdziwą królową, być u steru, mieć armię i władać poddanymi. To kwestia psychiki. Przypomina pod tym względem znane na tym globie wybitne monarchinie — ględził. — Chociaż... Właściwie, to nie... Można rzec, że ta twoja mała ma w sobie coś zarazem z Marii Medycejskiej i z Kleopatry, królowej starożytnego Egiptu — popisywał się skurczybyk zdobytą wiedzą historyczną. Musiał jedną z ruchomych sond wrzucić do ogromnej biblioteki z magazynem pełnym zakurzonych książek.

— Czarno to widzę — miauknąłem. — A na cholerę mi monarchini? — wahałem się, nerwowo szarpiąc ucho. — Co, twoim zdaniem, powinienem uczynić? Na co się zdać? — zapytałem, zniecierpliwiony tak zarysowanymi perspektywami. Chyba ich nie ogarniałem.

— To zależy wyłącznie od ciebie — kusiła podła maszyna. — Ty tu rządzisz, a masz przed sobą wiele lat życia. Możesz w tym czasie przyczynić się do rozkwitu tej planety, dać się poznać jako potężny kosmita i przekonać Ziemian, że przybyłeś do nich z kagankiem oświaty lub poświęcić się niekończącym się przyjemnościom, pijaństwu, wyżerkom i zdobywaniem kobiet, bądź też uganianiem się po lasach za zwierzyną łowną. Oczywiście, możesz wybrać rolę kata, jeśli cię ona pociągnie i wyciąć w pień cały ten gatunek. O ile się orientuję, nie śpieszy ci się z powrotem na Daorię...

Niegodziwiec się nie mylił. Co tu dużo mówić, nie paliło mi się już do ledwo widocznych na niebie gwiazd, zresztą do rodzinnego domu było za daleko, by nierozważnie wybierać się w drogę. Należało liczyć siły na zamiary. Co nie znaczy, że komputer nie zasiał we mnie niepewności. Zaczynałem coś podejrzewać. Komu zależało na tym, by wybić mi z głowy myśl o powrocie? Przemknęły mi przed oczyma niejasne obrazy z Oro. Czyżby moje więzienne sukcesy zostały przez kogoś zaaranżowane? A mój krążownik celowo wystrzelono w stronę tego układu solarnego? Kto to ukartował? Czułem się na tej planecie jak w uwitym gniazdeczku, ale myśl o tym, że z premedytacją wrobiono mnie w te cztery kąty, była nie do zniesienia. Niestety, na to jednakże wyglądało.

Nie w smak mi była rola animatora prymitywnych kultur z obrzeży Galaktyki — i to w perfidny sposób narzucona.

— Sądzę, że przede wszystkim powinienem pomyśleć o Agacie — ostrożnie wydukałem. — O niej — pochyliłem się nad moją gołąbeczką. — Niedługo się biedaczka obudzi.

Komputer ochoczo zaproponował:

— Gdzieś tu w pobliżu na niewielkiej polanie zbuduj dla niej uroczą chatkę. I do niej ją przenieś!

Moje krzaczaste brwi powędrowały wysoko w wyrazie zdumienia. Nie mogłem debilowi odmówić racji. Nie wiem, jak naświetliłbym jej zawiłą kwestię mojego pochodzenia. W ogromnej większości tubylcy byli zacofani i mylnie sądzili, że Ziemia jest jedyną zaludnioną planetą we wszechświecie. Tego przesądu nie dawało im się wybić z głów.

— Świetny pomysł — pochwaliłem go. — Zatem do dzieła — z ukontentowaniem zatarłem ręce. Nie cierpiałem bezczynności. — Nareszcie przyda się do czegoś ten rewelacyjny zestaw afilogenny. Zobaczymy, czy jest tak dobry, jak mówiono.

Zabrałem ostrożnie Agatę z hibernatora i wyniosłem ją z krążownika na leśną polanę. Nieopodal unosiła się i kłębiła lekka srebrzysta mgła — dowód, że mój komputer nie próżnował. Pognałem tam na grawitronach, ścinając czubki sosen i świerków. Chata była jak z bajki.

Ułożyłem przyjaciółkę na łóżku, medytując nad tym, czym w następnej kolejności powinienem się zająć. Z tej odległości nie było widać krążownika, bowiem zasłaniała go ściana lasu. Chodziła mi po głowie myśl, że powinienem — mimo to — zastosować jakieś maskowanie. Licho nie spało i jeśli nie Agata, to jakiś przypadkowy tubylec mógłby się natknąć na moją podniebną warownię i nie na żarty przerazić.

— Zioła są w kuchni obok pieca — usłyszałem w uchu zapobiegliwy głos. — Zajmij się nimi!

— Odwal się. Jakie znowu zioła? — warknąłem, w pierwszej chwili nie pojmując, czego może chcieć pokładowa maszyna.

— Wyleczyłeś ją, usuwając ślady po razach bykowcem — jak przygłupowi tłumaczył mi komputer. — Przecież nie powiesz jej, że stało się to dzięki aoriańskiemu automatowi medycznemu. Nie wie, co to takiego. Natomiast jak wszyscy tutejsi uwierzy w działanie tajemnych leśnych roślin, zbieranych o północy przy pełni księżyca.

Przyniosłem z kuchni garść suszonych ziół. Część z nich starłem na proch, rozsypując obok jej głowy i rąk, a część podpaliłem. Tliły się, rozsiewając wokół odurzający mocny zapach i szczypiąc oczy słodkawym dymem.

— To wszystko — podsumowała udane dzieło maszyna, wycofując się i rezygnując z dalszych sugestii i podpowiedzi.

Zostałem sam na sam z własnymi myślami, które leniwie krążyły wokół spraw bez znaczenia. Automed wyłączył się, gdyż nie był już potrzebny. Przysiadłem więc przy śpiącej kochance, delikatnie pieszcząc ją i z czułością całując. Przeciągnęła się i rozkosznie westchnęła. Uchyliła oczu — i w jednej chwili wróciła do niej pamięć porannego koszmaru. Rozpaczliwie krzyknęła, poderwała się i jak dziecko bezradnie rozejrzała, ale gdy skupiła uwagę na mnie, natychmiast ogarnął ją spokój.

top

1