science
fiction

Banita


Część pierwsza




O

budziłem się z wrażeniem, że bardzo długo przebywałem duchem gdzieś daleko i że teraz na powrót łączę się z moim drętwym jak kołek ciałem. Ledwo mogłem poruszać okrytymi chityną kończynami. To nie były przyjemne odczucia, ale i nie aż tak upiorne jak się spodziewałem. A tak mnie straszono przed odlotem. Znałem powód, dla którego bezduszna maszyna wyrwała mnie ze snu. Można to było wyrazić jednym prościutkim zdaniem: nadchodziło przeznaczenie. Nic dodać, nic ująć. Z trudem wydostałem się z cicho szumiącego hibernatora. Gościłem w przerażająco obcym układzie solarnym, a szczerząca do mnie kły zagadkowa planeta nieśpiesznie rosła na ekranach. Orbitowała wokół żółtawej gwiazdy wraz z ośmioma innymi zagubionymi w przestrzeni globami, nie licząc pasma asteroidów. Była piąta co do wielkości, a wyraźnie różniła się od pozostałych. Należała do unikalnych ze względu na bogatą w tlen i azot atmosferę oraz niewyobrażalne ogromy wody. Spowijała się wstydliwie w kłęby białych chmur i wydawała się być pokryta wyłącznie błękitnymi oceanami. Miejscami przezierały jednak kuszące lądy, tworzące około jednej czwartej jej powierzchni. Silnie kontrastowała z czernią usianego kobiercami gwiazd nieba. Dostałem się do pokładowego komputera, usiłując czegoś więcej się o niej dowiedzieć. Ten już od dłuższego czasu beznamiętnie ją badał, gromadząc dane i wyciągając wnioski. Oceniał jej wiek na około pięć miliardów aoriańskich lat. Pod cienką skorupą i gorącym płaszczem krył się złożony z żelaza, niklu i krzemu zwarty rdzeń o bardzo wysokiej temperaturze. Trzymała na grawitacyjnej uwięzi naturalnego satelitę, tego jednak skalistego i bez atmosfery.

Oglądając ją na fluoryzujących ekranach, to z cicha zżymałem się, po glotrymeńsku cmokając i starając się utrzymać na wodzy rozszalałe po przebudzeniu nerwy, to znowu gwizdałem przez szczeliny węchowe, ciesząc się jak młokos. Inni nie mieli takiego szczęścia. Komputer leczył mnie jednak ze złudzeń. Byłem bardzo daleko od bliskich memu sercu planet. Rzuciło mnie w jedno ze spiralnych ramion macierzystej Galaktyki na jej odległe peryferia. Żaden z Aorian nie wsadziłby tu nosa, chyba, że z kretesem postradałby zmysły. Dziwiło mnie, że w takiej pustce pojawiło się życie. Niezgorzej zniosłem trwającą całe wieki hibernację, a moja tułaczka dobiegała końca. W niedorzecznej loterii, w której byłem zmuszony wziąć udział, wodzony za nos przez rogatego demiurga z eonu ciemności, nieoczekiwanie trafiła mi się główna wygrana. Los potrafi płatać figle!

Rzadko kiedy zesłańcom, wyrzuconym wbrew ich woli ku obrzeżom Galaktyki i budzącym się ze stanu przymusowego uśpienia dopiero wtedy, kiedy kończyło się paliwo, udawało się znaleźć przyjazny skrawek gruntu, na którym mogliby z ulgą postawić stopę. Szukali go rozpaczliwie, ale z reguły na próżno. Najczęściej z przerażeniem oglądali bezbrzeżne mroźne pustki, a od najbliższych układów solarnych dzieliło ich wiele lat świetlnych. Nie mieli więc wyboru. Pozbawiony zapasu paliwa i zasilania krążownik stawał się zamarzającym wrakiem, uniemożliwiającym przetrwanie. Jedynym rozwiązaniem, branym pod uwagę przez rozbitków od początku pechowej podróży było więc samobójcze polecenie anihilacji. Szybka eksplozja, krótki jak mgnienie rozbłysk światła i po skazańcu nie zostawał żaden ślad. Zimna i mroczna pustka stawała się jego grobem. Nikt im jednak nie współczuł. W ten okrutny i wyrafinowany sposób karano tylko najbardziej zdegenerowanych Aorian i mieszkańców innych planet układu. Zesłanie w kosmos orzekano za wyjątkowo ciężkie zbrodnie. Niestety, sam do takich zwyrodnialców należałem.

Snuła mi się po głowie niejasna myśl, że mimo wszystko górowałem nad innymi skazańcami imperium. Miałem niewiarygodne szczęście. Nie dałem się złamać psychicznie, nie chyliłem karku przed oprawcami, a jako stary spryciarz zdobyłem się na maksimum inwencji, przemycając przez labirynt więzienny w Oro mały zestaw afilogenny — rodzaj przetwornika, umożliwiającego uzupełnienie paliwa. Kto wszedł w posiadanie tego ostatniego krzyku mody aoriańskiej techniki, stawał się w kosmosie panem sytuacji. Udało mi się wykpić strażników — i mogłem teraz śmiać się w duchu z ferujących wyroki ohydnych sędziów z Aorii oraz ze sprawujących rządy wrednych autokratów. Ci ostatni uważali siebie za zbawców, jednak tacy jak ja byli zdania, iż są tylko niewartymi splunięcia renegatami. Idea przyspieszonego rozwoju, do której z fałszywą dumą się odwoływali, wymagała rezygnacji z wielu szlachetnych przywilejów, utrwalonych od stuleci na naszych planetach, zwłaszcza na Eaorii i Daorii, a w tym z polowań na elaoploriony. Wspomniany przywilej utraciła glotrymeńska rasa, którą z dumą reprezentowałem. Pomyślałem z tęsknotą o mych pobratymcach, którym zakazano myśliwskich wypraw na drugą planetę Archei, Faorię. Zapewne ocalili mnie w pamięci jako prawdziwego bohatera, który odważnie przeciwstawił się zasadom dwunastej księgi prawa uniwersalnego, by dochować wierności kodeksowi moralnemu przodków. Poleciałem na Faorię, skrupulatnie omijając wyznaczone szlaki komunikacyjne i dokonałem prawdziwego spustoszenia, wyrzynając ogromne stada elaoplorionów. Za to mnie wyklęto. Autokraci z Aorii wylewali łzy w całym układzie słonecznym, wszędzie się żaląc, że poważnie przetrzebiłem pozostający pod ochroną gatunek, który miał się wkrótce stać zalążkiem nowej rasy rozumnej. Nazwano mnie największym przestępcą stulecia. Nie zasługiwałem na łaskę i wybaczenie. Nim mnie zatrzaśnięto we wnętrzu wahadłowca i uśpiono, przeszedłem przez prawdziwe piekło, a jego pamięć sprawiała, że jeszcze teraz moim pokrytym chitynowym płaszczem ciałem targały dreszcze.

Komputer dzielił się ze mną wiedzą o planecie, na której wkrótce miałem się znaleźć. Wyznaczał hipotetyczne miejsca lądowania. Poleciało multum sond, które systematycznie przekazywały szczegółowe informacje. Zarysy kontynentów stawały się czytelniejsze, a lądy, góry, równiny i jeziora coraz wyraźniej przezierały zza kłębowisk chmur. Usadowiłem się na orbicie stacjonarnej i zacząłem się intensywnie uczyć. Zamieszkiwały ten glob istoty rozumne, jednak osiągnięty przez nie poziom rozwoju technologicznego nie był wysoki i kojarzył mi się z epoką preancefalną na Daorii. Trudziłem się, ale tylko do czasu. Nie było sensu dłużej czekać.

— Priorytet długofalowy: pełna adaptacja i porozumienie z tubylcami! — rzuciłem w pewnej chwili do komputera jak żółtodziób, wkraczający bez specjalistycznego treningu do bujnej dżungli na Baorii, najbliższej Archei planecie, gdzie królowały drapieżne mięsożerne rośliny, z łatwością przemieszczające się po bagnistym podłożu. Szarpnąłem się na to, jednak przestraszyłem się nie na żarty. Wiedziałem bowiem aż nadto dobrze, co taka komenda znaczy. Wiązała się ona — między innymi — z utratą solidnego, masywnego ciała glotrymeńskiego wojownika. Ale cóż, byłem w gorącej nurii kąpany i wszystkie ważne decyzje podejmowałem bez namysłu, nie zastanawiając się chronicznie nad ich skutkami. To było zawsze ode mnie silniejsze.



P

ieliła grządki w ogródku, zbierając wyrywane chwasty na podwinięty fartuszek i zerkając za siebie na poletko, z którym musiała się uporać. Marzyła o chwili, w której będzie już u zaufanej przyjaciółki, Małgorzaty, mieszkającej za Maciejową Górką, a wraz z nią, śmigając bosymi stopami, pobiegnie na pola, by przyjrzeć się żeńcom z sąsiedniej wioski, wynajętym do żniw przez najbogatszego gospodarza. Chłopcy byli ponoć bardzo urodziwi i przez wieś szła fama, że niejedna z dziewcząt może sobie upatrzyć kandydata na męża. Do płotu było coraz bliżej, chwastów na kupce przybywało, a Agata, zaprzątnięta myślami o młodych kawalerach z kosami i osełkami na polach, tak dalece stała się nieobecna, że nie przyuważyła obcego, który od lasów i łąk podchodził do domostwa.

Wzdrygnęła się i poderwała, gdy stanął przy płocie i zagadał.

— Panienka sama? — zapytał ciekawie obcy, zdejmując czapkę i witając się pobożnie jak nakazywał obyczaj.

Poprawiła włosy, które zawiązała rankiem w duży węzeł i przytrzymała koszulę, której nie zapięła pod szyją, by jej nie przeszkadzała w robocie. Wzięła go za spóźnionego żeńca i serce mocniej jej zabiło.

— Ano, sama — odrzekła, skromnie spuszczając oczy. — A wyście nie przy żniwach?

Obcy był urodziwy, nawet bardziej urodziwy od samego dziedzica, który niekiedy przejeżdżał przez wieś konno lub w bryczce, zaprzężonej w dwie klacze. Czuła to, nawet na niego nie patrząc i przez to nieco się rumieniąc. Mimo że był zgrzebnie odziany, biło od niego jakimś dostojeństwem i siłą.

Roześmiał się, a usta miał krasne, żywcem do całowania. Stał, pewny siebie i wyprostowany.

— Jam z daleka, z odległych stron, zza wielu lasów, gór i rzek. Wędruję po świecie, zaglądając... to tu, to tam — odezwał się. — Podoba mi się ta... planeta!

Przemogła się i spojrzała na przybysza. Wydawało się jej, że wpadła w głęboką toń. Resztki zmieszania i wstydu znikły. Straciła ochotę na to, by z najlepszą przyjaciółką biec na pola do żeńców. Oczy jej zabłysły i coś z nieodpartą mocą pociągnęło ją do stojącego za płotem mężczyzny. Ścieżyną między zagonami podeszła bliżej, rozszerzonymi źrenicami chłonąc jego postać. Czas nagle się zatrzymał. Trwała tak długą chwilę, prawie nie oddychając, dopóki obcy się nie poruszył. Zlękła się, że odejdzie, a niespodziewane spotkanie skończy się tak prędko jak się zaczęło. Instynktownie dotknęła dłonią muskularnego ramienia. Wędrowiec był prawdziwy, z krwi i kości.

— Wyście pewnie spragnieni? — zapytała, wskazując na studnię z żurawiem.

Obcy pojął, że nie jest intruzem. Obejrzał się z mimowolnym zdziwieniem na studnię, jakby podobne urządzenie, zwykłe przecież w wiejskim gospodarstwie, oglądał pierwszy raz w życiu. Zawahał się nad odpowiedzią.

— Czym spragniony? Ano, tak. Przeciem z drogi...

Skrzypnęła otwierana furtka. Agata ze skrywanym pośpiechem otarła się o przybysza, jakby chcąc się do końca upewnić, że nie jest zjawą, i że nie przyśnił się jej, gdy utrudzona przysnęła na gęstej trawie pod krzewami porzeczki.

Stanęli przy studni. Obcy wzdrygnął się, gdy bury kocur, goniący nocami po obejściu i stodole za myszami, prześlizgnął mu się pieszczotliwie po nogach. Omal nie podskoczył z wrażenia.

Bardzo ją to rozśmieszyło, ale nie wypadało chichotać, by nie zrazić przybysza. Pogłaskała go delikatnie po ramieniu, zdumiona czułością, którą ten gest w niej wyzwolił. Tak zachowywała się dziewczyna wobec kochanka, którego od dawna znała, a nie wobec przypadkowego wędrowca.

— Co, kota się boicie?!

Przybysz powoli się uspokajał.

— Ano, nie — skłamał. — Domowych zwierząt się nie lękam. Są przecież oswojone i nawykłe do ludzi.

Agata wyciągnęła wiadro wody. Pochylając się nad studnią, odsłoniła przed młodym mężczyzną piersi, kryjące się pod koszulą, której zapomniała z wrażenia zapiąć pod szyją. Włosy ciężko opadały jej na kark.

Pił wodę z metalowego kubka, powoli, nie spiesząc się, łyk po łyku, i nie tając tego, że wiejska dziewczyna, którą poznał przy pierwszej napotkanej chacie, budzi w nim niekłamane zainteresowanie. Trwali tak, twarz przy twarzy, spoglądając ciekawie na siebie, dopóki kogut nie wskoczył na płot i nie zapiał.

— Ku-ku-ry-ku!..

Przybysz znowu się przeląkł. Drgnął tak silnie, że woda polała mu się z kubka. Źrenice mu się zwęziły.

— Co to za dziwny sygnał? — zapytał z głupia frant. Wydawało się, że rzucił to pytanie nie do Agaty, ale do kogoś innego, kto był gdzieś obok, ale zupełnie niewidoczny. Wiejska dziewka nie mogła wiedzieć, że po egzodermalnej obróbce organizm Glotrymena został wyposażony w mikroprocesory. Jeden z nich mieścił się w uchu, pozwalając na kontaktowanie się z komputerem pokładowym. Zaraz też się poprawił: — A, to kur. Daje znak kurom...

Tym razem Agata nie mogła się powstrzymać. Zachichotała, przytrzymując dłonią długą spódnicę.

— Dziwnie jakoś gadacie — rzekła ciepło, odbierając pusty kubek. Ich ręce na krótką chwilę się spotkały.

Omal nie wpadł w panikę. Wreszcie rzucił, opanowując wewnętrzne drżenie.

— Jam nie stąd, ale z dalekiego miasta. A tam inaczej gadają i inaczej się pozdrawiają; nie tak jak tu wołają na ludzi.

Odchodził i odprowadzała go pełnym żalu spojrzeniem do furtki. Było jej przykro, że to niespodziewane spotkanie, dar losu, tak szybko się kończy.

— Pozostaniecie w naszej wiosce? — zapytała.

Stał już za płotem. Obejrzał się i wzruszył ramionami. Zarzucił podróżną sakwę. Znowu zdawał się wsłuchiwać w cicho szeptane słowa, dyskretnie wypowiadane przez kogoś, kogo nie było słychać i widać.

— Tu nie ma gdzie. Nie ma noclegu, żadnej karczmy ni gospody!

Nie zgodziła się, podeszła za obcym do furtki. Jej oczy wyrażały błaganie. Zacisnęła aż do bólu palce na sztachetach.

— U nas podróżni zatrzymują się, aby przenocować. Wszak gość w dom, Bóg w dom. Przecie jest duża stodoła, a w niej sporo siana i słomy. Zajrzyjcie tu wieczorem, przed zmierzchem albo i później, poproście ojców, gdy wrócą z pola. Dostaniecie i strawę, i nocleg!

W głosie dziewczyny zabrzmiały nuty nie tylko żalu, ale i groźby. Gdyby obcy odmówił, ściągnąłby niechybnie na siebie zemstę niebios. Tamten chwilę się jeszcze wahał, a potem odrzekł:

— Ano, dobrze. Zajrzę tu znowu, kiedy słońce pochyli się ku zachodowi.

Odszedł, a ścieżyna poprowadziła go między wyrośniętymi śliwami i gruszami, lecz nie kierował się ku wsi, tylko z powrotem ku lasom. Dziewka pozostała z rzuconą jej obietnicą. Wybiegła potem za przybyszem na starą miedzę, aby go pożegnać wzrokiem, ale nigdzie go nie dostrzegła. Rozpłynął się jak duch, mimo że nie był duchem. Omiotła spojrzeniem łąki, przysłaniając dłonią oczy. Następnie wróciła do ogródka i zabrała się do pielenia.



O

brzuciłem w myślach komputer stekiem najgorszych wyzwisk. Byłem rozjątrzony, wzburzony i wściekły. Wprost pieniłem się ze złości. Te perwersyjne aoriańskie maszyny zaskakiwały szaloną doskonałością, a przy tym wywiązywały się ze stawianych przed nimi zadań w sposób, który szokował i zwalał z nóg ich posiadaczy. Szlag mnie trafiał, bo mój pokładowy pomagier nazbyt dosłownie pojął program adaptacji. Upodobniłem się wizualnie do istot rozumnych na tej planecie i o to nie mogłem mieć do niego pretensji. Pal to licho! Znacznie gorsze było jednak to, że tuziemcem stałem się również psychicznie. Pierwsze popieprzone kontakty z ludźmi przeżywałem jak tutejszy. A przecież nie urodziłem się na tej gównianej planecie, odległej o kilkaset lat świetlnych od centrum Galaktyki. Władowałem się znowu przed translator, świadomy tego, że operuję lokalnym dialektem wciąż jeszcze na zbyt ubogim poziomie strukturalizacji, jednak po kilku chwilach zrezygnowałem z tego nudnawego zajęcia, czując, że muszę natychmiast poważnie się rozmówić z moim elektronicznym koleżką.

— Mam pewne obawy... — zacząłem bardzo ostrożnie. — Chodzi mi o silne nasycenie kontaktu erotyzmem — nieskładnie wyrażałem me wątpliwości. — Czy tak będę reagować na każdego tubylca odmiennej płci? — dopytywałem się. — Na każdą ładniejszą... samicę?! — odkaszlnąłem i gładko się poprawiłem.

Pokładowy perfekcjonista bez zająknięcia odpowiedział na te wstydliwe pytania. Był wolny od bolesnych przeżyć i przykrych doświadczeń, będących udziałem żywych istot rozumnych, dramatycznie zależnych od biologicznej strony ich natury.

— Przed kilkoma milionami lat jakiś nieznany czynnik sprawił, że prymitywny praprzodek człowieka raptem utracił naturalne okrycie, mające postać sierści lub futra... — cichym głosem objaśniał, dzieląc się skrupulatnie gromadzoną wiedzą. — Było to bardzo silnym wstrząsem, grożącym zagładą całego gatunku. Utrata owłosienia! Może zawiniły wirusy, a może nie. Ewolucyjna reakcja obronna błyskawicznie poszła w dwóch kierunkach. Nastąpił szybki rozwój płatów czołowych, który spowodował wyrugowanie mało przydatnego w nowych warunkach instynktu zwierzęcego. A jednocześnie gwałtownie wzmógł się popęd gatunkowy, doprowadzając do zniesienia ograniczenia w postaci okresowych rui. W obliczu totalnego zagrożenia nie było to niczym dziwnym — rozwodził się komputer. — W rezultacie tego gatunek się zachował. Człowiek nauczył się odziewać, korzystając ze skór zwierzęcych i ogrzewać swoje ciało przy ognisku. Nie uwierzysz, jak oryginalnymi metodami się posługiwał, żeby rozpalić ogień. Krzesał iskrę, uderzając o siebie dwoma kamieniami, wyobrażasz sobie? — ciągnął. — Wyrażająca się silnym przerostem popędu rozrodczego anomalia jednakże nie ustąpiła mimo późniejszych korzystnych zmian. Pozostała jako trwały przymiot tego gatunku. Oznacza to, że istoty rozumne z tej planety są bezpowrotnie skazane na dojmującą obsesję na punkcie przeżywania seksualnego. Pod tym względem im ustawicznie odbija. — Zamilkł, a potem gadał dalej: — Coś podobnego przydarzyło się arrantom na Faorii po nieumiejętnej interwencji pierwotnych Aorian około tysiąca lat przed lepszą erą. Tam reakcja obronna gatunku była zbliżona i poszła również w dwu wspomnianych kierunkach. Natura jednak nie zdążyła...

Siedziałem naburmuszony, wsłuchując się w niby to naukowy wywód maszyny. Narastał we mnie gwałtowny bunt. Co to było? Ława szkolna dla osłów, czy co?

— Muszę ją mieć tutaj — warknąłem ze złością, nie panując już nad sobą. — Muszę posiąść tę tubylczą kobietę — zniewolić ją i zgwałcić, wbić się w jej ciało i nim nasycić... Posiąść, rozumiesz?

Wyrzuciłem to popędliwie z siebie i natychmiast poczułem niesłychaną ulgę.

— Mniemam, że nie musisz stawać na głowie, żeby osiągnąć ten cel — złowrogo wycedziła maszyna, dostosowując się do zmiany tematu. — Wystarczy jedna noc w stodole...

Miałem ochotę przylać w mordę aoriańskiemu dziwolągowi, rzekomemu cudowi techniki, lecz moja pokładowa kupa złomu na szczęście dla siebie była pozbawiona fizys. Nie można jej było wyrwać i wyrzucić ze statku.

— Bredzisz — odszczeknąłem. — Nie sądzę, żeby to coś dało.

Co miałem w złości rzec, rzekłem, jednak w głębi duszy poczułem, że pomysł mego doradcy mi się podoba. To było mi na rękę. "W stodole?" — pomyślałem. "He, he!" Bez słowa wyniosłem się ze statku. Winda grawitacyjna miękko zniosła mnie na polanę, nad którą nieruchomo tkwił krążownik, wyglądający z dołu jak kapelusz gigantycznego grzyba. Opanował mnie sielski nastrój. Omal nie zacząłem tańczyć. Beztrosko brodziłem między paprociami, zrywałem kwiaty, podziwiając delikatne płatki kielichów i przyglądałem się motylom, pszczołom i osom, krążącym w prześwietlonym słońcem powietrzu.

— Kogut pieje — powtarzałem sobie. — Kura gdacze, kot... rży. Nie, kot miauczy, koń rży, krowa ryczy, świnia kwiczy — mruczałem pod nosem. Nie założyłem butów i trawy łaskotały mi łydki. — Dziwnie jakoś gadacie, też coś! — obruszyłem się w pewnej chwili. A potem dodałem, imaginując dialog: — Ja za noclegiem, bom z daleka, dobry gospodarzu. Bądźcie dla wędrowca łaskawi...



O

bcy wrócił przed zmierzchem. Żałośnie porykiwały krowy, które przygnano z pastwiska. Oczekująca niecierpliwie Agata dostrzegła go przez ozdobione pelargoniami okienko w kuchni. Wybiegła przed pobieloną chatę niby to ponaglona obowiązkiem. Pod ścianą leżały równo ułożone szczapy na opał. Nabrała ich, a potem zdjęła gliniany garniec, wiszący się na płocie.

— Jesteście! — powitała go jak swego. Oddychała szybko i z radością, a jej policzki się zaróżowiły. Włosy miała starannie umyte, wysuszone i uczesane. Przewiązała je z tyłu czerwoną wstążką. — Ojcowie są w oborze — rzekła prawie konspiracyjnie. — Dopiero co umęczeni wrócili z pola.

Przybysz blado się uśmiechnął i zdjął sakwę z pleców. Był spokojny i opanowany.

— Ano, jestem — powiedział. — Zmęczony i głodny. A i wyglądający noclegu!

Dziewczyna nie wracała do chałupy. Jej oczy wyrażały zachwyt i gdyby nie naręcze szczap do pieca, pewnie ogarnęłaby młodego mężczyznę ramionami. Syciła się jego bliskością.

— Jakoś wam było po drodze? — rzekła z odrobiną wyrzutu w głosie.

Obcy skwapliwie przytaknął. Zlustrował wzrokiem jej sylwetkę. Do białej, czystej koszuli z haftowaną krajką założyła suto marszczoną, kolorową spódnicę, ściągniętą paskiem w wąskiej talii.

— Mówcie mi Antoni — rzucił. — A wam jak dali na chrzcie?

Delikatnie pogładził jej włosy i dziewczyna się zapłoniła. Odwróciła się, aby poprowadzić go do domostwa.

— Wołają na mnie Agata — zdradziła w przelocie.

Z zaciekawieniem obejrzał niską kuchnię. Nierówne ściany były pomazane na jasnoniebiesko i obwieszone obrazami świętych. Podłogę zastępowała twardo uklepana i ubita ziemia. Sporo miejsca zajmował piec, w którym pod rozgrzaną płytą wesoło buzował ogień. W kącie stało przykryte piernatami łóżko. Kręciła się tu młodsza siostra Agaty, jednak przybysz nie zwrócił uwagi na urodziwego podlotka. Przysiadł przy drewnianym stole, łakomie wodząc wzrokiem za dziewczyną, która go radośnie powitała, a teraz podsuwała mu pod nos wiejskie specjały. Postawiła przed nim misę z jajecznicą, kubek mleka, a z okrągłego bochna chleba odkroiła sporą pajdę. Przyniosła mu masła na spodeczku.

— Posilajcie się! — zachęciła.

Nie jadł, lecz przyglądał się Agacie. Wyglądała o wiele ponętniej niż przed południem, kiedy ujrzał ją w ogródku przy pieleniu. Na chwilę zostali sam na sam, bowiem kręcąca się po kuchni pannica wybiegła z chałupy.

— Śliczna jesteś, tak urodziwa, że aż dech zapiera — wyznał, gdy stała tak nad nim. — Widziałem wiele miastowych, ale się do ciebie nie umywają — wyraził swój podziw.

Roześmiała się, uradowana. Ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Nie broniła się i chętnie przysiadła mu na kolanach. Poczuł krągłe biodra i jędrne piersi. Ich usta się zetknęły. Ogarnęło go nagłe podniecenie. Musnął ją wargami, a potem go poniosło i zaczął ją namiętnie całować. Zerwała mu się z kolan i wyjrzała z przestrachem przez kuchenne okno.

— Jeszcze nie czas na to — w zaufaniu mu zdradziła. Szybko oddychała. — Lada chwila ojcowie wejdą i będą wieczerzać. Trza, byście byli spokojni i niczego nie okazali!..

Potulnie się zgodził, przysunął się do stołu i wbił wzrok w misę z jajecznicą. Sięgnął po drewnianą łyżkę. Znów był przybyszem — obcym, który zatrzymał się w napotkanej wiejskiej chacie, by pokornie prosić o strawę i nocleg. Wielu takich wędrowało, dzieląc się w podzięce za jadło i napitek bajaniem o odległych krainach i o dziwach, które rzekomo oglądali. Agata pozostawiła go samego w kuchni, smyrgając do ogródka, skąd przyniosła cebulę, główkę młodej kapusty i kilka marchewek.

Starzy wkrótce weszli, witając go po chrześcijańsku, a ruchy mieli powolne i ciężkie. Podeszły wiek rysował się na ich twarzach licznymi zmarszczkami. Posiwiały ojciec Agaty przyjął obecność obcego ze skrywanym zadowoleniem. Oczy mu zabłysły, bowiem lubił wieczorami słuchać mrożących krew w żyłach opowiastek o walecznych rycerzach i smokach, o wilkołakach, wampirach i demonach. Kiedy więc w chałupie uprzątnięto po wieczerzy, Antoni, chcąc nie chcąc, musiał rozpocząć gawędę.

Do stodoły poprowadziła go po zmroku matka Agaty, usłużnie zapraszając do przepastnego wnętrza i oświetlając drogę. Przystawiła mu leżącą na klepisku drabinę, aby mógł wspiąć się na rzucone wysoko siano. Znalazł tam derkę i wypchaną szmatami poduchę. Stodoła łączyła się ze stajnią i oborą, więc gdy się już wygodnie ułożył, kołysały go do snu dobiegające z dołu ciche porykiwania krów i parskanie starej klaczy.



A

gata długo się nie pojawiała i doszedłem do przekonania, że stwarzający wrażenie nieomylnego pokładowy komputer tym razem najzwyczajniej w świecie coś poplątał. Nawet jeżeli dzień po dniu żmudnie zbierał dane o tej planecie, posiłkując się wyrzuconymi wcześniej sondami, nie mógł w tak krótkim czasie dowiedzieć się wszystkiego o naturze i kulturze tubylców, a nadto o ich obyczajach, życiu społecznym i psyche. Na rozgwieżdżonym niebie królował księżyc, a w jego bladym świetle było coś niepokojącego i nieomal zmysłowego. Wydawało się, że przyzywa kochanków, męczących się w samotności na swych łożach i aż do bólu spragnionych pieszczot i pocałunków. Przez szpary w deskach stodoły niefrasobliwie się przyglądałem skalistej i poznaczonej kraterami powierzchni, w myślach wznosząc na niej przykładną bazę dla siebie i wybranych tubylców. Mógłbym tam faktycznie stworzyć niewielkie siedlisko i je wyposażyć, bo przecież takiej skali przedsięwzięcia mieściły się w granicach moich możliwości technologicznych. Mając zestaw afilogenny, sprzężony z komputerem i innymi urządzeniami pokładowymi, byłem w stanie zaopatrzyć naturalnego satelitę nawet w zbliżoną do ziemskiej atmosferę z dużą ilością życiodajnego tlenu.

Zbliżała się północ. Kundle w wiosce przestały ujadać i zapadła cisza. Ustał również rechot żab. Wyjrzałem przez szczelinę w kiepskim dachu, ostrożnie rozsuwając strzechę. Wspiąłem się wcześniej na najwyższą kopę siana. Pożegnałem się już z myślą o tym, że tubylcza dziewka po kryjomu wyprawi się do stodoły. W chałupach pogasły światła, a utrudzeni pracą na roli chłopi posnęli. Oświetlano domostwa naftą, używając do tego celu zmyślnych lamp z ręcznie przesuwanym knotem. Wahałem się, nie wiedząc, co począć, a pragnienie rozkoszy walczyło we mnie ze zdrowym rozsądkiem. Powinienem był stuknąć się w głowę. Miałem już zamiar zrezygnować z noclegu i wrócić do mego krążownika, gdy wtem zabiło mi znienacka serce. Od okalającego ogródek płotu oderwała się niby duch biało odziana postać.

— Idzie — szepnąłem.

Rzuciłem się ku drabinie, chcąc skwapliwie podać ukochanej rękę, gdy nadejdzie, coś mnie jednak powstrzymało. Pewnie wstyd. Niezgrabnie się cofnąłem, zapadając się w pachnące siano i przykryłem się po szyję derką, udając, że zmorzył mnie sen.

Cichutko skrzypnęły wysokie wrota. Biała postać wślizgnęła się po ciemku do stodoły, nie potrącając po drodze żadnego z rozrzuconych tam sprzętów. Potem nocny gość, szczebel za szczeblem, zaczął ostrożnie się wspinać po drabinie. Podniosłem głowę, gdy zachrzęściło siano. Nie miałem już ani cienia wątpliwości — nikt inny nie mógł zajść do mnie o tak późnej porze i na nikogo innego tak tęsknie nie czekałem. To była moja wybranka. Agata namiętnie przywarła do mnie, obsypując moją twarz mnóstwem gorących pocałunków i budząc we mnie słodkie pożądanie. Zdarłem z niej długą lnianą koszulę, pod którą kryło się nagie ciało, pełne olśniewających wypukłości i zakazanych zakamarków, do niewyobrażalnych granic podniecających wyobraźnię i do żaru rozpalających zmysły. Kochaliśmy się raz, a potem drugi, sycąc się rozkoszą upojnego tańca i doznając głębokiego ukojenia.

Kiedy przysnąłem, moja luba niezauważenie odeszła, cichaczem wracając do chałupy. Lękała się, iż ktoś przypadkiem przyuważy, że chyłkiem wymknęła się po nocy. Czego dziewka w jej latach mogła szukać po zmroku, jeśli nie objęć parobka? Wcześniej długo szeptała mi do ucha, snując śmiałe plany i zdradzając swoje marzenia. Święcie wierzyła, że z zagubionej w lasach wioski zabiorę ją do wielkiego miasta, zaś tam pojmę ją za żonę i wyprawię weselisko. I że będziemy żyli długo i szczęśliwie, niańcząc mnóstwo dzieci. Pragnęła mnie całym sercem i tego nie kryła, a jej niewinne oczy spoglądały ufnie w moje. Pojąłem, że byłbym ostatnią szują w Galaktyce, niegodziwcem i niewartym splunięcia łajdakiem, gdybym zawiódł tę prostoduszną istotę i gdybym ją oszukał.

top

1