science
fiction

Banita


Tytułem wstępu


G

roteskowo przerysowany karny zesłaniec z centrum Galaktyki szczęśliwym trafem dociera krążownikiem do nieznanego sobie układu solarnego, zatrzymując się skrycie na zamieszkałej trzeciej planecie od Słońca. Tu zaś zaczyna popisywać się jak słoń w składzie porcelany. Rozrabia, gdyż inaczej nie potrafi. A ponieważ przy tym nie grzeszy specjalnie inteligencją, daje się z łatwością omotać błędnie zaprogramowanej maszynie pokładowej. Gadający komputer, chcąc nie chcąc, decyduje w praktyce za niego nawet w najbardziej elementarnych sprawach.

Mówiąc żartobliwie, spotykamy się tu ze zderzeniem klasycznej fantastyki, może motywu z «Predatora» Johna McTiernana, z panoramą polskiej wsi, charakterystyczną dla «Chłopów» Władysława Reymonta i figlarnym tematem z «Balladyny» Juliusza Słowackiego. Dominujący technologicznie przedstawiciel rasy obcych narusza spokój sielankowej wioski i panujące w niej obyczaje, rozbudzając uśpione namiętności.


Akcja toczy się...


Akcja mokropowieści toczy się upalnym latem w zabitym deskami, ale na swój sposób urokliwym siole oraz w otaczających go gęstych lasach. To dziewiętnasty wiek, czas pierwszych lamp naftowych, złote dojrzałe zboża, słoneczniki i bociany...

Nie pozbawione szczypty humoru i kpiny krytyczne spojrzenie na obyczajowość dawnej wsi i na różne przywary ludzkie. I powszechnie znana gorzka prawda: każdego można kupić, to tylko kwestia ceny.

Jeśli lubisz łączyć fantastykę z erotyką...   ›››››



1