Edward Guziakiewicz
AFRODYTA
z tomu «Przyloty na Ziemię»
F
A
N
T
A
S
T
Y
K
A
STRONA GŁÓWNA CZĘŚĆ PIERWSZA CZĘŚĆ DRUGA CZĘŚĆ TRZECIA CZĘŚĆ CZWARTA CZĘŚĆ PIĄTA
M e n u


Część pierwsza
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył.

Część druga
Profesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.  

Część trzecia
Siwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego.

Część czwarta
Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym...

Część piąta
Ta myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie...

Część piąta




T

a myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie, uznając, że są granice, których dbającemu o zachowanie twarzy facetowi nie wypada przekraczać. Takim pokusom się nie ulegało. Tego dnia jednak słodki napływ podniecenia okazał się silniejszy niż się spodziewał i nie umiał się mu oprzeć, a to go na moment wyprowadziło z równowagi.

Owiraptory ścigały się jak szalone dookoła basenu i wypoczywając obok Afrodyty przez dobrą minutę śledził w napięciu ich harce. Potem zebrał się na odwagę. Wstydliwie odkaszlnął i zapytał, przezwyciężając zażenowanie:

— A gdybym tak nie poprzestał na tobie i zafundował sobie jeszcze jedną zgrabną laskę? Drugą przyjaciółkę od serca i niby-żonę? Byłabyś w stanie to przełknąć? Gniewałabyś się na mnie?

Wyrzucił to z siebie, zaraz płochliwie umykając wzrokiem i usiłując sprawić wrażenie, że interesują go tylko białe obłoki, rysujące się od rana na tle błękitu. Przez chwilę czuł się jak sparaliżowany. Dopadło go wrażenie, że to idiotyczne pytanie zawisło gdzieś w próżni i że nigdy nie usłyszy na nie odpowiedzi.

Nie kazała mu długo czekać. Niepewnie zatrzepotała powiekami, bo wybił ją z rozkosznego półsnu. Skierowała twarz w jego stronę, jednak nie znikł z niej wyraz słodyczy.

— To ty decydujesz, drogi Raoulu, nie ja — nie namyślając się, cichutko odrzekła. Lekko się podniosła, podpierając się na łokciu. — Liczy się twoje szczęście i tylko ono jest dla mnie ważne... — z oddaniem zaszczebiotała. Rzuciła tę kwestię gładko i z czarem, a zabrzmiała jak dawno temu wbite do głowy credo. Boże ty mój, grzechem byłoby je zapomnieć! Umiała się znaleźć w każdej sytuacji i pod tym względem okazywała się zawsze bez zarzutu. Wiadomo, savoir-vivre androida klasy zerowej...

Ramiona mu opadły i odrobinę zblazowany podejrzliwie się jej przyglądał. Zachowywała stoicki spokój i to go czasem irytowało. Jeżeli miał zamiar perfidnie wbić jej szpilę, to minął się z celem. Przyszło mu na myśl, że gdyby ugrzązł w związku z krewko reagującą kobietą o diablo ognistym temperamencie, ta pewnie w porywie złości z miejsca przylałaby mu w mordę, na odlew, raz i drugi, przywołując go do porządku i nie czekając na to, czym ją jeszcze będzie w stanie zaskoczyć.

— Niemożliwe! Zaakceptowałabyś jej obecność? — nie chciało mu się wierzyć i z uporem maniaka zaczął wiercić jej dziurę w brzuchu, a jego brwi powędrowały wysoko w wyrazie niebotycznego zdumienia.

— Jasne! Ma się rozumieć. Jeżeli ty ją pokochasz, to ja też — z anielską cierpliwością potwierdziła, a jej oczy zdradzały, że mówi najszczerszą prawdę.

— Ha! — mruknął z niejaką ulgą, powoli kładąc się obok niej na plecach. Stopniowo się uspokajał i wracała mu pewność siebie. Jednak zaraz niespokojnie się poderwał, nadal drążąc ten ekscytujący temat i nie chcąc pozostać bez kropki nad i: — A co sądzisz... eee... o seksie we troje?

Przez króciutką chwilę wydawało mu się, że strategom z „Body Perfect” zabrakło wyobraźni i że nie przewidzieli tak niedorzecznej sytuacji.

— Już ci odpowiedziałam, Raoulu. Jeśli ty ją pokochasz, to ja też...

Przestał wisieć jej na ustach i pogrążył się w pełnej znaków zapytania zadumie. Usłyszał, co chciał, jednak to wszystko nie mieściło mu się w głowie. Z bólem serca wykoncypował, że jednak ci chciwi dranie uwzględnili tak występny scenariusz. Co za chytre lisy? Dopiero teraz błysnęło mu pod czachą, że przecież w ich podłym interesie leżało, by nabycie pierwszej dupci nie uniemożliwiało klientowi kupna następnej. Produkt był produktem, niczym więcej.

— Heh! — wypuścił z płuc powietrze. — Wpadła mi w oko taka, ma na imię Iryda — wyjawił ze smętkiem w głosie.

Afrodyta nie wiedziała, że po kilku dniach wahań z duszą na ramieniu wdepnął do wiadomej firmy, a tam z wypiekami na twarzy kilka razy przekartkował cały katalog. Nie połakomił się już na obejrzenie filmowych reklamówek z wytypowanymi pannicami, bo wymiótł go stamtąd wstyd. Obawiał się kpin i wydawało mu się, że pracownicy zezują na niego ze skrytym współczuciem jak na godnego pożałowania, śliniącego się erotomana, którego należy czym prędzej wysłać na dłuższe leczenie.

— Kiedy się do nas wprowadzi? — jak gdyby nigdy nic zapytała, a jej chabrowe oczy wyrażały jedynie niewinną dziecięcą ciekawość.

Rozdziawił gębę, nie kryjąc zaskoczenia.

— No, nie wiem! — usprawiedliwiająco wymamrotał. — W gruncie rzeczy... — żałośnie zachrypiał, zaczynając się wycofywać — nie podjąłem jeszcze decyzji. Nic na serio. Tak po prostu... zapytałem... z ciekawości. Chciałem wiedzieć, jak się na to... eee... zapatrujesz... Bo gdybyś była przeciwna, to... Albo gdybyś miała cień wątpliwości...

Wyciągnął się znowu, wystawiając twarz do słońca i pokonany przymknął oczy. Dziewczyna rozsiewała delikatny zapach egzotycznych kwiatów. Niepokoiła go niekiedy myśl, że się od niej uzależnił jak od niebezpiecznego narkotyku, ale szczerze mówiąc z pewnością było to dużo lepsze od dawnej samotności. Wprawdzie umiał cieszyć się ciszą i brakiem zajęć, jednakże kiedy poznał Afrodytę przestało mu to wystarczać. Dlaczego jednak chodził mu po głowie ten szalony pomysł? Czy był mu potrzebny do szczęścia drugi android? Czy nie groziło mu, że wpadnie z deszczu pod rynnę? Wykoncypował, że to chorobliwe pragnienie zakiełkowało w nim już wtedy, kiedy po raz pierwszy zagościł u mieszkającego niemal po sąsiedztwie emerytowanego komandora z Urana, cieszącego się posiadaniem dwóch skośnookich gejsz. Cóż za słodkie istoty! Wrócił myślami na Ziemię do przebojowej stryjenki. Mieli szczęście i zgarnęli pospołu niezły szmal, bo za ujęcie zbirów, którzy wpadli w ręce Afrodyty wyznaczono niemałą nagrodę. Ci byli poszukiwani w całym Układzie Słonecznym. Staruszka zrzekła się swojej części na jego rzecz, więc od razu przyszło mu do głowy, że mógłby zainwestować w nową pannicę z „Body Perfect”. Nie, nie chodziło mu o bezustanne nurzanie się w rozkoszy. Usiłował dociec, jakie skryte intencje nim kierowały, bo był przekonany, że zwykle działa racjonalnie. Czy przypadkiem instynktownie nie szukał asekuracji? Jego myśli błądziły wokół tej sprawy. Szczerze mówiąc, po nocnej akcji w posiadłości stryjenki powinien był zacząć bać się o swoje życie. Ta szemrana grupa przemytnicza, którą pozbawił złóż retelitu, mogła przecież jeszcze raz próbować dobrać mu się do skóry. Tacy maniacy z przedziwnym uporem wyrównywali rachunki. Rozsądek mu podpowiadał, że nie zaszkodziłoby mieć jeszcze jednego, równie dobrego jak Afrodyta ochroniarza. A dzięki niespodziewanej nagrodzie mógł sobie na takiego pozwolić.

— Taaa... tego się będę trzymać... — z ulgą mruknął do siebie, pozostając przy tej odkrywczej konkluzji.

— Czego, Raoulu?

Musiał jej to powiedzieć.

— Myślę, że z tobą i z... Irydą byłbym bezpieczniejszy. To na wypadek, gdyby tamci znowu usiłowali mnie dopaść.

— Spodziewasz się, że powrócą? — zapytała.

— Mam nadzieję, że nie, ale kto wie? — westchnął z udawaną rozterką.

Z miną dotkliwie doświadczonego przez okrutny los cierpiętnika, który dla własnego ratunku sięga po nieetyczne środki, bowiem inaczej nie mógłby ocalić własnej skóry, obrócił się z westchnieniem na drugi bok. Jego płoche myśli pomknęły w stronę banku, prowadzącego mu rachunek. Starannie obliczył, ile mu ubędzie z konta i ile jeszcze zostanie.



P

rofesora omal nie zamurowało na jego widok. Znieruchomiał na środku gabinetu, robiąc wielkie oczy. Jednak w jednej chwili się otrząsnął.

— A jesteś! — nieco łaskawie zauważył, choć nie bez nuty starczego przekąsu w głosie. — Ha, ha, ale już jako młody Ziemianin... — sucho się roześmiał, ubawiony własnym dowcipem.

Niedbale pokazał mu ręką krzesło i Paul usiadł, ciekawie rozglądając się wokół siebie. W gabinecie było tak samo jak dawniej, tyle tylko że przybyła doniczka z kwitnącym kaktusem.

— Stęskniłem się za panem — powiedział.

Tamten też usiadł.

— No i jak tam? Miałeś po powrocie dwa tygodnie urlopu.

Rudzielec przytaknął.

— Klawo było, nie da się ukryć. Ziemia jest pasjonująca. Warto tam polecieć. Kocham naszą firmę!

Profesor skupił uwagę na jego chłopięcej twarzy, szukając sobie tylko wiadomych zmian. Jednak ich nie znalazł. Paul był taki sam jak przedtem.

— Spotkały cię jakieś przykrości? — zapytał. — Niespodzianki? Kłopoty z tą lalą?

Rudzielec zaprzeczył.

— Nie — odpowiedział. — Ten Dupont ani razu mnie nie wzywał. Gorzej natomiast było z naszymi fachowcami, którzy na Ziemi mną się zajęli. Kogóż to nasza firma tam trzyma? Co za typki. Pan sobie nie wyobraża, jacy to...

Naukowiec niecierpliwie machnął ręką, nie pozwalając mu dokończyć.

— Jacy są, tacy są — parsknął. — To mnie nie obchodzi. — Były tematy, które niechętnie poruszał. — No więc mówisz, że z tą modelką nie było kłopotów? Spisywała się na medal?

Chłopak przytaknął, zezując na róg biurka. Spod sterty papierów wydostał się maleńki żółw. Rozpoczął marsz w kierunku profesora.

— Jest znakomita. I w roli kochanki, i w roli ochroniarza. I właściwie trudno orzec, w której jest lepsza. Pan wie, te programy...

— Wiem — uciął profesor. Zapadło na chwilę milczenie. — To, co? Wracasz do pracy? — zapytał. Złapał żółwia i umieścił go przed sobą.

— Tak, tylko nie wiem, czy...

— Twój boks jest wolny. Wczoraj któryś z elektroników z góry robił tam porządki. Pewnie z myślą o tobie.

— To świetnie — Paul zatarł ręce.

— Hola, hola. Ale nie wiesz wszystkiego. Ta... Iryda. Pamiętasz, obwiesiu?

Chłopak się zaniepokoił, że tamten chce wrócić do incydentu sprzed tygodni.

— Pamiętam.

— Wyobraź sobie, że znalazł się na nią nabywca. I pewnie nie zdziwisz się, gdy się dowiesz, kto był chętny.

Chłopak miał oczy jak talary. Intensywnie wpatrywał się w pokryte zmarszczkami oblicze przełożonego, jakby szukał w nim natchnienia.

— Ten Dupont? — wreszcie zapytał, doznając olśnienia.

Profesor przytaknął.

— A jak, on, takie buty! — odsapnął.

Rudzielec wstydliwie spuścił wzrok, a na jego twarz nieoczekiwanie wypełzł rumieniec. Po chwili przemógł się i podniósł głowę.

— Serio? Kiedy się zdecydował? — miauknął, ostrożnie sondując starego.

Tamten zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć.

— Był tu w ubiegłym tygodniu, by uporać się z ostatnimi formalnościami. Taka tam prawnicza kosmetyka. Przypadkiem otarłem się o niego na górze — cmoknął. — Facet się sprężył, nie da się ukryć. — I dorzucił: — Z ciekawości zajrzałem wczoraj do inkubatorni, wyobraź sobie, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Ciebie tam nie wpuszczą! — zaraz zdecydowanie zaznaczył, widząc niezwyczajne ożywienie w oczach chłopaka. — Skończyli faszerować mózg, a teraz zabierają się za budzenie klona — odkaszlnął w zwiniętą dłoń. — Za dzień lub dwa laska będzie jak się patrzy. — Potem z namysłem pokiwał głową. — Dobra robota, do diaska, to lalunia ostra jak brzytwa. Pełna wigoru. Nie pozwoli mu spocząć na laurach.

— Taaa... Ma doskonały prawy sierpowy — cierpko skwitował Paul, odruchowo macając sobie szczękę.

Profesor zdawał się go nie słyszeć. Co innego chodziło mu po głowie.

— Cóż to za duet, jak on z tego wybrnie? — wybąkał w zamyśleniu. Złagodniał na moment, jakby puściły w nim jakieś hamulce. — Anioł i diabeł, jak pragnę zdrowia, niby to w jednej tanecznej parze. Ty wiesz, co ona potrafi? Nie uwierzysz! — zwrócił się znowu do chłopaka. — Posiada przewyborny dar przewidywania zagrożenia, to jakaś forma zwierzęcego instynktu. Z góry wie, skąd przyjdzie atak i jest w stanie go uprzedzić. Uderza, jeszcze nim wróg zdecyduje się na bezpośrednią konfrontację. Czyni to odruchowo i nie można jej powstrzymać.

Tamten otworzył z wrażenia usta.

— Ale jajca — rzekł po chwili. — To ten Dupont może mieć niezłe kłopoty.

Stary się skrzywił i zatarł ręce.

— Może tak, a może nie. Pożyjemy, zobaczymy. A zresztą, to nie nasza sprawa — zakończył.


Copyrigt © 2002 Edward Guziakiewicz  |  All Rights Reserved  |  ISBN 83-910197-2-1 dla e-wyd. |  Layout by Lady Beetle
1