Edward Guziakiewicz
AFRODYTA
z tomu «Przyloty na Ziemię»
F
A
N
T
A
S
T
Y
K
A
STRONA GŁÓWNA CZĘŚĆ PIERWSZA CZĘŚĆ DRUGA CZĘŚĆ TRZECIA CZĘŚĆ CZWARTA CZĘŚĆ PIĄTA
M e n u


Część pierwsza
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył.

Część druga
Profesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.  

Część trzecia
Siwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego.

Część czwarta
Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym...

Część piąta
Ta myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie...

Część czwarta




S

tateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym okresem neosecesji. Masywny wiekowy budynek dawał poczucie bezpieczeństwa i w gruncie rzeczy stanowił budowlę obronną. Niełatwo było dostać się do jego wnętrza bez zgody właścicielki, zważywszy solidne okna z szybami pancernymi, mocne framugi drzwi wejściowych i kuchennych, nie mówiąc o finezyjnych zabezpieczeniach elektronicznych. Licząca dziewięćdziesiąt osiem lat Anna Dupont nie ufała jednak nowinkom, więc poza tradycyjnym wyposażeniem, charakterystycznym dla tak zwanych inteligentnych domów — między innymi z dbającym o zachowanie czystości i porządku komputerem — nie wpadało tu w oczy nic takiego, co mogłoby się wiązać z rozreklamowanymi w Układzie Słonecznym udogodnieniami. Niczego w nadmiarze. Piętrowy dom z lekko spadzistym dachem stał na skraju pachnącego żywicą lasu, a tuż przed nim znaczyła się gładka tafla jeziora, w którym nie brakowało okoni, sandaczy, szczupaków i muskie. Przywitała go dosyć powściągliwie, ale było widać, że bardzo się cieszy z przybycia kuzyna. Francuski Afrodyty nie budził zastrzeżeń, więc starsza pani — w pierwszych chwilach nieco się bocząca na uwiedzione przez Raoula niewinne dziecię — w mig ją zaakceptowała, roztropnie przewidując, że prześliczna młodziutka kobieta na jakiś czas wygoni z jej domu nudę. Pierwsze lody zostały przełamane.

Przezorny Raoul nie zamierzał ukrywać przed stryjenką prawdziwego pochodzenia madonny, którą ze sobą przywiózł na Ziemię. Ta była jednym z cudów techniki. Zasiedli wieczorem przy grzejącym nogi kominku, w którym płonęły z trzaskiem sosnowe klocki i polana, niespiesznie gawędząc o koligacjach rodzinnych i musiał jej w końcu w sekrecie zdradzić, jak wszedł w posiadanie tak ślicznej hurysy.

Starsza pani przyjęła tę rewelację bez specjalnego zdziwienia.

— Coś takiego chodziło mi po głowie, gdy tylko ją ujrzałam — z namysłem wyjawiła. — Ja mam dobre oczy. A poza tym wiem, jak to jest w tych laboratoriach naukowych. Stają na głowie, żeby stworzyć nowe odmiany. Ma być uosobieniem piękna. Perfekcyjnie doskonała i bez skazy. Genetyczne cacko. Naturalni rodzice nie mogliby sobie pozwolić na tak idealnie obrobione dziecko. Stworzone z niewyobrażalną finezją. Kogo by było na to stać? — zamilkła. — I pomyśleć, że kiedyś przed wiekami drogą krzyżowania tworzono tylko nowe hodowlane odmiany roślin i zwierząt. Teraz nagminnie robią to samo z naszą rasą. Za grosz wstydu nie mają w tych koloniach... — omal się nie zachłysnęła. — Jak można? A gdzie prawa boskie i ludzkie?

Nie chciał, by zgryźliwie ciągnęła ten nudnawy i przegrany temat. Gościł na konserwatywnej Ziemi, z podstarzałym pokoleniem, zapatrzonym w przeszłość, z kompleksami sprzed stuleci i z krytycyzmem w stosunku do z pozoru niemoralnych nowości. Zresztą, jakaż to była nowość?

— I nie będzie ci to wadzić? — badawczo zapytał.

Uniosła brwi w wyrazie zdziwienia, biorąc z nakrytego koronkowym obrusem stolika słodkie ciasteczko.

— No, wiesz? Nie należy wtrącać się do cudzego życia — odrzekła z odrobiną samozaparcia. Zaraz jednak skwapliwie dodała: — Ale pozwól, że stara wścibska kobieta zaspokoi swoją ciekawość. Czy będziesz mieć z nią dzieci?

Nieznacznie się zarumienił, ale w półmroku nie było tego widać. A może to ogień z kominka rzucił właśnie na jego oblicze szkarłatny blask?

— Raczej... nie.

— Co to znaczy: „raczej nie”?

Poczuł się jak sztubak, przyłapany na kłamstwie. Teoretycznie biorąc, mógł sobie zafundować dzieciaka, powołanego do życia w probówce i wyhodowanego w inkubatorze. Jednakże musiał pamiętać o tym, iż — Bogiem a prawdą — nie miałby się kto nim zająć, zważywszy, że Afrodycie nie była pisana świetlana przyszłość. A poza tym z takim śmiałym wyzwaniem wiązało się mnóstwo rozmaitych komplikacji. Nie był pewny, czy dianański kodeks rodzinny i opiekuńczy pozwala na posiadanie potomstwa z klonowaną niewolnicą. Ponadto nie miał pojęcia, kto rozporządzał prawami do jej genów — może firma „Body Perfect”, a może jakaś inna eminentna spółka, od której tamta z kolei nabyła licencję? I tak dalej, i tak dalej. Zgubiłby się w tym bezlitosnym labiryncie.

— No, na pewno nie!

Stryjenka z bólem westchnęła.

— To było do przewidzenia — w zadumie pokiwała siwą głową. — Przypuszczam jednak, że ona ci się jeszcze do czegoś przyda... — po chwili namysłu zagadkowo dorzuciła.

Raoul zrobił wielkie oczy. Wyrażała się nazbyt enigmatycznie.

— Do czegóż to, stryjenko?

Staruszka znowu westchnęła. Nie paliła się do odpowiedzi.

— Chodzi o te złoża retelitu, które zapewniły ci dostatek — wreszcie z siebie wydusiła.

Lekko się najeżył i zesztywniał. Bestia, za dużo o nim wiedziała! Tylko kto ją w to wtajemniczył? Czyżby niechcący wygadał się przed stryjem Bobem, kiedy ten jeszcze żył? Chyba się mylił, naiwnie sądząc, że stryjenka ze względu na podeszły wiek będzie zdradzać objawy sklerozy. Nie wyrzekła się opinii wszystkowiedzącej Pytii. O jej wnikliwości mówiło się w całej rodzinie.

— Cóż w tym dziwnego? — ostrożnie zapytał, chcąc dowiedzieć się od niej czegoś więcej.

Retelit był niby to organicznym tworzywem, niechybnie pochodzenia pozaukładowego, ciekawie oddziałującym na ludzką psychikę. W wiekach kolonizacji jego pierwsze ślady odkryto na Marsie. Wykorzystywano tę substancję tak, jak kiedyś odświeżacze powietrza w mieszkaniach. W czystej postaci jej niewielkie ilości stwarzały aurę i pochłaniały negatywne emocje. W większych ilościach nadawała się jednak do celów militarnych. Najbardziej bojowych agentów zamieniała w pacyfistów, paraliżując ich wolę walki i zdolność stawiania oporu. Jeden Bóg wiedział, do czego jeszcze ona mogła służyć. No, ale retelit był drogi, dużo droższy od metali szlachetnych. Nic więc dziwnego, że nie przebierając w środkach zabiegano o dostęp do tego surowca.

— Jak to, co? Nie wiesz? Umiem niuchać, kochany. Tylko ostatni kiep nie wpadłby na to, że niefortunnie wszedłeś w drogę komuś, kto już wcześniej odkrył tę planetoidę i chciwie położył na niej łapę — rzekła, a w jej oczach pojawiły się dziwne błyski. — To była prawdziwa złota żyła. Zdaje się, że jakaś pokrętna grupa przemytnicza chciała ukryć przed władzami fakt jej posiadania i cichej eksploatacji. Wiesz, ile kosztuje ta ruda na czarnym rynku...

Zdusił w sobie niepokój. A może po prostu czytywała za dużo kryminałów? Kobiety powinny były dostawać do rąk tylko łzawe romanse.

— Sądzisz, że będą chcieli się zemścić?

— Całkiem możliwe — odpowiedziała. — Przez kilka ostatnich dni węszono w tej okolicy. Dyskretnie wypytywano o ciebie i twoje koneksje. Oj, musisz naprawdę na siebie uważać. To nie przelewki — rzekła, spoglądając z troską na kuzyna.

Nie wierzył samemu sobie. Dygotał, nie pojmując, jak weszła w posiadanie informacji, które tak starannie ukrywał.

— Jesteś znakomicie zorientowana. Skąd wiesz, że na tym zarobiłem? — próbował wiercić jej dziurę w brzuchu.

Blado uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że uderzyła w jego czułą strunę.

— Nie będę cię męczyć, powiem — rzekła. — To zasługa twojego nieodżałowanego stryja, a mojego męża — postanowiła wyjawić mu w sekrecie. — Ty robiłeś karierę w Siłach Kosmicznych Układu, on zaś pracował w wywiadzie Unii Solarnej. Nikt nie miał o tym zielonego pojęcia, żadni krewni czy znajomi. Ty też. Interesował się twoimi poczynaniami, a jeśli było trzeba niepostrzeżenie usuwał ci kłody spod nóg. Biedny staruszek — z żalem westchnęła — swoje przeżył. Tego i owego przy nim się nauczyłam, gdyż byłam jego powierniczką — ziewnęła, zasłaniając sobie ręką usta. — I nadal umiem poniuchać, posługując się jego sekretnymi sposobami — zaczęła podnosić się z fotela. Chcąc nie chcąc, musiał również się unieść. — No, czas spać — z ulgą wsparła się na jego ramieniu. — Jeżeli ci to nie sprawia trudności, odprowadź mnie teraz do mojej sypialni. A potem wracaj do tej ślicznotki. Ech! Jest przesłodka.

— No, dobrze. Ale co ona ma z tym wspólnego? — usiłował się dopytać.

Nie miała ochoty ciągnąć konwersacji. Przecząco pokręciła głową.

— Nie nudź. Może jutro do tego wrócimy — rozstrzygnęła, kierując się w stronę drzwi. — Jest już za późno na takie rozmowy. Jeśli ona jest androidem klasy zerowej, to powinieneś wiedzieć, co potrafi — rzuciła na obchodne.

Nie zamierzał się z nią rozstawać.

— Nie mówiłem ci, stryjenko, że Afrodyta jest androidem klasy zerowej — zatrzymał ją, usiłując znowu pociągnąć ją za język.

— Głuptasku — zasłoniła mu starczą ręką usta. — Nie bądź niedorzeczny. Jeśli nie jest człowiekiem, to musi być androidem. A której klasy? Wystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że najwyższej — wykpiła się w mig.

Strzelił na nią okiem z nieskrywanym podziwem. Ani chybi była kolejnym wcieleniem Sherlocka Holmesa.

— To prawda — pokornie odpowiedział.

— No, to dobranoc. Do jutra — pożegnała go i zamknęła mu przed nosem drzwi sypialni.



P

rzesyłkę przyjęła Afrodyta, która naglona poczuciem obowiązku ześlizgnęła się wczesnym rankiem do kuchni, chcąc zabrać się za pichcenie śniadania. Wprawdzie posłańcy wyglądali jak typy spod ciemnej gwiazdy, to jednak nie byli w stanie jej przerazić. Bez nerwów wpuściła ich do środka. Nie musiała lękać się prymitywnych gorylowatych facetów — i chyba tamci doskonale wiedzieli dlaczego, bo zachowywali się nad wyraz uprzejmie i aż do przesady grzecznie. Właściwie to mieli niezłego pierdla, co sprawiało, że popisywali się jak błazny. Wnieśli to, co mieli wnieść i bezzwłocznie opuścili posesję, jak chińscy kelnerzy gnąc się w pół, cofając się i nie spuszczając oczu z wysportowanego klona. Omal nie robili w gacie. Sporej wielkości skrzynia, która spoczęła w szerokim holu, była zaadresowana na Raoula Duponta. Mniej więcej w godzinę później otworzyli ją we troje, zaciekawieni tajemniczą zawartością. Ta zaś dawała do myślenia. Anonimowy nadawca wypełnił pojemne wnętrze wyposażeniem grup specjalnych. Raoul wydobywał kolejne części zabójczego ekwipunku, ostrożnie układając je na podłodze. Wszystko było gotowe do użytku. Zatrzymał w rękach jakiś wymyślny miotacz, który z niczym wcześniej poznanym mu się nie kojarzył. Nieroztropnie odbezpieczył broń i przymierzył się, celując w okno. Choć służył w armii, musiał przyznać, że niektóre z tych akcesoriów widzi pierwszy raz w życiu.

— Uważaj! — ostrzegła go Afrodyta, zręcznie wyjmując mu z rąk niebezpieczną zabawkę. — Rozwaliłbyś cały dom.

Zdziwił się, zezując na dziewczynę.

— Umiesz się tym posługiwać? — zapytał.

Przytaknęła bez wahania.

— To jest oscylator pulsującego megapola, typ B-156. Działa cicho, ale jest straszny. Znam wszystkie te maszynki. Są naprawdę groźne.

Zmarszczył brwi. Zapomniał się na chwilę i zapytał z odrobiną ironii w głosie:

— A któż cię tak wyszkolił, mała?

Rozpaczliwie ugryzł się w język, lecz było już za późno. Dziewczynie wymazano część przeszłości i nie powinien był usiłować tego odgrzebywać. Ta chwilę się z sobą szamotała, zgodnie z wszczepionym jej imperatywem usiłując mu odpowiedzieć. Wreszcie bezsilnie opadły jej ręce i bezradnie wyznała:

— Nie pamiętam, Raoulu. Ale jestem pewna, że ktoś się do tego przyłożył.

Zapakowali sprzęt z powrotem do skrzyni. Potem idąc za radą stryjenki Raoul nakazał Afrodycie wybrać kilka sztuk i przenieść do stojącego przed willą autolotu. Licho nie spało, więc dobrze było mieć pod ręką to i owo z tego rynsztunku.



J

akiś nieuchwytny impuls sprawił, że Raoul nagle otworzył oczy. Mogła być druga lub trzecia w nocy, w sypialni panowała zupełna cisza, jednak Afrodyty nie było przy nim na posłaniu. Przebiegł szybko myślami cały ostatni dzień. Zajrzał z dziewczyną do szkoły, do której chodził w dzieciństwie, odwiedził miasteczko i złożył wizytę w domu, gdzie kiedyś mieszkał, niestety należącym już od lat do nowych właścicieli, a po południu wybrał się z nią na ryby. Pływali po jeziorze. Potem w pojedynkę udał się na cmentarz, zatrzymując się przy grobie rodziców. Na wystających z trawy i pokrytych mchem płytach widniały ich imiona i nazwiska. Jego szkolna miłość też już odeszła z tego świata i chwilę medytował przy jej kamiennym obelisku.

Księżyc w pełni przedarł się właśnie przez chmury i dojrzał Afrodytę, która tuż przy oknie przywarła do ściany. Była już ubrana.

Wsparł się na łokciu.

— Co się stało? — szepnął w jej stronę.

Cicho odsunęła się od futryny i zawróciła do łóżka.

— Mamy niespodziewanych gości — dmuchnęła mu w ucho. — Jest ich co najmniej sześciu. I chyba jeszcze jeden pozostał w wahadłowcu.

— Widzisz ich? — zdziwił się niezmiernie.

— Tak, na podczerwieni.

Nie pytał, jak to się dzieje, że nie ma żadnych kłopotów z niuchaniem w zupełnych ciemnościach.

— Co mam robić? — rozpaczliwie zapytał.

— Ty? Nic. Zostaw to mnie.

— Może trzeba zawiadomić policję?

Skrzywiła się.

— Co ty, to są cwaniacy. Ekranują wszystkie połączenia. Żaden sygnał się nie przebije.

Nim się spostrzegł, znowu rozpłynęła się w mroku. Poruszała się cicho jak tropiący białych Indianin na prerii. Domyślił się, że zeszła na dół, więc narzucił coś na siebie i na palcach ruszył tam za nią. Na szczęście schody nie skrzypiały. Nie omylił się. Szukała czegoś w skrzyni ze sprzętem wojskowym. Coś tam z niej wydobyła, przytraczając sobie do pasa.

— Chcesz się z nimi zmierzyć?

Odgarnęła włosy.

— Muszę. Inaczej cię zabiją.

Założyła czarną kurtkę, wiszącą obok drzwi wejściowych.

— Idź do stryjenki. Niech ze swego pokoju otworzy główne wejście. Ale najwyżej na pięć sekund. A potem niech je zamknie — cicho poleciła. — Wrócę i zastukam, jak będzie po wszystkim!

Posłuchał jej i szybko wspiął się po schodach. Adrenalina robiła swoje i dopadło go nagłe wrażenie, że ubyło mu lat. Anna Dupont czuwała, a przy tym — jak się zorientował — była uzbrojona po zęby. Miała wyczulony słuch i dobrze wiedziała, co się dzieje wokół jej domu.

— Żywcem nas nie wezmą! — syknęła do kuzyna, stając z dumą w bojowej postawie z automatem w ręce.

Bezczynność była jednak dla Raoula nie do zniesienia. Warował przy oknie, usiłując przebić wzrokiem ciemności nocy, wszakże poza nieruchomym zarysem drzew i krzewów, rozjaśnionych srebrzystą poświatą księżyca, nic więcej nie wpadało mu w oczy. Wytrzymał tak może z pięć minut, potem zmełł w ustach soczyste przekleństwo i postanowił działać. To było od niego silniejsze. Wymógł na stryjence, by powtórzyła manewr z otwieraniem i zamykaniem drzwi, a korzystając ze zwolnionej na kilka sekund blokady jak cień wymknął się w ślad za Afrodytą.

Księżyc właśnie skrył się za chmurami, jeszcze bardziej ograniczając widoczność. Poczuł na twarzy lekki powiew mokrego wiatru. Pochylony, wytężał wzrok. Z paralizatorem w dłoni ostrożnie podążał dookoła posesji, trzymając się okolicznych zarośli. Założył, że w pobliżu jeziora nikogo nie spotka. Potknął się wreszcie na czymś, co okazało się ciałem jednego z napastników. Przewrócił tamtego na wznak. Facet był nieprzytomny. Odór gazu usypiającego sprawił, że cofnął się z obrzydzeniem. Poszedł dalej, wchodząc w sosnowy las. Ze skarpy dojrzał jeszcze jednego typa, leżącego z bezradnie rozłożonymi rękami. Ponad poszyciem w oddali błysnęło światło i domyślił się, że ukryto tam wahadłowiec, o którym wspomniała dziewczyna. Udał się ostrożnie w jego stronę, bacząc, by nie mu nie strzeliła pod butem jakaś sucha gałąź. Obłe kształty pojazdu stały się wyraźniejsze, ale nie zdążył rozsądzić, czy powinien podejść bliżej, czy nie. Jakaś dłoń zasłoniła mu usta i nim się spostrzegł, wywinął kozła, miękko lądując na trawie.

— Ciii-cho! — Afrodyta zwolniła ucisk. — Tamci już nie są groźni. Został tylko ten ostatni koleś w maszynie.

Z konieczności pozostał z tyłu, pozwalając jej dalej swobodnie grasować. Dziewczyna poskrobała delikatnie w pokrywę włazu. Czuła się w ciemnościach nocy jak drapieżny zwierz, który ruszył na łowy. Chwilę trwało, nim klapa się uchyliła. Amazonce to wystarczyło. Mężczyznę, który był w środku, wyrzuciło jak z katapulty. Wywinął olimpijskie salto. Unieszkodliwiła go, nim zdążył krzyknąć.

— Gotowe! — oznajmiła, siedząc na nim okrakiem.

Jednym skokiem dostała się maszyny, lokując się za sterami i zręcznie manipulując przyrządami pokładowymi. Zaraz też otworzył się luk towarowy.

— Pomóż mi ich przytargać — półgłosem rzuciła. — Albo nie! — zawahała się. — Lepiej zrobić to inaczej. Po co się męczyć?

Kazała mu wsiąść i lekko poderwała wahadłowiec do góry, osadzając go zgrabnie w kilku kolejnych i niezbyt odległych od siebie miejscach, więc po niejakim czasie cała siódemka — wbrew swojej woli — znalazła sobie raczej mało wygodne posłania w dość hermetycznej pustawej ładowni. Raoul trochę się przy tym zasapał, bo napastnicy byli rośli. Gdy Afrodyta zamykała właz, właśnie jeden z nich zaczynał się budzić. Podniósł głowę i rozejrzał się nieprzytomnie.

— Rozgość się! — Raoul rzucił mu kpiąco na rozstanie.



N

iecierpliwie wybijał palcami rytm na przeźroczystym blacie okrągłego stołu, od wczesnych godzin rannych oczekując na meldunek z Ziemi. Kiedy rozległ się modulowany sygnał, nerwowo poderwał się z fotela.

— No i jak? — zapytał, gdy tylko Konstancja weszła do jego gabinetu. — Są już jakieś wiadomości?

Tamta nie śpieszyła się z odpowiedzią. Przez krótką chwilę wybierała wzrokiem fotel, a potem bez pośpiechu się rozsiadła, co najmniej tak jakby chodziło o kolejną i nudną poranną naradę, dotyczącą z reguły rzeczy nieważkich, bzdurnych i arcybanalnych.

— Owszem, są już wiadomości z Ziemi — odrzekła oschle i sucho. Zawsze była taka.

— Zostało coś z tej Afrodyty? — tamten się naprawdę niecierpliwił. — No, mówże wreszcie, kobieto! — rzucił ponaglająco.

Bez przekonania odchrząknęła. A potem wyrecytowała jak kiepski automat:

— Model klonoandroida, oznaczony symbolem CA 1056, o imieniu własnym "Afrodyta", będący w posiadaniu niejakiego Raoula Duponta, sprawdził się w stu procentach. Wyeliminował bez trudu siedmioosobowy zespół, złożony z byłych funkcjonariuszy Ekip Ekstremalnych i działający na zlecenie prowadzącej mafijne interesy Grupy Trzynastu. Afrodyta pozostała zdrowa i cała, a jej właściciel, jak dotąd, nie złożył u naszego technika żadnych zastrzeżeń, dotyczących jej funkcjonowania...

Prezes oniemiał. A potem popadł w niebywałe uniesienie. Porwał nagle Konstancję i wycałował ją w oba policzki. Omal nie odtańczył z nią triumfalnego tańca po jasnym gabinecie, z którego ogromnych okien było widać strzelający w górę na kilkadziesiąt pięter Pomnik Słońca. Później jednak oklapł i ciężko opadł na swój fotel.

— A więc zwycięstwo, wielkie zwycięstwo, choć — bądźmy szczerzy — nieco pyrrusowe — podsumował, zadyszany. Oczy jednak nadal radośnie mu się świeciły. — Udało nam się wreszcie bezkolizyjnie połączyć słodką dziewczynę do uciech cielesnych z bezpardonową i bezwzględną wojowniczką. Boże, ileż kosztowało naszą firmę naprawianie szkód, wywołanych przez wcześniejsze nieudane modele. Te długotrwałe procesy sądowe i te krociowe odszkodowania. Na szczęście, ten okres mamy już za sobą! — użalał się do współpracowniczki.

— Niech pan będzie szczery, panie prezesie. Czy powiodłoby się nam, gdybyśmy się nie odwołali do reguł paradoksu Rogersona? Gdyby nie ta udana teoria matematyczna, dalej dreptalibyśmy w miejscu.

— Masz rację, kochana Konstancjo. Napijesz się czegoś? — skwapliwie zapytał, widząc wchodzącą sekretarkę. Potem dodał: — A co z tym Raoulem Dupontem? Czy nie należy mu...

— Och, nie! — pewna swych racji przerwała szefowi. — Skoro jest zadowolony z dziewczyny, nie widzę powodu, byśmy się z nim spotykali i dzielili najtajniejszymi sekretami firmy. — Wzgardliwie wzruszyła ramionami. — Po cóż miałby wiedzieć, że stał się królikiem doświadczalnym — dorzuciła. — I że wytypowaliśmy go do naszego ukrytego eksperymentu? Zresztą w jedenastym punkcie zestawu umiejętności klona mieści się sztuka samoobrony. Sądzę, że to powinno rozwiać jego wątpliwości, o ile jakieś mu się nasuną — chłodno postawiła na swoim.

Zgodził się bez oporów. Z zadowoleniem zatarł ręce.

— My zaś będziemy mogli rzucić na rynek nowy i absolutnie rewelacyjny produkt. Nareszcie poprawią się obroty spółki!..


Copyrigt © 2002 Edward Guziakiewicz  |  All Rights Reserved  |  ISBN 83-910197-2-1 dla e-wyd. |  Layout by Lady Beetle
1