Edward Guziakiewicz
AFRODYTA
z tomu «Przyloty na Ziemię»
F
A
N
T
A
S
T
Y
K
A
STRONA GŁÓWNA CZĘŚĆ PIERWSZA CZĘŚĆ DRUGA CZĘŚĆ TRZECIA CZĘŚĆ CZWARTA CZĘŚĆ PIĄTA
M e n u


Część pierwsza
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył.

Część druga
Profesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.  

Część trzecia
Siwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego.

Część czwarta
Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym...

Część piąta
Ta myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie...

Część trzecia




S

iwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego. To nie był jego debiut. W przeszłości udzielał już wiele razy ślubów na pokładach rwącej pod jego komendą imponującej korwety. Włożył galowy mundur jak spod igły, a nowożeńców powitał z niezwykłym namaszczeniem. Elegancki i nobliwy, dał im odczuć wyjątkowość chwili. Dystyngowany pan młody wyglądał na sześćdziesiątkę, a choć usilnie pozował na cywila, nietrudno było zgadnąć, że jest byłym wojskowym. Bez reszty mu oddana dziewiętnastoletnia panna młoda wywoływała podziw i admirację. Wyrzeźbiona boskim dłutem w sposób perfekcyjny, emanowała rzadkim powabem i czarem. Przewidziana na tę okoliczność ceremonia nie trwała długo, tym niemniej przebiegała z należytą powagą i zgodnie z utrwalonym od stuleci na kosmicznych szlakach pokładowym rytuałem.

Kapitan wygłosił kwieciste przemówienie, pełne górnolotnych pochwał życia małżeńskiego, a potem przeszedł do rzeczy, zwracając się do stojącej przed nim pary:

— Afrodyto, czy pragniesz — lekko skłonił się w jej stronę — stać się towarzyszką doli i niedoli tego oto... Raoula? — imię mężczyzny na krótką chwilę uleciało mu z pamięci. — Czy ślubujesz mu oddanie i wierność? Czy godzisz się z tym, że małżeństwo z nim będzie cię wiązać wszędzie, gdzie by cię los nie rzucił — nie tylko w Układzie Słonecznym, ale i w niezmierzonych przestrzeniach kosmosu?

Młódka słodko przytaknęła.

— Po stokroć tak — oświadczyła, świadoma powagi sytuacji.

Potem Raoul usłyszał podobne pytania, skierowane do siebie. Potwierdził je i uśmiechnął się do młodej damy.

— Jesteście mężem i żoną — pompatycznie skwitował mistrz ceremonii, zamykając przepastną księgę.

Triumfalnie zabrzmiał marsz weselny Mendelssohna. Stojący z tyłu w charakterze świadków dwaj pokładowi oficerowie w odświętnych mundurach skwapliwie pośpieszyli z gratulacjami. Wcześniej ich pouczono, że pannę młodą wolno im pocałować tylko w rękę. Od stewardessy w imieniu załogi Afrodyta otrzymała ogromny bukiet białych róż, pasujący do jej może przykrótkiej, ale przepięknej ślubnej sukni, która kosztowała Raoula krocie. Potem tradycyjnie strzelił korek szampana. Podzielono pokryty białym lukrem tort weselny. Na koniec szczęśliwi nowożeńcy mogli udać się do wyposażonego z gustem apartamentu, zarezerwowanego na statku na takie okazje.

Raoul postanowił zadośćuczynić pradawnemu obyczajowi. Zatrzymał się przed otwartym wejściem, wziął swą żonę na ręce i z dumą przeniósł ją przez ledwo znaczący się próg.

— Zatem witaj w domu! — oznajmił uroczyście.

— W domu? — zaniepokoiła się, gdy uwolniła się z jego objęć. Czasami mówił coś, czego nie rozumiała — i tym razem nie okazało się inaczej. Czarowne konkubiny programowano na bezgraniczne i podobne do psiego ślepe oddanie, a nie na uświęcone tradycją małżeństwo. Niestety, zero partnerstwa! Nie miała narzucać swojej woli mężczyźnie, który ją nabył, lecz odgadywać jego życzenia, bez zastrzeżeń godzić się z jego kaprysami i wiernie służyć mu swoim ciałem, na każde żądanie dostarczając rozkoszy.

Zmarszczył brwi, uzmysławiając to sobie z nieopisanym bólem. Nie był w stanie sprawić, żeby Afrodyta przedzierzgnęła się w żonę z prawdziwego zdarzenia, nawet gdyby nie wiadomo jak bardzo się o to starał. Nie mogła go okrzyczeć i zwymyślać, ani ze złością cisnąć w niego talerzem, manifestując gniew i irytację, czy też przed nosem ostentacyjnie zatrzasnąć mu drzwi sypialni, każąc mu spać na kanapie. Wrócił myślami do kapitana kosmicznej fregaty i jego przemiłych oficerów. Gdyby brał ślub z androidem klasy trzeciej lub czwartej — z mechanicznymi odruchami i nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą — na pewno popisaliby się równą kurtuazją i galanterią. Im było w gruncie rzeczy wszystko jedno.

— Och, to tylko taka przenośnia... — wychrypiał ze skrywanym żalem.

Z wdziękiem i gracją przysiadła na okrągłym łożu, które zajmowało środek salonki. On zaś pochylił się i z niemal ojcowską troską zdjął jej z nóg białe czółenka. Nadal była jego niewolnicą i aż nadto jednoznacznie odczytała tkliwy gest.

— Chcesz się teraz kochać? — zapytała, a jej aksamitny głos — jak zwykle w takich chwilach — zaczynał niepokojąco wibrować, zapowiadając uniesienie, trans i ekstazę.

— O, tak! — skwapliwie potwierdził. — Ale nie zdejmuj tej przepięknej sukni ślubnej — szybko sobie zastrzegł. — Sam cię od niej, najdroższa, uwolnię.

Gdy później zasnęła, równomiernie oddychając, długo wpatrywał się w jej niewinną i słodką twarz. Chodziły mu po głowie szczenięce lata. Z rękami w kieszeniach wyżywał się na przypadkowych kamykach, przedzierając się przez wyimaginowaną linię obrony i celując w niewidoczną bramkę, albo rzucał kasztanami w niebo, usiłując strącić swojego anioła stróża i przywołać go do porządku. Bowiem jego anioł stróż nie był w porządku. Cóż, nie każdy chłopak mógł mieć tę dziewczynę, którą chciał. Jego szkolna miłość wybrała innego — i od tamtej pory nigdy więcej się nie zadurzył. Aż do chwili, w której pierwszy raz fizycznie posiadł Afrodytę. Coś mu wszakże mówiło, że nie powinien był zakochiwać się w androidzie. Cicho załkał, uprzytamniając sobie, jak bardzo jest opuszczony i samotny, a po jego policzkach spłynęły gorzkie łzy. Ona też była bardzo samotna. Ironia losu sprawiła, że mieli tylko siebie.



P

rzy bufecie było nudnawo, starszawy barman z muchą pod szyją z przyzwyczajenia mył i wycierał kieliszki, rezygnując z pomocy zmywarki, która uporałaby się z tym w lot. Orkiestra leniwie przygrywała, migocące światła przygasły, a na parkiecie tuliło się do siebie w półmroku kilka ostatnich par. Lokal opustoszał. Wysoko w ogromnym iluminatorze cieszył widok Czerwonej Planety, którą w tych dniach mijał kosmiczny goliat, pełniący rolę transportowca i zarazem statku pasażerskiego. Paul był ociężały i senny, jednak nie miał zamiaru udawać się na spoczynek, mimo iż na pokładowych zegarach dochodziła północ. Nie ciągnęło go na wyro. Trzymała go tu płonna nadzieja, że znowu się pojawi milutka stewardessa, która wcześniej obdarowała go kilka razy promiennym uśmiechem. Jej widok poprawiał mu humor. Chętnie by ją zatrzymał dla siebie, mimo że górowała nad nim wiekiem i doskonale wiedział, dlaczego wpadła mu w oczy. Była niesłychanie podobna do Irydy, a może tylko tak mu się wydawało.

— Ech, złudzenia! — mruknął w pewnej chwili, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w trzymanego w ręku drinka. Wyobraził sobie, że jest nieprzyzwoicie nadzianym facetem i że wybrał się do salonu sprzedaży „Body Perfect”, aby tam kaprysząc i przebierając zafundować sobie panienkę do uciech z gwarancją na lata.

Nie bez powodu znalazł się na monumentalnym „Olafie”, pędzącym kursem z księżyców Jowisza na Wenus, ze stacjami przesiadkowymi na Dianie i na Ziemi. W serwisie firmy zdążył przepracować nieledwie kilka dni, a już oderwano go od boskich dziewczyn, by go wyprawić w pierwszą służbową podróż. I to międzyplanetarną. Zaskoczono go tym, ale nie widział powodu, żeby kaprysić i grymasić. Musiał się sprężyć. Dwoił się i troił, żeby wyrobić się na czas. Uznał to za niewątpliwe wyróżnienie, bo sam nie byłby w stanie sfinansować sobie tak pasjonującej eskapady kosmicznej. Bilet na Ziemię nie był na kieszeń chłopaka w jego wieku i jeżeli już coś przypominał, to główną wygraną na loterii. Miał dotrzymać towarzystwa klonowi, którego zabrał ze sobą jego zamożny właściciel, być tam gdzie oni oboje, a w razie potrzeby służyć pomocą techniczną. Przygotowano mu podręczny sprzęt i opasły tom instrukcji, z którymi miał się zapoznać podczas podróży. Było ekstra! Dumny posiadacz naszpikowanej elektroniką piękności wiedział o jego cichej asyście — jednakże zobligowano Paula, żeby się mu nie narzucał i bez wyraźnej potrzeby nie wchodził mu w drogę.

Chłopak westchnął i odstawił szklanicę. Z tą niezwykłą podróżą wiązały się nie tylko plusy, ale i minusy. Afrodyta była bowiem absolutnie nietypową konkubiną, co mimochodem odkrył, wpisując jej standardowe programy podróżne. O swoich wątpliwościach półgębkiem wspomniał potem kierownikowi serwisu, ale ten niecierpliwie machnął ręką, zbywając go i nie każąc mu się nimi przejmować. Ale to nie było jeszcze wszystko. Dziwiło go, że nieopierzonego jak on młokosa rzucają nagle na głęboką wodę, nie przejmując się tym, co się z nim stanie. Czy to miało ręce i nogi? Nigdy wcześniej nie był na Ziemi i obawiał się, że z kretesem się pogubi w labiryncie ulic wielkich miast. Brakowało mu orientacji i nie wiedział, jak się tam obracać. Pocieszono go, że po dotarciu do celu zaopiekują się nim wtajemniczeni w sprawy firmy zaufani specjaliści, od lat rezydujący na kontynencie amerykańskim. Coś niepokojącego wiązało się z tak rozdanymi kartami, ale biedaczyna nie umiał przebić się przez mur niewiedzy. Złapał łapczywie swoje, szczerząc zęby i o nic nie pytając, lecz Bogiem a prawdą nie miał pojęcia, jak nimi grać.

W pewnej chwili się ożywił, bowiem zaczepił o bar posępny facet, który już wcześniej mimowolnie wpadł mu w oczy. Był na pewno ze zdelegalizowanych Ekip Ekstremalnych „Omega”, a świadczył o tym noszony przez dzień lub dwa niewielki błyszczący znaczek na piersi. Paul miał nosa i od razu to wypatrzył. Później tamten zdjął odznakę, nie chcąc widocznie, by na pokładzie fregaty kojarzono go z tą niesławną formacją. Zamknięty w sobie, przykry i odpychający, z nikim nie rozmawiał, za dużo pił, a i teraz zamówił kilka kolejek. Prawdziwy typ spod ciemnej gwiazdy! Paul nawet nie próbował sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby przypadkiem zadarł z takim bydlakiem. Prawdopodobnie tamten rozerwałby go na strzępy. Na platformie pasażerskiej prawie wszyscy instynktownie schodzili mu z drogi.

Nic więc dziwnego, że serce mu mocniej zabiło, gdy nieoczekiwanie do baru zbliżyła się Afrodyta.

— O rany! — mruknął przejęty. — Ona tu? Masz ci los!

Nie sądził, że wybierze to miejsce o tak późnej porze i zaniepokoił się nie na żarty. Po co tu przyszła? A w dodatku sama? Niepewnie uniósł się, ale zaraz z powrotem opadł na wysoki stołek. Przeczuwał, że dziewczyna może nadziać się na tamtego jak na widelec. Dyskretnie zlustrował salę, ale nigdzie nie dostrzegł Raoula Duponta. Ten leżał już zapewne w łóżku, jak przystało na jego podeszłe lata. Tak czy siak, szykowała się awantura.

Urocza platynowa blondynka zamówiła coś do picia. Z gracją przysiadła, wskazała barmanowi folder, który chciała przejrzeć i nie oglądając się na nic zaczęła ze skupieniem studiować jego ilustrowaną zawartość. Nie zamierzała się stąd ruszać. Boże ty mój, aż się prosiło, żeby ją poderwać! Wychodząc, chyba się całkiem zapomniała, bo miała na sobie diablo skąpe ciuchy, w których na pewno nie powinna była pokazywać się napalonym facetom.

Tylko ślepy by jej nie zauważył, a tamten rosły spec od mokrej roboty nie był ślepcem. A poza tym szukał zaczepki.

— Ej, mała, napijesz się? — zachrypiał, dając do zrozumienia, że nie jest obojętny na jej wdzięki.

Nie podniosła głowy i świadoma swej przewagi wzruszyła wzgardliwie ramionami.

Tamten ruszył w jej stronę, lekko chwiejąc się na nogach, a barman, przeczuwając, co się święci, szybko połączył się z boksem oficera dyżurnego. Było już jednak za późno na interwencję.

Seksbomba działała na zbira jak czerwona płachta na byka.

— No, nie bądź taka chłodna. Na pewno mi nie odmówisz — intruz beknął poufale, brutalnie łapiąc ją w pół i po chamsku przyciągając do siebie. Barowy stołek grzmotnął o posadzkę, a Afrodyta znalazła się w jego łapach.

Na ułamek sekundy chabrowe oczy dziewczyny znieruchomiały i przyciemniały. Potem pojawiły się w nich jakieś niepokojące błyski. Podniecony Paul jak przez mgłę ujrzał elektroniczne cv seksbomby i przeraził się możliwymi następstwami jej nagłego przeobrażenia. Gdzieś tam w głębi klonowanego mózgu trwał już błyskawiczny proces analizy zaistniałych okoliczności i w piorunującym tempie uruchamiały się złowrogie programy, które nie powinny były się nigdy uruchomić. Afrodyta należała wyłącznie do Raoula Duponta, emerytowanego wojskowego z Nowego Konstantynopola na Dianie i żadnemu innemu mężczyźnie nie wolno jej było dotykać i pozwalać sobie wobec niej na czułości.

— No, nie! — parsknęła ze złością. — Tak cię palnę w łeb, że nie wstaniesz.

Co powiedziała, to zrobiła. Starcie było krótkie i chyba mało kto z nielicznych gości dużej sali bankietowej zdał sobie sprawę z tego, co się naprawdę stało. Dziewczyna miała nie tylko przerażający refleks, ale i straszliwą siłę uderzenia, jakby przez całe lata ćwiczyła kung-fu. W ułamku sekundy wyrwała się z potrzasku. Zadała zwyrodnialcowi dwa błyskawiczne ciosy, po których ten z niebotycznym zdziwieniem osunął się jak wór piasku do jej stóp. Już nie podniósł się z posadzki.

— Kretyn, idiota, palant! — wściekle rzuciła do niego, ale pewnie już tego nie słyszał.

Przez kilka następnych sekund czuła się jednak zdezorientowana i zagubiona. Z niepewną miną rozejrzała się dookoła i wtedy dostrzegła Paula, skupiając na nim wzrok. Ujrzał w jej oczach lęk i rozpaczliwą potrzebę znalezienia kogoś bliskiego, kto byłby w stanie jej wyjaśnić, co się z nią dzieje. Ten miał ochotę krzyknąć: „Tak trzymaj, nie daj się!”, ale z wrażenia trząsł się jak galareta. Sparaliżowany na amen, nie mógł wykonać żadnego ruchu, ani wesprzeć jej żadnym gestem.

— Poradziła sobie z nim pani? Bogu dzięki! — przejęty barman wybiegł przed kontuar, przyglądając się ze zdumieniem leżącej górze mięsa.

Nie odpowiedziała. Ciężko dyszała. Jeszcze chwilę niezdecydowanie sterczała nad powalonym przeciwnikiem, kiedy jednak zauważyła, że nadbiegają w mundurach chłopcy z ochrony, błyskawicznie się pozbierała, wyniośle się odwróciła i krokiem świadomej swej urody modelki odeszła, zabierając ze sobą interesujący ją folder.

Paul dopił drinka i też się podniósł. Jego myśli rozpierzchły się jak stado wróbli. Na chwiejących się z wrażenia nogach poczłapał za nią ku wyjściu. Miał aż nadto wrażeń jak na jeden wieczór i czuł się tak, jakby tamten typ przywalił mu pięścią między oczy. Biedak nie odgadywał, jak w mózgu dziewczyny konfigurują się nakazy i polecenia. Klonowana madonna zagoniła go w kozi róg, dowodząc sobą, że chłopak nie ma pojęcia o informatyce. Jakieś dziwne hiperboliczne zapętlenia i urywane labiryntowe zwoje. Jej architektonika go przerastała.

— Okropność, niczego nie rozumiem! — jęknął z przygnębieniem, gdy znalazł się na korytarzu. — Do diabła, kim ona teraz jest?..

To było ponad jego siły. Oczyma wyobraźni rudzielec przeniósł się ku nie mającemu o niczym pojęcia właścicielowi. Poczuł gęsią skórkę. Czy śliczna laska przypadkiem nie stała się potworem? Gdzieś tam się znaczyła cienka jak nić granica, której nawet Raoulowi, jako wyłącznemu dysponentowi klona, nie było wolno przekraczać. Pomyślał, że Afrodyta mogłaby spuścić swojemu kochasiowi niezgorsze lanie, gdyby ten niechcąco nadepnął jej na odcisk. A gdyby tak wyciągnął kopyta? Wrócił do swojej kajuty i zabrał się za studiowanie opasłego tomiska, usiłując znaleźć odpowiedzi na krążące nad nim jak czarne kruki pytania.

Jego obawy okazały się jednak płonne. Nic złego się nie stało, a kiedy z podkrążonymi z niewyspania oczami zeszedł do restauracji na śniadanie, zastał ich oboje razem przy tym samym co zwykle stoliczku. Gruchali jak gołąbki, zrelaksowani i beztroscy. Pewnie rankiem jak zwykle cmoknęła go śpiącego w czoło i słodko rzekła: „Obudź się, pyszczku, czas wstawać!” Nie doszło do rękoczynów i Afrodyta nie przetrzepała skóry podeszłemu w latach adonisowi. Nie dała mu w kość, a ten nie musiał jej awaryjnie wyłączać i rozpaczliwie wzywać pomocy technika. Odziana w szykowny kremowy kostium, wpatrywała się w niego tak, jakby był ósmym cudem świata.

— Niemożliwe! Zakochana bez pamięci — z niedowierzaniem syknął, siadając na swoim miejscu w pobliżu podestu dla orkiestry. — Co za babsztyl, w głowie się nie mieści! — Potem ciekawie zerknął na łysawego barmana. A wreszcie zajął się w milczeniu kartą dań.



D

ziwnym trafem nikt na „Olafie” nie wziął pod uwagę tego, że ciemny typ z Ekip Ekstremalnych nie przejdzie do porządku dziennego nad tą dotkliwą porażką. Niewąsko się ośmieszył. Zbłaźnił się i wyszedł na durnia. Starający się utrzymać rękę na pulsie młodziutki Paul również tego nie przewidział, leniwymi myślami błądząc przy sprawach technicznych i z mozołem się przebijając przez nudnawe zbiory instrukcji i pouczeń. A przecież nietrudno było odgadnąć, że zawieszenie broni jest tylko chwilowe, a podły nikczemnik zechce się odegrać. I to z nawiązką. Facet był przypadkiem nieomal klinicznym, więc nie miał wyboru. Zemsta wisiała na włosku. Przytarła mu rogów długonoga modelka. Przemądrzała suka strąciła go z piedestału i z łatwością go poskromiła, czupurnie zabawiając się jego kosztem i dotkliwie raniąc jego dumę. Czy ktoś byłby w stanie wymierzyć boleśniejszy policzek takiej kreaturze? Wypadł jak ostatni niedołęga, oferma i mięczak, chociaż górował nad wątłą dziewczyną wagą i wzrostem, nie mówiąc o znakomitym przygotowaniu do walki wręcz. I nieoczekiwanie doszło do rewanżu, mimo że tamten zaszył się w mysiej dziurze, nie pojawiając się ani na śniadaniu, ani na obiedzie. Nienawistnie lizał rany. A poza tym umiał się asekurować i działać z zaskoczenia.

Przepastnym „Olafem” ciągnęło na Ziemię kilku oficerów z Sił Kosmicznych Układu. Ogarnięty nostalgią Raoul garnął się do nich, co rusz naciągając ich na nieśmiałe pogaduszki. Niezmiernie go ciekawiło, co dzieje się w obrębie wielkich planet, a zwłaszcza w rozlokowanych w ich pobliżu bazach wojskowych. Trzech mundurowych leciało aż z Plutona. Dla herosów takich jak oni prawdziwe życie zaczynało się dopiero miliard kilometrów od osi gwiazdy. I tym razem po sutym obiedzie spędził z jednym z nich ze dwa kwadranse w obrębie holograficznej konsoli spacerowej, pozwalając w tym czasie zabawić się Afrodycie z kilkoma nastolatkami. Młódki wybrały się na przechadzkę po symulowanym brzegu morskim, murawa była prawdziwa, żółty piasek już nie, a potem po wcinającym się w morze długim molo. Śmiejące się słońce przedzierało się zza wirtualnych obłoków, poprawiając wypoczywającym samopoczucie.

Paul przypiął się do dwóch wesolutkich lasek z Callisto, bo od tego rozbrykanego towarzystwa nie odstawał zbytnio wiekiem. Jakiś czas deptał im po piętach, a potem je dogonił, by się przedstawić. Zatrzymały się, podały mu rękę i zdradziły swe imiona. Już wcześniej kilka razy się o nie otarł, wpadały mu w oczy w pokładowej restauracji, ale nie przystawiał się do nich, bowiem całą uwagę skupił na czarownej stewardesie. Nastolatki były zadbane i mieściły się w standardzie. Szczuplutka Brigitte miała króciutko przystrzyżone blond włosy, a Arielle wyglądała nieomal jak Mulatka z ciemniejszą cerą i mocno poskręcanymi puklami, niemal przylegającymi do skóry. Pozwoliły mu zagadać, jednak zaraz z wdziękiem pokazały mu plecy. Ignorując go, przeszły na francuski, więc nijak mu było za nimi dyrdać, bezmyślnie przytakiwać i udawać, że łapie każdą myśl. Sekundował kilka minut innym pannicom, ale też prędko się zniechęcił. Były jeszcze młodsze, góra piętnaście lat, imponował im, co zdradzały ich oczy, lecz paplały tylko o muzyce i o modzie, więc migiem doszedł do wniosku, że nie znajdzie z nimi wspólnego języka. Pracował, był już dorosły i nudziły go takie szczenięce tematy. A poza tym ze swoimi obliczonymi na wygodę ciuchami nie był na topie.

Ponury zbir zasadził się i warował. Drań wolał nie mieć naocznych świadków, więc przebiegle ukrył się w mroku przedsionka. Liczył na to, że z braku dowodów nikt nie będzie się go potem czepiał. Cierpliwie czekał, aż Raoul upora się z rozmową i przymierzy się do powrotu. Kiedy ten przywoławszy młodziutką żonę opuszczał konsolę, chełpliwie stanął mu na drodze. Paul nie pociągnął za odchodzącą parą. Pożeglował ponownie za Brigitte i Arielle, usiłując je dyplomatycznie wysondować. Chciał się za wszelką cenę dowiedzieć, co myślą o Afrodycie, bowiem te z nią plotkowały.

— Hej, zarozumiały kolesiu — oprych rzucił zadziornie, wychodząc z cienia i grodząc wyjście na korytarz. Zalatywało od niego alkoholem. — Źle wychowałeś swoją córunię — złowrogo wycharczał. — Nie ma szczeniara za grosz szacunku dla starszych!

Zapowiadała się niezła chryja, a oczy tamtego mówiły, że zetrze przeciwnika na miazgę.

Raoul niepewnie zerknął na Afrodytę.

— To z nim?.. — zapytał półgębkiem, porozumiewając się z nią w pół słowa.

Milcząco przytaknęła.

Co miał robić? Zignorował zarzut i ruszył do przodu, usiłując wyminąć oprawcę. Oprych jednak nie ustąpił i ten odbił się od niego jak od ściany.

Wkurzył się nie na żarty.

— O, wypraszam sobie — rzucił z irytacją do barykady ze stalowych mięśni. — Chyba... palancie... przesadziłeś!

Intruz był o głowę wyższy od Raoula. Z jego przekrwionych oczu wyzierała pogarda. Niemal bezwiednie wykonał lekki skręt, zamierzając się do ciosu. Afrodyta była znacznie szybsza.

— Nic z tego! — popisała się refleksem.

Pięść agenta ugrzęzła w jej chwycie jak w żelaznym imadle.

— Co?! — tamtego tylko to rozwścieczyło.

Raoul znalazł się nagle z boku, nie pojmując, co się dzieje.

— Zostaw go! — krzyknął do dziewczyny.

Afrodyta jednak już tego nie słyszała. Skoczyła jak młody mnich z pradawnego klasztoru Shaolin, zwalając z nóg zaskoczonego przeciwnika. Jej razy były dokładne i bezlitosne. Pohamowała się dopiero wtedy, gdy usłyszała bezradne i stłumione baranie stęknięcie, a po nim gruchot łamiących się kości.

Powolutku się wyprostowała, znieruchomiała i z zażenowaniem spuściła wzrok.

— Na Boga! — Raoul zdębiał z wrażenia. Stał chwilę jak słup soli, nie wiedząc, czy powinien ufać swoim zmysłom i czy przypadkiem to mu się nie śni. Oszołomiony, przetarł ręką czoło, przyjrzał się z uwagą wojowniczce, co najmniej tak, jakby widział ją pierwszy raz w życiu, a potem z przejęciem pochylił się nad leżącym napastnikiem. Tamten cicho jęknął, zaciskając w niemym bólu zęby. Podtrzymywał bezwładną rękę. — Nie do wiary — z trudem przeszło mu przez gardło. Znowu zwrócił się do młodej żony. — To niemożliwe. Jak to? Ty sobie z nim poradziłaś?

Wzruszyła obojętnie ramionami, jakby chodziło o drobiazg zupełnie bez znaczenia, na przykład o podanie filiżanki kawy lub o odpędzenie domagających się pieszczot nachalnych owiraptorów.

— Chciał cię skrzywdzić, a ja przecież chodziłam na treningi... — po przyjacielsku wyjawiła, jakby się dziwiąc, że to może nie być dla niego całkiem jasne. Bacznie zlustrowała otoczenie. — Droga wolna, możemy iść dalej — usłużnie mu podpowiedziała, pojmując, że zagrożenie minęło. — Między nami nic się nie zmieniło, kochanie — ujmująco dorzuciła, widząc jego niepewną minę. Wsunęła mu z oddaniem dłoń pod ramię. Była znowu cicha, słodka i łagodna jak owieczka. Uosobienie dobroci. Taka sama jak przez ostatnie tygodnie.



S

tał przy ulubionym iluminatorze i z założonymi rękami dumał nad tym, co działo się przez ostatnie dni. Nie miał powodu, by narzekać na warunki lotu, na „Olafie” wszystko szło swoim trybem, tym niemniej wkrótce jego podróż miała dobiec końca. Mars oddalał się i coraz bardziej malał, natomiast macierzysta gwiazda nieustannie rosła na ciemnym rozgwieżdżonym niebie. Ziemia przypominała już niewielki sierp z coraz wyraźniejszym zarysem kontynentów. Świeciła odbitym światłem i z ciekawością się jej przypatrywał. Z bijącym sercem kilka razy ją oglądał przez udostępniony pasażerom pokładowy teleskop. Brigitte i Arielle zaczęły się do niego mimowolnie kleić, brakowało im rówieśniczego towarzystwa, cóż w tym dziwnego, w podróży łatwo się nawiązywało znajomości, więc mógł się przed tymi dupciami popisywać znajomością geografii. Afryka, Azja Mniejsza i tym podobne...

— Terra incognita! — mruknął w zamyśleniu. W rzeczywistości niewiele wiedział o tym, jak żyje się na Planecie Matce.

Brigitte bardziej do niego lgnęła niż Arielle. Przy okularze teleskopu dotykała go swoim ramieniem. Czuł zachęcające ciepło jej ciała i delikatny zapach konwalii.

Jednak przelotne miłostki nie chodziły mu po głowie. Nie chciał się zanadto angażować w amory, które i tak by się urwały po dotarciu do stacji orbitalnej Ziemi. Nie wolno mu było zapominać o nałożonych na niego obowiązkach, miał za zadanie prowadzić dziennik i zapisywać w nim swoje spostrzeżenia, więc jego uwagę zaprzątało to, co działo się wokół boskiej Afrodyty. Ta umiała stworzyć wokół siebie niepowtarzalną aurę. Przyszło mu na myśl ekscytujące zajście przy konsoli.

— Boże, ależ dała mu popalić! — zachłysnął się nagłym wspomnieniem. Zaświeciły mu się oczy, a pod jego nosem zaigrał ironiczny półuśmiech.

Okrętujący się pasażerowie z różnych planet i księżyców z reguły należeli do niekłótliwych, spokojnych i nie zdradzających skłonności do ekscesów. W następstwie tego na pokładach statków kosmicznych rzadko kiedy dochodziło do karczemnych bijatyk. W przestrzeni międzyplanetarnej awantury i rękoczyny nie były w modzie. Wystawiałyby nie najlepsze świadectwo dbającym o jakość usług przewoźnikom. Dlatego też przypadkowa bójka przy wyjściu z konsoli musiała wywołać niejakie poruszenie. Ba, przez kilka dni była tematem numer jeden! Paul mocno żałował, że jak ostatni dureń przegapił ten niecodzienny popis z fenomenalną modelką w roli głównej. Chociaż z drugiej strony patrząc, już się orientował, co ona potrafi. Był przecież wcześniej naocznym świadkiem jej niespotykanej wirtuozerii przy barze.

Dyskretne pokładowe kamery wreszcie przydały się do czegoś pożytecznego. Na szczęście ich obecności ciemny typ nie wziął pod uwagę. Zarejestrowały przebieg krótkiej i bezpardonowej walki — a kto z trzydziestu kilku pasażerów „Olafa” pokwapił się, by wejść w komitywę z siwobrodym kapitanem lub z jednym z jego zastępców, ten z wypiekami na twarzy mógł ją sobie obejrzeć. Nawet kilka razy. Była nagraniem na żywo, dalekim od komputerowych symulacji. Oficerowie kosmicznej korwety należeli do raczej przystępnych i bardzo życzliwych, więc z filmową relacją z pokładowego „ringu” półprywatnie zapoznali się pewnie wszyscy, którzy nabrali na to ochoty. Reality show na sto dwa! Chcąc nie chcąc, w rezultacie tego państwo Dupontowie znaleźli się na jakiś czas w centrum uwagi. Pikanterii zaś zdarzeniom dodawał fakt, że w pierwszych dniach podróży potajemnie zawarli związek małżeński, co teraz momentalnie się rozeszło między pasażerami. Z uznaniem gratulowano Raoulowi żony z racji jej niezwykłej urody i wyjątkowej kondycji fizycznej. Trochę się zżymał, zmuszony do składania ukłonów na prawo i lewo, ale że nie brakowało mu oleju w głowie zręcznie chował się za plecami gwiazdy.

Te dyskretne manewry właściciela klona nie uchodziły uwadze rudzielca. Krążył przecież ukradkiem wokół Dupontów i nieuchwytnie rejestrował wzrokiem wszystko, co się wokół nich działo.

— Potem przyplątali się ci krezusi — mruknął z namysłem. — Niby niczego nie chcieli, ale... — wahał się nad swymi odczuciami. — No, właśnie? Co ich nurtowało?

Para zasuszonych staruszków z Ganimeda zakochała się na amen w młodziutkiej Afrodycie, więc z konieczności Raoul Dupont musiał się z nią przenieść do ich stolika. Wyglądali na takich, którym się nie odmawia. Modelce to odpowiadało, bo lubiła towarzystwo. Byli mniej więcej w tym samym wieku, pewnie około osiemdziesiątki, on — wysoki, z orlim nosem i kopą siwych włosów jak u Einsteina, ona nieco niższa, szczuplutka i dystyngowana, jakby była wychowywana na jakimś dawnym królewskim dworze. Okazali się bardzo mili, poruszali różne tematy, również z zakresu wojskowości, a doskonale się orientowali we wszystkim, co działo się wokół Jowisza. Usilnie zapraszali Raoula, by ich z żoną odwiedził. Mieli posiadłość na Ganimedzie i udziały w tamtejszych firmach. Lecieli na Wenus, skąd jednak zamierzali szybko wrócić w rodzinne strony. Barman, z którym rudzielec wszedł w komitywę, wysiadując wieczorami przy kontuarze, przy jakiejś okazji półgębkiem zdradził mu, że byli bardzo wpływowi.

Paul tak długo włóczył się za milutką stewardessą, która wcześniej wpadła mu w oko, aż ta udostępniła mu nagranie z krótkiej walki. Nad materiałem filmowym siedział jakiś pokładowy spec, bowiem był już po mistrzowsku obrobiony. Zmontowano ujęcia z dwóch kamer. Tamta babka przebąkiwała, że kapitan „Olafa” poważnie się zastanawiał nad możliwościami wykorzystania tej samorzutnej sekwencji do celów reklamowych.

Pożegnał miriady gwiazd, wracając do swojej kajuty. Kolejne ekscesy się nie zapowiadały, a po ostatnim nagannym wyczynie posępny agent Ekip Ekstremalnych przestał zagrażać Raoulowi i jego uroczej żonie. Do akcji bowiem stanowczo wkroczył siwobrody kapitan. Ten nie miał wątpliwości, co należy uczynić. Korzystając ze swoich uprawnień polecił umieścić typa w areszcie pokładowym. Po przylocie na Ziemię oprych miał być oddany w ręce policji.



W

opadającej w dół sporawej windzie grawitacyjnej przylepionego do okna Paula witała wieczorna panorama. Barwiące niebo purpurą słońce dotykało już na zachodzie horyzontu. Oglądał połyskujące w świetle ujście rzeki Hudson. Manhattan znaczył się coraz wyraźniej i rósł w oczach, odcinając się linią brzegową od bezkresu oceanu. Okrzyczana Statua Wolności, którą zdołał wyłuskać wzrokiem, bowiem wiedział, gdzie jej szukać, zdawała się być jedynie maleńkim pionkiem, wyrzuconym poza nierówną szachownicę starej metropolii. Dalej rysowały się na sinej powierzchni morza różnokształtne sztuczne wyspy, połączone łańcuchami mostów i pokryte strzelającymi w górę zabudowaniami.

— Nowy Jork... — z rozmarzeniem wyszeptał, świadomy niezwykłości chwili. — Witaj Ziemio, witaj Ameryko!

Może wypadło to mało romantycznie, ale szczerze. Inni też mieli twarze z zadumą przylepione do szyb. Dla mieszkańców peryferyjnych planet i księżyców przylot tu był przysłowiową pielgrzymką do Mekki. Takich chwil się nie zapominało i chętnie się do nich powracało we wspomnieniach.

Paul pobiegł myślami w stronę opryszka, uwięzionego na „Olafie”. Zastanowiło go jego zachowanie. Ujrzał go przelotem jeszcze raz, ale dopiero na ruchliwej orbitalnej stacji, do której ostrożnie przybił ich krążownik. Z pokładu zmyło się z dziesięciu pasażerów, a kilku nowych się zaokrętowało. Okazało się, że zbir był poszukiwany, a na statku zasłonił się fałszywymi personaliami. Dzwoniąc łańcuchami, potulnie kroczył korytarzem w towarzystwie kilku miejscowych agentów ochrony, zakuty w obrożę i w kajdanki. Kiedy ujrzał rudzielca, zrobił wielkie oczy i chciał się przy nim raptem zatrzymać, jakby miał mu coś niezmiernie ważnego do zakomunikowania, ale tamci na taki trick się nie nabrali. Niecierpliwie go pchnęli, każąc iść dalej. O co mu chodziło? Nie umiał sobie odpowiedzieć.

— Ciągle te znaki zapytania! — półszepnął z zadumą.

Wrócił pamięcią do opuszczonego „Olafa”. Brigitte i Arielle urządziły mu trochę zwariowany wieczorek pożegnalny. Leciały na Wenus, gdzie dostały stypendia. Czuł jeszcze w ustach smak czarnej kawy i kubańskiego cygara, którym go poczęstowały. Miały ze sobą całe ich pudełko. Przygasiły światło i przy prawdziwych płonących świecach czytały mu swoje liryczne wiersze. Potem Arielle grała na skrzypcach.

W wysokim holu terminalu w Jersey City chłopaka opuścił podniosły nastrój. Panował tam ożywiony ruch, taki sam jak na innych dworcach kosmicznych. Snuli się przybysze z różnych stron Układu, witano się i żegnano. Uderzyło go jedynie, że nie widzi androidów. Nie wpadały mu w oczy pozbawione wyrazu plastikowe twarze, jakby Ziemia się ich wyrzekła. Opadł mu nos na kwintę, kiedy dostrzegł wypatrujących go dwóch milczących pracowników konsorcjum w kombinezonach ze znajomym firmowym nadrukiem. Sam w takich paradował w Nowym Konstantynopolu. Orientowali się, jak będzie wyglądać skromny technik z Diany i wyłowili go bez trudu z różnobarwnego tłumu, mimo iż ten był w cywilnych łachach.

— Jakie mordy, obłęd... — żachnął się, gdy zbliżyli się ku niemu. — A niech to diabli, to mają być partnerzy?

Tamci w niczym nie przypominali utalentowanych informatyków, gotowych z pasją i bez końca rozwodzić się o cudach elektroniki, a wręcz byli ich rażącym zaprzeczeniem. Zupełnie inaczej ich sobie wyobrażał. Ich aparycja zaskoczyła go i zbiła z tropu, a nawet zatrwożyła. Stwarzali wrażenie ponurych speców od mokrej roboty, ich zakazane gęby odstraszały, zaś jeśli z kimś mu się kojarzyli, to jedynie z podłym zbirem, który narozrabiał na pokładach korwety. Traciło się reputację, przestając z takimi typami.

— Paul Avray — odruchowo się przedstawił, kiedy stanął z nimi oko w oko.

— Wiemy — usłyszał w odpowiedzi. — Mam na imię John — chrapliwie rzucił goryl ze zmiażdżonym nosem — a to jest Andy. — Ten drugi skinął głową, nie próbując podawać mu dłoni.

Przywitał się więc z nimi bez entuzjazmu, chłodno i raczej z rezerwą, a oni też nie silili się na życzliwość. Nie liczyli na to, że z euforią wpadnie im w ramiona. Spieszyli się, widocznie swym przylotem oderwał ich od pilnych zajęć i jeśli się do czegoś rwali, to tylko do natychmiastowego opuszczenia portu.

— Nie ma co tu stać. Idziemy! — usłyszał zdawkową zachętę i podporządkował się jej bez sprzeciwu, nie mając innego wyjścia.

Przypięli się do jego bagażu i bez ceregieli powlekli go ze sobą, nie przejmując się tym, że traci wzrokowy kontakt z powściągliwym Raoulem Dupontem i jego boskim klonem. Tamta para dostała się ze stacji orbitalnej tym samym lewitującym wagonikiem windy.

Goryl z paskudnym nosem rozstrzygał o wszystkim w tym cichociemnym towarzystwie, o czym Paul mógł się w mig przekonać. Sekundujący mu Andy prawie się nie odzywał, ale też był niezłą kupą mięsa. Niższy, pochylony, przypominał żywcem małpę, a kiedy opuścił ręce, sięgały mu prawie do kolan. Sunąc z nimi żółtą taksówką powietrzną, niby od niechcenia przyglądał się z wysokości komunikacyjnych eskapad zabudowie strzelającego wieżowcami w gwiazdy Manhattanu. Z pozoru niewiele tu się zmieniło od stuleci. Metropolia stwarzała wrażenie raczej zadbanej i nadal należała do największych w Układzie Słonecznym, a dianański Nowy Konstantynopol wypadał przy niej nieomal jak prowincjonalne miasteczko. Mimo sporego ruchu w błyskawicznym tempie dotarli do hotelu przy Szóstej Alei. W holu chłopak nieco się ożywił, bowiem przekonał się, że państwo Dupontowie też już tam się pojawili. Przez tych kilkanaście minut dziwnie brakowało mu Afrodyty. Ta w gustownym białym kompleciku, szczupła i wysoka, mignęła mu przed oczyma przy jednej z wind.

— Jesteś gwiazdo, gwiazdeczko. Stęskniłem się za tobą i za twoim zgrabnym tyłeczkiem — cichuteńko mruknął do swoich myśli. — Ech, chyba się w tobie nie zakochałem — poprawił się, siląc się na subordynację. — No, nie — skrzywił się nieznacznie. — Nie ma obawy. Nie jestem na ciebie napalony, to nie to. — Znienacka sobie uzmysłowił, że traktuje ją nieomal jak rodzoną siostrę.

Apartament na sześćdziesiątym siódmym poziomie ostatecznie pozbawił go złudzeń co do roli kompanów z firmy. Powiało grozą. Gdy wpuścili go do środka, z oszołomieniem odkrył, że wnieśli tam rynsztunek, z którym można było od biedy rozpętać prowincjonalną wojnę, a na pewno bez trudu opanować niewielką planetoidę — i bynajmniej z tymi trefnymi utensyliami nie zamierzali się kryć przed ściągniętym z dworca młokosem. Przy tym wszystkim wydawało się, że działają najzupełniej legalnie.

Cały osprzęt był raczej lekki, zminiaturyzowany, pachnący nowością i przedniego gatunku, zatem ktoś, kto zdecydował się na pokrycie kosztów zakupów, musiał być przy niezłej kasie. A przy tym należeć do osób wpływowych i pociągających za sznurki. Nauczony doświadczeniem o nic więc nie pytał, bo przypuszczalnie nie usłyszałby zadowalającej odpowiedzi.

Tamtych gonił czas i nie mieli — na szczęście — ochoty, żeby świeżo przybyły z Diany szczeniak plątał im się pod nogami. Pojechali po niego, bo tak im kazano. Zdaje się, że chcieli to uzbrojenie zgrabnie spakować, sądząc po stojącej pod jedną ze ścian otwartej skrzyni. Po chwili mrukliwej rozmowy odesłali go więc do sąsiedniego numeru, gdzie mógł się rozpakować, odświeżyć i poczynić przygotowania do noclegu.


Copyrigt © 2002 Edward Guziakiewicz  |  All Rights Reserved  |  ISBN 83-910197-2-1 dla e-wyd. |  Layout by Lady Beetle
1