Edward Guziakiewicz
AFRODYTA
z tomu «Przyloty na Ziemię»
F
A
N
T
A
S
T
Y
K
A
STRONA GŁÓWNA CZĘŚĆ PIERWSZA CZĘŚĆ DRUGA CZĘŚĆ TRZECIA CZĘŚĆ CZWARTA CZĘŚĆ PIĄTA
M e n u


Część pierwsza
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył.

Część druga
Profesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.  

Część trzecia
Siwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego.

Część czwarta
Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym...

Część piąta
Ta myśl niepokoiła go od czasu do czasu, ale kiedy niespodziewanie powracała, niby targana wiatrem fala, niecierpliwie tłumił ją w sobie...

Część druga




P

rofesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.

— Masz niebywałe szczęście, szczeniaku! — palnął, gdy tylko ujrzał w drzwiach płaszczącego się rudzielca. Szerokim gestem zachęcił go, żeby wszedł. — Uratował cię twój młody wiek — zauważył z podnieceniem. — A poza tym — dorzucił, niedbale pokazując mu krzesło — dowiodłeś, że jesteś dobry w te klocki. Elektroniczny system oceny to potwierdził. Mimo że trudnisz się tu od niedawna, masz już siedem punktów na dziesięć. Nie mogło to umknąć sprzed oczu tym zadufanym i zapatrzonym w siebie ignorantom z kadr. A doskonale wiesz, że to tępe pały! — buńczucznie podsumował swoich przełożonych, siadając za biurkiem. — Nie obijasz się, nie zawalasz terminów i jak dotąd nie było z tobą żadnych kłopotów. Takie rzeczy są w cenie w dziale personalnym na samej górze, gdzie króluje ta zasuszona wiedźma, Konstancja — zgrzytnął zębami przy tym imieniu. — Sytuacja była podbramkowa, to fakt, obawiałem się, że cię wyleją, tym niemniej rozeszło się to szczęśliwie po kościach. A zazwyczaj się nie cackają. — I z ulgą przypieczętował, zawieszając na chwilę głos: — Do diaska, nie ma się nad czym rozwodzić. Tak więc skończyło się na... upomnieniu — uciął. — To przestroga na przyszłość.

Paul pojął, że trafił na właściwy moment.

— Dziękuję — skruszony wydukał.

Cieszyło go, że cało wyszedł z opresji, czego nie zamierzał ukrywać przed profesorem. Przez dwa dni warował w boksie z duszą na ramieniu, niespokojnie zezując w stronę oszklonego korytarza, ilekroć ktoś tamtędy przechodził. Czuł się jak zbity pies. Było mu strasznie głupio, bo pocztą pantoflową momentalnie się rozeszło, że usiłował przelecieć pięknego klona. Jednak nikt nie zabawiał się złośliwie jego kosztem, a starsi koledzy po fachu przeszli tym nad ekscesem do porządku dziennego. Wzięła górę przysłowiowa samcza solidarność. Nie złowił uchem żadnego żartu na swój temat. Nie miał ochoty rozglądać się za nową pracą, gdyż ta mu w zupełności wystarczała i — jak dotąd — chwalił ją sobie. Dodawała mu skrzydeł. — Jestem bardzo wdzięczny za pomoc, bo obawiałem się najgorszego — wiercił się nadal na krześle, czując, że szef działu nie zdradził mu jeszcze wszystkiego. Tamten chował coś w zanadrzu, ale póki co nie pokusił się, żeby to wyciągnąć. — Czy zatem mogę wrócić do mojego boksu? — chłopak podniósł się, markując gotowość radosnego wyfrunięcia z gabinetu.

Profesor chaotycznie przerzucał leżące na biurku dokumenty, jakby naprawdę czegoś szukał.

— Jeszcze nie... — zatrzymał chłopaka. Spojrzał na niego z uwagą. — Nadal bywasz na siłowni? — wychrypiał ni w pięć, ni w dziewięć.

Paul machinalnie przytaknął. Przysunął sobie krzesło do jego biurka i oparł się łokciami o matowy blat. Pozwalał sobie na taką poufałość w przeszłości wiele razy — ale tylko wtedy, kiedy widział, że w przypływie słabości stary chce z nim szczerze pogadać.

— Owszem — chętnie odpowiedział. — Dwa, trzy razy w tygodniu. A poza tym nie opuszczam zajęć ze wschodnich sztuk walki — pochwalił się przed swoim szefem. Nie był łamagą i napawało go to niejaką dumą.

— Zdaje mi się, że to wszystko było w twoim kwestionariuszu osobowym — profesor sucho zauważył. Odkaszlnął i ponuro dodał: — A w związku z tym pomyślano, żeby dać ci... — zawiesił głos — bardziej odpowiedzialną pracę. Wiążącą się z możliwością bezpośredniego kontaktu z naszymi ekstra produktami. — Jeżeli się wahał, to tylko sekundę. — Przenoszą cię do serwisu... — znienacka wbił mu nóż w plecy.

Chłopak zrobił wielkie oczy. Wyprostował się i odsunął od blatu. Takiego zbijającego z tropu posunięcia nie przewidział.

— Do ser-wi-su?.. — ze zniechęceniem wydukał. Nie przypuszczał, że tak zawstydzająco się to skończy.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Pilnie oglądał swoje paznokcie.

— Co, nie cieszysz się? — tamten zrobił dobrą minę do złej gry.

Paul zmieszał się, a na jego pokrytą piegami twarz z nagła wypełzł rumieniec.

— Mam latać do klientów, którzy weszli w posiadanie naszych słodkich lasek? — ostrożnie się upewniał, lękliwie zezując na profesora. — A tam ładować w kształtne pupcie ich dziewcząt zamówione programy?

Stary przytaknął. Przekazał podwładnemu odgórną decyzję, gdyż należało to do jego psich obowiązków, ale było widać, że nie ma zielonego pojęcia, dlaczego taka zapadła. Urzędnicy z kadr niechętnie odsłaniali przed nim swoje karty, najczęściej nabierali wody w usta, więc pozostawały mu tylko mgliste domysły i niejasne przypuszczenia. Nie przeszkadzało mu to niuchać na własną rękę.

— Sądzę, że polubisz nowe zajęcie — zasugerował, licząc na to, że może Paul mimowolnie coś palnie.

Chłopak głęboko odetchnął. Zdradził się z tym, że go ciągnie do klonowanych niewolnic, więc złośliwie się postarano, by je sobie pooglądał z bliska. Wystrychnięto go na dudka.

— Może chodzi o to, że lubię podróże — odrzekł wykrętnie. — Tak przynajmniej podałem w deklaracji.

Profesorowi było to nie w smak.

— Do cholery, a co z tym wspólnego mają podróże? — zniecierpliwiony podniósł głos. I nagle zamarł z uniesionym do góry arkuszem białego papieru w ręku. Niespodziewanie doznał olśnienia. A potem nieco się przygarbił. Cóż, miał swoje lata. — Ach, podróże... — wykrztusił z siebie. Spuścił głowę. Niedbale machnął ręką w stronę wejścia. — Możesz odejść, mam kupę roboty — wymamrotał.

Paul był już jedną nogą na korytarzu, gdy pojął, że zapomniał o czymś ważnym.

— A od kiedy mam zacząć w serwisie? — ostrożnie zapytał od drzwi.

Profesor nie podniósł głowy.

— Zgłoś się tam jutro z samego rana! — rzucił.



W

yciągnięty jak długi, oddawał się lenistwu na gładkim pneubedzie, z lubością wystawiając twarz do grzejącego niby-słońca na niebie. Powieki miał półprzymknięte i momentami odnosił wrażenie, że rozkosznie lewituje. Bywało w młodości, że śniło mu się, iż unosi się lekko w powietrzu jak Piotruś Pan. Ręce pełniły rolę niby to ptasich lub anielskich skrzydeł. „Ach, te marzenia!” Jeżeli ktoś chciał poczuć, że nic nie waży i pofikać nad ziemią, ładował się do komory antygrawitacyjnej lub wybierał się na orbitę, by tam pozwolić się wypchnąć w próżnię w srebrzystoszarym kombinezonie kosmicznym. Godzina bujania się w przestworzach zwykle wystarczała do szczęścia. Blada gwiazda przesunęła się ku zenitowi, lecz to nie jej Raoul zawdzięczał złotą opaleniznę. Była za daleko od jego cud-planety, by dawać czadu jak na Bahamach. Rekompensowały ten brak umieszczone na orbitach okołodiańskich sztuczne źródła energii, skorygowane w pozornym ruchu po nieboskłonie z prawdziwym słońcem i wspomagane przez rozsiane w górnych warstwach atmosfery wyrafinowane mikrofiltry. Technika robiła swoje, spece od zjawisk meteorologicznych przechodzili samych siebie i w rezultacie tego pod względem klimatycznym sztuczna Diana nie różniła się tak bardzo od naturalnej Planety Matki. Miała zniewalająco szeroki pas śródziemnomorski. A to się liczyło. I działało jak magnes na tych, którym chodziła po głowie przeprowadzka tutaj i zastanawiali się nad kupnem posiadłości. Do tego dochodziła perfekcyjna kontrola pogody — nie bez znaczenia ze względu na rozległe uprawy rolne za miastem. Kiedyś ominął pobliskie wzgórza, rysujące się na południu i wybrał się na dłuższy spacer po gładkiej równinie, omal się nie gubiąc w ciągnących się aż po horyzont złocistych łanach pszenicy i kukurydzy. Zdrowej żywności nigdy w nadmiarze! Nie inaczej było z wodą, pozostawała w cenie, mimo że trzy czwarte powierzchni Diany pokrywały morza. Przeważały te płytkie, pozbawione ziemskich głębi. Jednak było coś, czego nie miała Diana. Brakowało jej naturalnego satelity, znaczącego się sierpem na nocnym niebie, patrona zakochanych, kiedy osiągał pełnię. Wyobraził sobie swój dziedziniec, zalany cudnym blaskiem księżycowym. Tego na tej planecie nie mogli mu zaoferować. Zadumał się nad firmą, która dbała o jego kuchnię. Raz w tygodniu przed jego willą zatrzymywał się biały niby-kontenerowiec, by uzupełnić zapasy. Kiedy pojawiła się u niego Afrodyta, musiał skorygować zamówienia.

Z ulgą się przeciągnął, zmieniając pozycję na wygodniejszą. Nie lubił drakońskich wyrzeczeń. Jeden z kręcących się w pobliżu pływalni owiraptorów, złakniony pieszczot, trącił go w dłoń i Raoul uniósł się, by pogłaskać go po twardym łbie. Tamten przyjaźnie liznął go jęzorem. Musiano tym gadom coś poprzestawiać w genach, bo popisywały się jak psiaki.

— Prawdziwe cuda, cudeńka... — mruknął od niechcenia do siebie. — To wprost nie mieści się w głowie!

Bogiem a prawdą nie ogarniał tych szalonych zmian, dokonujących się bez przerwy w rozległym Układzie Słonecznym. Z pozoru nic nadzwyczajnego się nie działo, jednak wciąż mieszkańców globów i księżyców szokowano jakimiś rewelacjami. Czym w istocie kierowali się inwestorzy, którzy przed kilkoma wiekami zabrali się w Pasie Planetoid za stwarzanie od zera nowego ciała niebieskiego? Chcieli robić za Pana Boga? Chlubnie sobie zasłużyć na poczesne miejsce w podręcznikach historii? Czekało ich żmudne zlepianie ze sobą w próżni tysięcy asteroid, co wymagało odwołania się do wyrafinowanych technologii i niewiarygodnego wręcz nakładu pracy. Powiodło się im, z szumem wykreowali Dianę i łatwiej im potem było powtórzyć sukces na orbitach Jowisza i Saturna. Po co dwadzieścia maleńkich lodowo-skalnych księżyców, jeśli można z nich uformować jeden duży?

Afrodyta akurat wróciła z treningu i przerwała mu bezpłodne medytacje, ożywiając jego senne myśli, krążące wokół spraw bez znaczenia. Nieomylnie odnalazła go nad wodą. Świetnie się prezentowała w kusym różowym kostiumie z dużym dekoltem. Kiedy skupiał na niej wzrok, czuł miłe łechtanie w okolicach serca i momentalnie budził się do życia. Skakała mu adrenalina i rozpierała go duma. Wyglądała jak te dupcie z międzyplanetarnych reklam, nieskazitelna pod każdym względem. Kreacje sobie sama dobierała, on tylko za nie płacił. Najczęściej bez słowa. Nigdy nie przyszło mu do głowy, by sprawdzić, na co jego bezskrzydły anioł wydaje szmal. Pod tym względem bezgranicznie jej ufał.

— Jesteś, ósmy cudzie świata? — zamruczał, z ulgą się przeciągając i przecierając oczy.

Jego boska istota na ogół przez pierwszą godzinę grała w tenisa, zaś drugą spędzała w sali z wymyślnymi urządzeniami do ćwiczeń siłowych. W domu takich nie miał.

— Jak to miło, że cię zastałam, kochany — zaświergotała, czule cmokając go w czoło i chcąc coś mu śpiesznie wyjawić. — Odwiózł mnie — jak zwykle — Robert — powiedziała. — Jest uczynny i znakomity jako trener. Rzecz w tym, że nie odjechał, tylko waruje teraz przed wejściem. Uparł się, że mnie zabierze późnym wieczorem do klubu „Hercules”. To taki ekskluzywny nocny lokal w centrum handlowym. W menu ma ekstra popisy ekstremalne. Odmówiłam mu, ma się rozumieć, ale ten twardziel nie ustąpił — trzepała językiem. — Zasłoniłam się więc tobą. Powiedziałam mu, że to ty o takich sprawach decydujesz. Wydaje mi się, że powinieneś wyjść przed willę i przemówić mu do rozumu — zakończyła. — Ociupinkę. Myślę, że go przekonasz.

Skrzywił się z niesmakiem i dźwignął się z pneubeda. Nie znosił takich sytuacji. Laskę miał jak marzenie, zatem z góry można było przewidzieć, że o jej względy będą zabiegać różnej maści amanci. Wciągnął luźną półkoszulkę. Traciło się dla niej głowę, co zresztą najlepiej widział po sobie. Bez niej chyba by zwariował. Poinstruowano go w firmie, że przepędzając konkurentów nie powinien im wciskać, iż dziewczyna jest androidem. Z ich doświadczenia wynikało, że trzy czwarte adoratorów i tak w to nie wierzyło, a na wielu z nich taka wzmianka działała jak czerwona płachta na byka. Ruszali do frontalnego ataku, święcie przeświadczeni, że klonowana lala nie stawi im oporu.

Nieprzystępny rosły brunet z drobnym wąsikiem nieruchomo tkwił w autolocie, wiszącym kilkanaście centymetrów nad asfaltem parkingu. Był zapewne słusznego wzrostu. Stwarzał wrażenie faceta, który zawitał do Raoula tylko służbowo, więc nie kieruje się względami natury osobistej. To mu pozwalało zachować uderzającą pewność siebie.

— Och, mam nadzieję, że Afrodyta czyni postępy — właściciel klona zdawkowo rzucił na powitanie. Odkaszlnął i nie czekając na to, co tamten powie, szybciutko dodał: — Jednak dziś wieczorem jest zajęta, więc nie może pójść się zabawić. Mamy coś innego w planie. Przyjaciele zaprosili nas na kolację.

Tamten drań był bystry. Nie wyglądał na naiwnego młodzika, który ma bzika na punkcie kobiet. Natomiast dawało się odczuć, że należy do tych, którzy kultywują siłę fizyczną i w nią wierzą. Na jego muskularnym ramieniu znaczył się okropny tatuaż, przedstawiający ziejącego ogniem smoka. Zmarszczył czoło, usilnie nad czymś główkując. A potem powściągliwie wycedził, nie rezygnując z ponurej miny:

— Chyba pan mnie nie rozumie, panie Dupont. Tu nie wchodzą w grę żadne amory. Nie zamierzam panu podbierać dziewczyny. Nawet przez myśl mi to nie przeszło — zamilkł na krótką chwilę. Nie wiedział, jak to wytłumaczyć zaślepionemu zazdrością nestorowi. — Chodzi o coś zupełnie innego — dodał z rozmysłem. Głupio mu było wciskać tamtemu, że jest pedałem. — Chciałem zapytać — zawahał się — czy widział pan kiedykolwiek Afrodytę, trenującą na siłowni? Czy orientuje się pan, co ona potrafi?

Raoul nigdy nie oglądał Afrodyty na siłowni. Nigdy też nie przyszło mu do głowy, że mógłby się tam z nią udać, żeby się przypatrzeć jej ćwiczeniom. Po prostu to go nie zajmowało.

— A co potrafi? — zdziwił się, zerkając na młokosa. — Czy to coś szczególnego?

Tamten układnie przytaknął.

— Owszem — potwierdził z przekonaniem. — To coś szczególnego. Orientuję się, przecież od pewnego czasu jestem jej instruktorem. A propos — zmienił nagle temat, pojmując, że znalazł wyjście z patowej sytuacji. — Jeśli Afrodyta nie chce wybrać się ze mną do tego klubu, to niech wyskoczy tam z panem. Zależy mi jako trenerowi — wyjaśnił z naciskiem — żeby obejrzała sobie to, co tam pokazują we wtorki i w czwartki.

Zapuścił silnik i pojazd uniósł się nieco wyżej.

— A cóż takiego tam pokazują? — zapytał zdegustowany Raoul.

Tamten skupił uwagę na pulpicie sterowniczym. Przejrzysta osłona zaczęła się już zasuwać, lecz zdążył nuworyszowi kiwnąć ręką na pożegnanie.

— Walki amazonek — krzyknął przez szczelinę. — I to bezpardonowe. Prawie na śmierć i życie...

Pojazd uniósł się w górę i odrobinę za szybko odpłynął z parkingu w stronę głównego traktu komunikacyjnego. Raoul pożegnał młodego trenera wzrokiem i zawrócił do klimatyzowanych wnętrz. Rozochocone owiraptowy wybiegły tu za nim w podskokach i musiał je zagonić z powrotem do środka. Afrodyta zdążyła w tym czasie zrzucić z siebie garderobę i przejść przez kabinę regeneracyjną. Miała jeszcze wilgotne włosy.

— Pojechał już sobie? — zapytała ciekawie.

Kiwnął głową. Przyglądał się, jak z wdziękiem wkłada na siebie skąpy strój kąpielowy. W tych skrawkach materiału jeszcze jej nie oglądał.

— A propos — zapytał. — Byłaś już kiedyś w klubie „Hercules”?

Spojrzała na swego pana i władcę z nieskrywanym oddaniem.

— Nie, nigdy — wyjawiła. — Gdybym odwiedziła ten lokal, na pewno byś o tym wiedział.

Grymas na jego twarzy dowodził, że jej wierzy.

— A nie masz przypadkiem... eee... ochoty, żeby tam zajrzeć?

Poprawiła ręką włosy, zaglądając mu w oczy.

— Z Robertem? — była zdumiona. — Nie. Skądże znowu. Co ty?

— Nie, nie z nim — zawyrokował. — Ze mną.

— O rety, przecież nie musisz mnie o to pytać — skarciła go łagodnie. — Jeżeli zależy ci na tym, żeby zobaczyć, jak te głupie siksy skaczą sobie do oczu, walą się po mordach i wyrywają sobie włosy...

— Jeszcze się zastanowię — rzucił wymijająco, ucinając dyskusję. Miał na głowie pilniejsze sprawy. — Aha, coś mi się przypomniało — skonstatował. — Przydałoby się, żebyś przyswoiła sobie francuski. Po przylocie na Ziemię mam zamiar zatrzymać się w Kanadzie, w Quebeku. Stamtąd pochodzi moja rodzina.

— Jeśli uważasz, że potrafię.

— No, właśnie, właśnie... — niepewnie wydukał i nagle z przerażenia załomotało mu serce. Był w kropce. Nie miał pojęcia, jak jej to oznajmić. Czy była świadoma tego, że jest androidem? W firmie, w której ją nabył, powiedziano mu, że pracownik serwisu może wgrać w jej cv znajomość dowolnego języka obcego. Z przyrodzonego lenistwa nie zajrzał do instrukcji i nie wiedział, jak się z klonem rozmawia o takich zabiegach. Nikt nigdy dotąd nie robił Afrodycie przeglądu technicznego, ani jej nie naprawiał, bowiem — na szczęście — ani razu się nie zepsuła.

Intuicja jej podpowiedziała, o co mu chodzi.

— Przyjedzie ktoś, żeby dać mi odpowiedni program? — usłużnie mu podsunęła właściwe słowa, brzmiące stuprocentowo bezpiecznie.

— Otóż to! — skwapliwie przytaknął i odetchnął z ulgą, ocierając ledwo widoczny pot z czoła. — Do licha, miałem to na końcu języka...

Przeszła nad tym mało ważnym dla niej tematem do porządku dziennego.

— Masz ochotę coś zjeść? — poddała mu myśl. — Mogę ci coś ekstra wygenerować. — Co powiesz na kurczaka z frytkami? Albo na sałatkę jarzynową z krewetkami? Twoją ulubioną?

Skrzywił się. Nie był głodny, ale poczuł, że zaschło mu w ustach. Poczłapał do kuchni i nalał sobie szklankę soku pomarańczowego. Wychylił ją niemalże jednym haustem i chyba trochę mu ulżyło.

Skwapliwie tam za nim pociągnęła.

— A może masz ochotę na mnie? — cieplutko zapytała, z oddaniem zaglądając mu w oczy.

Cholera, jakoś nie był w nastroju. Wytrącił go z równowagi tamten młokos. Kiedy był spięty, miewał kłopoty z erekcją. Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je, potem przeciągnął się, aż strzeliło mu w kościach. Wreszcie czule pogłaskał ją po policzku. Była taka subtelna i wrażliwa. Chował w kuchennej szafce środki, poprawiające kondycję, ale wolał ich bez potrzeby nie używać. Były skuteczne. Przy większych dawkach facet stawał się chodzącym narzędziem gwałtu.

— Może... trochę później — wstydliwie wybąkał. — Teraz marzyłby mi się raczej porządny masaż. Coś mi... sztywnieją barki — usiłował nimi poruszyć. — A robisz to znakomicie — szczerze ją pochwalił.

Przypomniał sobie, że lista podstawowych usług, które profesjonalnie wykonywał klon, obejmowała aż jedenaście pozycji. Sam doczytał ją bodajże do czwartej, a o następnych w ogóle nie pomyślał. Ale jak mu potem zdradził w sekrecie starszy od niego emerytowany komandor, mieszkający kilka posesji dalej i cieszący się posiadaniem dwu podobnych dziewczyn, tak zachowywali się prawie wszyscy nabywcy pierwszego klona. Dla wygłodniałego samca, zwłaszcza takiego, który przez wiele lat stacjonował w bazie wojskowej na peryferiach Układu Słonecznego, na co dzień prawie nie widując kobiet, potem liczyło się tylko jedno. Najważniejsze było nadrobienie zaległości.

— Hm, znowu mi się coś przypomniało, kochanie! — wymamrotał, leżąc na ulubionym pneubedzie nad basenem i czując na swoich barkach delikatne ręce Afrodyty. Pachniał eukaliptusem olejek, który nakładała mu na plecy. — Odlatujemy na Ziemię już w najbliższy poniedziałek, wyobraź sobie. Mamy zarezerwowane miejsca na pokładzie. Dzisiaj jest czwartek, jeśli się nie mylę, więc pozostały nam tylko cztery dni.



W

zniesiona ze smakiem rezydencja o kredowobiałych ścianach robiła wrażenie opustoszałej. Była jednopiętrowa. Otwarta na oścież, wydawała się być łatwym łupem dla złodzieja. Jednak Paul wiedział, że to tylko pozory. Z pewnością nie brakowało tu czujników i kamer. Zaparkował i śmiało ruszył przed siebie. Odpowiedzialny za bezpieczeństwo komputerowy zarządca dziwnym trafem nie uznał go za natręta, bo pozwolił mu bez przeszkód wtargnąć do niby to wymarłego wnętrza. Podniesiony na duchu tym odkryciem chłopak postanowił, że odrobinę się rozejrzy i trochę powęszy. Niespiesznie skręcił z pełniącego rolę salonu pokrytego marmurem westybulu do jednego ze skrzydeł. Kroczył, mając po lewej ogromne okna, wychodzące na atrium i rzadsze po prawej, ze znaczącymi się za nimi palmami i rysującym się dalej wysokim na jakieś trzy metry gęstym żywopłotem, zamykającym posiadłość. Dopiero w połowie ciągnącej się na całą długość przepastnej sali zorientował się, że właściciel i jego urodziwa laska są na rozświetlonym słońcem dziedzińcu. Wcześniej ich nie zauważył, bo przykuły jego uwagę stylizowane na antyk płaskorzeźby na ścianach i rozstawione kamienne bryły ze śmiałymi scenami miłosnymi. Tej części otchłannej willi właściciel nie przystosował do swoich potrzeb i służyła ona za swoisty skład muzealny. Tak ją pewno urządzono zaraz po wybudowaniu, jeszcze nim znalazł się na nią nabywca. Zawrócił do przepastnego holu i dostał się do atrium szeroko otwartymi oszklonymi drzwiami.

— Panie Dupont, jestem z „Body Perfect”! — złożył dłoń w trąbkę i krzyknął na powitanie, gdy pojął, że właścicielowi wpadł w oczy. W gruncie rzeczy nie musiał się przedstawiać, bowiem na jego zgrabnym ciemnogranatowym kombinezonie znaczyło się wyraziste logo firmy.

Tamten uspokajająco kiwnął dłonią. Przywołał go do siebie, nie ponosząc się z pneubeda. Seksbomba gotowała się akurat do skoku, ale nagle zniechęciła się do kąpieli. Zeszła ze słupka, przekrzywiła głowę i znieruchomiała, przyglądając się z niekłamanym zaciekawieniem młodzikowi. Chyba przy tym z wrażenia zapomniała, że jej kształtne ciało okrywają tylko skąpe figi. Raoul też nie zwrócił na ten z pozoru błahy szczegół uwagi. Paula witały więc jej bezwstydnie nagie piersi. Zaschło mu z wrażenia w ustach, kiedy się zbliżył i nie wiedział, co ma zrobić z oczami. Nie bywał na mieszczącej się nad jeziorem za miastem okrzyczanej plaży nudystów, bo wstydził się paradować bez majtek.

Delfin wynurzył się z wody i wydał kilka ostrych pisków.

— Paul Avray — machinalnie się przedstawił, osłaniając ręką twarz od słońca. — Chodzi o języki obce i program podróżny — usłużnie rzucił do nestora. Starał się nie patrzeć na prawie nagą dziewczynę. Skupił się na sprawach służbowych, nie przejmując się tym, że przeuroczy klon go słyszy.

Raoul łaskawie skinął głową.

— A ile to zajmie? — z ciekawości się zapytał.

— Och, najwyżej kwadrans... — chłopak grał rolę starego wygi, dobrze zorientowanego w tych sprawach. Postawił niewielki zasobnik obok siebie. — A może nawet mniej.

Posiwiały facet był zaintrygowany przebiegiem tej „operacji”, ale nadal nie chciało mu się ruszać z miejsca.

— Może zrobimy... to tutaj? — niezobowiązująco zasugerował, pokazując wolne leże.

Afrodycie nie trzeba było niczego tłumaczyć. Cóż, android był tylko androidem. Posłusznie się usadowiła na drugim pneubedzie, jak pacjentka w gabinecie lekarskim, cierpliwie czekając na komendy.

Paul odchrząknął, nieco zakłopotany i zmieszany. Przypomniał mu się nagle bardzo stary film fabularny, pewnie jeszcze z dwudziestego wieku. Czuł się przez moment sanitariuszem noszowym, podającym pierwsze w życiu zastrzyki domięśniowe.

— Musisz się... musi się pani wyciągnąć na brzuchu, ręce wzdłuż tułowia — ujmująco podszepnął.

Skwapliwie to uczyniła, pokazując mu gładkie plecy i przepiękne pośladki. Ukryła piersi i ustał jego nerwowy oczopląs. Bez pośpiechu otworzył czarny zasobnik i włączył psychomodulator. Wpisał numer identyfikacyjny obsługiwanego produktu, a potem wcisnął czerwony przycisk alertu. Następnie chwilę odczekał i prawie na palcach pochylił się nad boską laską, sprawdzając, czy ta zasnęła. Lekko uszczypnął ją w pośladek, lecz mięśnie nie zareagowały.

— Jest wyłączona... — wychrypiał z przejęciem.

Podciągnął giętki przewód i odchylił jej dessous. Zazdrosny delfin znowu wyjrzał z wody i wydał serię ostrych pisków. Była naprawdę bardzo seksy i przyłapał się na tym, że z podniecenia drżą mu ręce. Wymacał palcem tuleję i wcisnął tam końcówkę. Afrodyta została podłączona do urządzenia, więc mógł zasiąść z powrotem za klawiaturą. Tam czuł się pewniej i nie przeszkadzało mu to, że świadomy swej wyższości klient wlepia w niego gały.

— Zaczynamy — orzekł z ulgą.

Wyświetlił cv i przyjrzał się zainstalowanym w androidzie programom, a potem z nagła pobladł. Zimny pot oblał mu czoło. Nie spodziewał się, że na coś takiego natrafi. Przed oczyma tańczyły mu chwilę w zwariowanym tempie zakazane nazwy.

— Wszystko w porządku? — zaniepokojony właściciel dojrzał jego dziwny wyraz twarzy.

Paul zdołał się szybko opanować i niby to obojętnie wzruszył ramionami.

— Najzupełniej — zełgał w te pędy, nie chcąc mieć kłopotów w firmie. — Tylko menu główne ma niekonwencjonalne ustawienie. Ale to bez znaczenia — oznajmił. — Wgrywam najpierw znajomość języka francuskiego — przeszedł do rzeczy. — Ma być dostateczna, dobra czy bardzo dobra? — zapytał. — No i kwestia akcentu...

— Co to znaczy: dostateczna? — tamten go nie rozumiał.

Paul wyświetlił informację.

— To znaczy, że będzie mówić jak kiepsko przyuczony cudzoziemiec. Sprawnie i szybko, ale bez wyczucia... Po prostu jak obcokrajowiec.

Raoulowi zaświeciły się oczy.

— Niech będzie bardzo dobra.

— A akcent? Mam francuski, belgijski, kanadyjski, kolonijny afrykański i azjatycki, wenusjański z osad południowych, marsjański i z kolonii na Ganimedzie...

Tamten z cicha się roześmiał, podniósł się z pneubeda i olśniony tym, co usłyszał omal z wrażenia nie zatarł rąk. Zatrzymał Brutusa, który usiłował doskoczyć do Paula, by go po zwierzęcemu przywitać.

— Niech mówi jak rodowita Paryżanka — dumnie postanowił, uwzględniając wszystkie za i przeciw.

Chłopak przytaknął, a dalej poszło mu już gładko. Po francuskim wgrał śpiącemu nadal androidowi dwa popularne programy podróżne i znajomość wybranych regionów geograficznych Ziemi. Uwinął się w dziesięć minut ze zleceniem. Posługując się znowu psychomodulatorem, obudził dziewczynę, która ziewnęła i przetarła oczy. Widząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, zamknął zasobnik i z nieopisaną ulgą pożegnał gospodarza uroczej posesji, oganiając się od owiraptorów. Miał jeszcze kilka podobnych wizyt na mieście. Na kieszonkowe nie liczył. A do tego, co ujrzał na ekranie monitora, wolał nie wracać myślami. Życie zdążyło go już nauczyć, że musi umieć przymykać oczy na pewne rzeczy. Firmowe szwindle nie powinny go były obchodzić.


Copyrigt © 2002 Edward Guziakiewicz  |  All Rights Reserved  |  ISBN 83-910197-2-1 dla e-wyd. |  Layout by Lady Beetle
1