|
Część pierwsza
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył. Ten wreszcie drgnął, słysząc cichutki szelest lub raczej domyślając się jej obecności i machinalnie się obejrzał. Z roztargnieniem zlustrował jej postać. Przyszło mu do głowy, że pewnie zadurzona w nim dziewczyna adoruje go tak już od kilku minut, a na jego twarzy zagościł zagadkowy półuśmiech. Z ulgą się przeciągnął i odłożył na blat błyszczący prospekt, nad którym się zadumał. Uzmysłowił sobie, że bardzo dobrze zrobił, decydując się na tę długonogą laskę. Była warta grzechu. Połakomił się na anielicę z figurą Miss Universum i nie miał powodu, by tego żałować. Naturalnie musiał przezwyciężyć w sobie pewne opory, związane z tradycyjnym wychowaniem. Pamiętał, że początkowo krępowały go niewinne spojrzenia chabrowych oczu boskiej dziewiętnastolatki i że w pierwszych tygodniach jej posiadania zachowywał się wobec niej jak nuworysz wobec lodowatego i dystyngowanego lokaja. Było w tym coś na kształt nie tylko subtelnego kompleksu niższości, ale i spychanego do podświadomości poczucia winy. Z moralnego punktu widzenia nie zasługiwał na kogoś takiego jak ona. Na utworzonej z asteroidów między Marsem a Jowiszem i znanej z zamożności Dianie nabywanie klonowanych dziewcząt było wszakże zalegalizowane — zatem każdy, kto dysponował większym szmalem, a przy tym lubił nim szastać, mógł sobie taką zafundować. Na innych globach Układu Słonecznego krzywiono się z cicha na tę praktykę, zarzucając Diananom, że handlowanie klonowanymi hurysami pachnie niewolnictwem. Przyganiał kocioł garnkowi. Ci popieprzeni dyplomaci najchętniej zamieniliby cały Układ Słoneczny w szkółkę niedzielną! Nic się nie zmieniło pod tym względem od stuleci — a szczególnie na Ziemi, która miała opinię najbardziej konserwatywnej z planet. No, może nieco inaczej było na księżycach Jowisza i Saturna. Im dalej od trzeciej od Słońca, tym większy luz! On sam po kilkudziesięciu latach służby ostatecznie pożegnał przejmującą grozą lodowatą bazę na odległej planetoidzie i przeszedł na zasłużoną emeryturę. Nigdy nie był żonaty i pewnie dlatego wysyłano go tam, gdzie diabeł chichocząc mówił dobranoc, czyli na obrzeża Układu Słonecznego. Na jego koncie w Marsjańskim Banku Komercyjnym uzbierała się niezła sumka, która dodatkowo urosła dzięki temu, że poza orbitą Plutona przypadkiem trafił na znaczne złoża retelitu, więc mógł się urządzić na spokojnych przedmieściach Nowego Konstantynopola. Kupił urządzoną ze smakiem kredowobiałą willę z palmami w przestronnym atrium i podświetloną pływalnią z delfinem. Miał dwa młode oswojone owiraptory. W rezultacie tego wszystkiego zajmował się tym, o czym skrycie marzył od najmłodszych lat. A więc niczym. Z natury pasywny, uwielbiał błogą bezczynność i już jako podrostek potrafił godzinami wylegiwać się i wpatrywać się w biały sufit lub z rękami w kieszeniach włóczyć się bez celu po okolicach miasteczka i zbijać bąki. W głębi duszy nie gardził — jak prawie każdy mężczyzna — subtelnymi doznaniami zmysłowymi i nie zmieniły jego skłonności wymagające wstrzemięźliwości lata służby w Siłach Kosmicznych Układu. Co więcej, wydawało się, że je jeszcze wzmocniły.
— Podejdź, nie przeszkadzasz mi — życzliwie zachęcił dziewczynę. — Już skończyłem...
Afrodyta była pierwszą i jedyną niewolnicą, na jaką mógł sobie w życiu pozwolić. Bywały chwile, w których wątpił w to, czy psychicznie dojrzał do jej posiadania. Jakaś część jego ja nie godziła się bowiem z tym, że modelka o fenomenalnej urodzie nie posiada przyrodzonych praw, należnych żywej istocie ludzkiej. Przez pierwszy tydzień tłumił w sobie żądze, nie chcąc posuwać się wobec niej za daleko i traktując ją nieomal jak daleką kuzynkę, która na krótko zatrzymała się pod jego gościnnym dachem. Zachowywał się jak zadurzony sztubak i skwapliwie zabiegał o jej względy. Instynktownie grał rolę, która mu odpowiadała i jakoś go usprawiedliwiała we własnych oczach. Obiektywnie biorąc, jego zawstydzające zaloty i żenujące umizgi nie miały najmniejszego sensu i stanowiły bezsporną stratę czasu. Afrodyta bowiem była do niego bezwarunkowo przystosowana, a wszczepione jej standardowe programy z wyrafinowanym kluczem erotycznym załatwiały sprawę. Rzadko kiedy zawodziły. Psychotronika stała wysoko na Dianie i w mózg klonowanego ciała, w którym aż roiło się od implantów i mikroprocesorów, wpisano złożony zespół zachowań, zadowalających nawet najbardziej wybrednego kochanka. Blondynka o figurze Marilyn Monroe była więc na wpół elektroniczną maszyną do uprawiania seksu i zaspakajania męskiej chuci. I właściwie niczym więcej. Z prawnego punktu widzenia pozostawała androidem klasy zerowej. Człowiek wolny posiadał naturalnych rodziców i miał trochę inaczej poukładane w głowie.
— Niczym więcej? — zapytał swego niewyraźnego odbicia w forniturze czarnego fortepianu, gdy podniósł się z wyściełanego miękką skórą fotela. — Niczym?!
Dopiero teraz podeszła do niego, nie rozumiejąc jednakże rzuconych półgłosem słów. Nie była Alicją z Krainy Czarów i nie mogła przejść na drugą stronę lustra. Tym niemniej umiała wodzić go na pokuszenie i posiadała przewyborny dar zrzucania z siebie w jego towarzystwie i tak z reguły dość skąpego odzienia. Owiał go oszałamiający zapach jej drogich perfum.
— Tak, Raoulu? — zapytała, a jej niewinnie spoglądające niebieskie oczy wydawały się wyrażać potrzebę odgadywania jego najskrytszych pragnień. — Coś cię niepokoi?
Ogarnął ją ramieniem i przytulił do siebie. Lubił ciepło jej ciała i jedwabistą gładkość jej skóry.
— Nie, zupełnie nic — westchnął. — Jesteś słodka jak cukiereczek — pocałował ją w ucho, odgarniając furę jasnych włosów. — Jak zwykle.
Zamruczała jak kotka i lekko się od niego odsunęła.
— Czy wieczorem gdzieś razem wychodzimy? — ciekawie zapytała.
Zerknął na wmontowany w ścianę cyferblat zegara, pokazującego czas na wszystkich planetach i księżycach Układu Słonecznego.
— Może tak, a może nie — ziewnął, dyskretnie przysłaniając dłonią usta. — Pogodę mamy jak wymaluj i nie zapowiadano na dzisiaj deszczu — skonstatował, ale bez przekonania. Na południu znaczyły się rozległe pola uprawne, więc kropiło tam częściej niż gdzie indziej. Nagle się ożywił. — Wiesz, o czym dumam? Nigdy byś nie zgadła.
Na tak postawione pytanie Afrodyta miała zawsze gotową tylko jedną odpowiedź.
— Chcesz się teraz kochać? — gdy się z tym do niego zwracała, jej lekko wibrujący aksamitny głos wydawał się zniewalać.
— Nie — pokręcił przecząco głową. — To znaczy, tak — poprawił się z ożywieniem. — Ale nie o tym myślałem, wspominając o mych najskrytszych marzeniach. — Zawahał się. — Lata lecą, a póki co chciałbym jeszcze wybrać się na Ziemię — zdradził wreszcie z pewnymi oporami. Zajrzał z niepokojem jej w oczy, jakby licząc na to, że przesłodka przyjaciółka oceni ten zamysł z własnego punktu widzenia. — Tam się przecież wychowałem, spędziłem dzieciństwo i młodość, chodziłem do szkoły i studiowałem. Stąd sentymenty. Ech, dużo by opowiadać!
Dziewczyna nigdy jednak nie oceniała jego projektów i zamierzeń. Tego jej nie było wolno i pod tym względem — niestety — nie różniła się nawet od prymitywnego androida klasy czwartej, który co piątek przylatywał mobilem i czyścił jego basen. Tkwiła w cienkiej półprzeźroczystej powłoce snu i obce jej były zawiłości życia wewnętrznego.
— Jeżeli tak uważasz... — uniosła brwi, lekko marszcząc czoło. Przez króciutką chwilę się zastanawiała. — Czy to oznacza, że zabierzesz mnie tam ze sobą?
— Ma się rozumieć — roześmiał się, z rozbawieniem zacierając ręce. — Przecież stać mnie na bilety w obie strony. Póki co, nieźle stoję z kasą.
Potem sięgnął dłońmi do jej pełnych piersi, delektując się nimi i delikatnie je pieszcząc. Uwielbiał je całować. Przeszyła go odkrywcza myśl, że Bóg miał naprawdę dobry dzień, kiedy stwarzał kobietę. Była jego najbardziej udanym dziełem. Wyczuł twardniejące sutki. Poddała mu się z rozkoszą, a jej źrenice lekko się zwęziły. Przyciągnął ją do siebie i musnął wargami jej szyję, a następnie odsłonięte ramię. Zastanowił się mimochodem nad planowaną wyprawą na Planetę Matkę. Nie był pewny tego, czy mógłby faktycznie tam polecieć z prześliczną kurtyzaną o platynowo-złotych włosach. Znakomicie sprawdzała się jako osoba do towarzystwa i był dumny jak paw, mogąc pojawiać się z nią w publicznych miejscach. Ostatnio chwalił się nią na zlocie swojego rocznika Sił Kosmicznych Układu i widział wściekłą zazdrość w oczach niektórych kolegów. Ani jeden z nich nie domyślił się, że towarzysząca mu skromnie piękność jest klonowaną „podróbką”. Jedynym znakiem rozpoznawczym cyborga była mikroskopijnej wielkości metalowa tulejka, mieszcząca się tuż poniżej kości ogonowej — ale przecież żaden z przypadkowych obserwatorów nie zaglądał urodziwej seksbombie do dessous. Jednak na Ziemi posiadanie stymulowanych elektronicznie niewolnic było zakazane. Obiło mu się gdzieś o uszy, że podobno czyniono jakieś wyjątki dla osób, cieszących się obywatelstwem Diany, lecz nie był pewny tego, czy obejmują one takich jak on dysponentów. Przeszło mu przez głowę, że powinien połączyć się z radcą prawnym firmy, w której ją nabył i go o to zapytać.
— Gdzie to zrobimy, kochany? — omdlewająco półszepnęła. Na myśl o rozkoszy oczy zachodziły jej mgłą.
Wskazał jej dłonią miękki puszysty dywan, pokrywający środek salonu. Poszła spojrzeniem za tym gestem. Ułożyła się wdzięcznie w miejscu, które wybrał i zachęcająco rozchyliła uda.
— Chodź! — błagalnie wyciągnęła do niego ramiona.
Bezmyślnie dłubał wykałaczką w zębach i z poirytowaniem wlepiał gały w wirtualny ekran, nie pojmując, skąd się biorą fale anomalii. Symulacja z początku przebiegała bez zakłóceń, potem jednak coś się rwało, a doskonale wymodelowane i płynne zachowania hurysy traciły harmonię. Wydawało się, że w programie są błędy. Nagłe i obce impulsy sprawiały, że urocza madonna przeistaczała się w okamgnieniu w wojowniczą amazonkę, jeśli nie wręcz w napastliwego i pozbawionego skrupułów najemnika.
— Co za palant grzebał w projekcie?! — wykrztusił wreszcie z siebie, nie pojmując, co się stało. Chodziły mu po głowie różne domysły. Ubrdał sobie, że to wina jakiegoś programisty nieudacznika, który musiał coś schrzanić. Zajęcie miał nudnawe, jak wszyscy początkujący w tym dziale. Od dwóch dni testował na monitorze kolejne nafaszerowane chipami klony, badając ich reakcje w kilkuset standardowych sytuacjach, ale wcześniej nie natrafił na żaden podobny przypadek. Rzadko kiedy odstępstwa od normy były większe niż dwie lub trzy setne procenta. Popadł w niepokojącą zadumę, potem sięgnął od niechcenia po pobudzające pastylki, wysypał kilka z tulei, wybrał jedną i wrzucił sobie do ust. Popił sokiem z pomarańczy. Zdecydował się przejrzeć jeszcze raz symulację, oznaczoną numerem dwieście siedemnastym, ale postanowił wpisać od nowa parametry wyjściowe. Interakcje z pierwszej setki były bezbarwne i usypiające, więc ciągnęły się mu jak włoski makaron. Klonowana piękność odpowiadała bowiem na zwroty typu: "Dzień dobry!", "Do widzenia!" i na banalne pytania z rodzaju: "Jak się nazywasz?", "Co cię łączy z panem X"? Druga setka była ciekawsza, bo zahaczała o gry ruchowe i sporty ekstremalne, a poza tym obejmowała różnorakie sytuacje konfliktowe. Testowana madonna, mająca na imię Iryda, znajdowała się w grawitującej w próżni dużej bazie kosmicznej, gdzie napadał na nią silniejszy od niej jednooki cyborg, przystosowany do bezpardonowej walki wręcz. Powinna była zręcznie się wycofać, korzystając z labiryntów słabo oświetlonych korytarzy. Tymczasem ku zdumieniu Paula ta wcale nie zamierzała dawać nogi. Stawała dęba i jak byk na corridzie ruszała do wściekłego kontrnatarcia, które kończyło się dla niej fatalnie. Ogarniała go groza. Walcząca dziewczyna w wirtualnym starciu traciła obie ręce, a potem cyklop dostawał ją w swe łapy jak łopaty, łamiąc jej z trzaskiem kręgosłup. Odstępstwo od wzorca sięgało siedemdziesięciu czterech procent.
Siedział w obrotowym fotelu i główkował nad rozsierdzonym klonem kamikadze. Ukończył z wyróżnieniem informatykę przemysłową ze specjalizacją z dziedziny produktów metaorganicznych, ale teoretyczną wiedzę uniwersytecką dzieliła zawsze od praktyki spora przepaść.
— Dlaczego ten wredny babsztyl utracił instynkt samozachowawczy? — warknął, wyrzucając z siebie, co go bolało. — Też mi coś, grecka bogini tęczy, posłanniczka Zeusa i Hery! — Zaaferowany gładził brodę, na której rysował się ledwo znaczący się zarost. Jeszcze się nie golił. — Co to może być, do diaska? — z wysiłkiem koncypował. — A jeśli to jakieś zwarcie na pułapie sprzężeń zwrotnych? — olśniła go nagłe przypuszczenie. Zaraz je odrzucił. Wreszcie dał sobie z tym spokój. — Szlag by to trafił! — żachnął się, z niesmakiem sumując domorosłe zmagania z pięknym klonem, który nie chciał się podporządkować firmowym wymaganiom. Nie był od tego, żeby zajmować się tak wyrafinowanymi zadaniami. — Hej, profesorze!.. — zawołał, nie ruszając się zza pulpitu. — Maaa-myyy kło-po-ty!..
Ten akurat przechodził obok jego boksu, więc chcąc nie chcąc musiał się zatrzymać. Krótko przypatrywał się temu, co na ekranie pozostało z walecznej hurysy, a potem skrzywił się z niechęcią i orzekł:
— Znów pracujemy na podzespołach tych klonowanych amazonek. Wojowniczki jakoś ostatnio nie idą, wyszły z mody. Klienci są zdania, że klony płci męskiej lepiej się prezentują w roli goryli i ochroniarzy, więc tamci z góry z konieczności przystosowują nam części do kurtyzan, nad którymi teraz, biedaku, siedzisz. Oto cena, jaką musimy płacić za drastyczne oszczędności w firmie — podsumował. — Ale nie przejmuj się — życzliwie klepnął chłopaka po plecach. — Zapisz ten egzemplarz na straty. Przepuszczaj tylko te, które za bardzo nie wierzgają.
— Serio?! — Paul zrobił wielkie oczy. Wydawało mu się, że dorośli nie są zdolni do takich świństw jak to, na które patrzył. — Przecież te mikroprocesory są już po solidnej obróbce. Nie da się więc do końca wymazać instynktu walki. Jak taka rozmarzona słodka cizia w pewnej chwili uzmysłowi sobie, że może z nagła przyłożyć fagasowi, który korzysta z jej usług, to...
— Ciii-cho! — profesor rozejrzał się niepewnie dookoła, jakby w obawie, że ktoś niepowołany może ich usłyszeć. Licho nie spało. — To nie moja, ani nie twoja sprawa, młody kolego — bezradnie zatrzepotał rękami. — Rób tylko to, co do ciebie należy — gorączkowo rzucił na pożegnanie i odfrunął czym prędzej w stronę innych boksów.
Paul pozostał sam na sam z kasandrycznymi myślami. Długo medytował, wreszcie podniósł się i podejrzliwie rozejrzał nad ściankami działowymi, bacznie lustrując otoczenie. Inni już wychodzili, kończąc pracę. Pokusa była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Zamruczał wstydliwie pod nosem i ukradkiem sięgnął do szuflady, wydobywając maleńki dysk, który przemycił poprzedniego dnia. W niespełna dwie minuty ustawił na nowo parametry wyjściowe symulacji. Dorzucił swoje dane osobiste, założył kask mentalny, a następnie zanurzył się w błogim świecie wirtualnym. Był ciekawy tego, jak zaprogramowana na miłość i oddanie Iryda wobec niego się zachowa.
— Narowista jesteś, kochana, ale taki ogier jak ja poradzi sobie z tobą — szepnął podniecony. — Dostaniesz więcej niż się spodziewasz, madonno. Pewnie już przełykasz ślinkę.
Pierwsze sekwencje były obiecujące. Śliczna kurtyzana zaprosiła go do komfortowego apartamentu. Następnie opuściła go na chwilę, zmieniając toaletę. Wróciła do niego w czymś, co sprawiło, że zaparło mu dech z wrażenia. Wziął ją w ramiona, szepcząc jej do ucha szalone wyznania miłosne. Kiedy jednak łakomie zsunął dłonie na jej kształtne biodra, odepchnęła go, a potem niespodziewanie przywaliła mu pięścią w zęby. Instynktownie się cofnął, a jego fotel poleciał do tyłu.
— Szlag by to trafił! — warknął, podnosząc się z posadzki w szachownicę i zrywając kask mentalny. — Boli. — Masował ręką stłuczone ramię.
Pomieszczenie wypełnił modulowany sygnał alarmowy, a czerwone światło nad wejściem zaczęło pulsować.
— Wpadłem, to nokaut! — bezradnie jęknął, rzucając się do komputera, żeby skasować nagranie.
Milutki kobiecy głos ciepło instruował przez głośniki: "Naruszenie statusu w sekcji B. Uprasza się o przerwanie pracy, natychmiastowe opuszczenie sali i zgłoszenie się do punktu kontroli!"
Jak się pokrótce okazało, mógł polecieć na Ziemię w towarzystwie bliskiej jego sercu, aczkolwiek nieco kłopotliwej niewolnicy. Ozięble mu zakomunikowano, że rysuje się taka ścieżka prawna, ale wiąże się ona z pewnymi niedogodnościami i w związku z tym nie jest zalecana przez właścicieli firmy "Body Perfect". Połączono go z szefem jakiegoś ważnego działu, który mu wyjaśnił, jak się rzeczy mają. Raoul musiał mianowicie — śmieszna sprawa — wziąć ślub z domowym androidem. He, he! Ma się rozumieć, na Dianie nie udzielano takich małżeństw, a co więcej — bezwzględnie ich zakazywano, grożąc poważnymi sankcjami. W przestrzeni kosmicznej panowały jednakże inne obyczaje niż na tym globie, a na pokładach wahadłowców respektowano liberalne przepisy kodeksu międzyplanetarnego. Tam pasażer mógł się związać świętym węzłem małżeńskim — opowiadano sobie o tym z rechotem, trzymając się za brzuchy — nawet z robotem do prac ogrodniczych z sekatorami zamiast rąk. Jednakże w drodze powrotnej z Planety Matki Raoul musiał z kolei — również w kosmosie — wziąć rozwód z nafaszerowaną mikroprocesorami dziewczyną, o ile chciał z powrotem bezpiecznie zagościć na Dianie i z rozpędu nie trafić za kratki lub do hibernatora. Szczegółowych instrukcji, z tym związanych, miał mu udzielić w osobistej rozmowie radca prawny firmy. Niezbędne formularze były dostępne na pokładach transportowców, choć też nie na każdym. Trzeba było zachować ostrożność i z pedanterią zatroszczyć o to, by niczego nie przeoczyć. Odpychający urzędas, z którym telekonferował, łypnął w końcu łaskawie okiem i doradził mu, żeby skorzystał z usług "Air Saturn Company", gdyż u tego przewoźnika o wszystko skrupulatnie dbano. No, ale dojrzał za plecami Raoula coś, co go naprawdę poruszyło, wyzwalając w nim potrzebę wyciągnięcia przyjaznej dłoni. Zaaferowany komandor nie zastanawiał się nad tym, co, gdyż z tyłu za sobą miał tylko marmurową ścianę i wejścia do modułu kuchennego oraz do dwu uroczych sypialni. Odniósł przelotne wrażenie, że właśnie kręcił się tam któryś z jego owiraptorów, Cezar lub Brutus.
Połączenie z biurem informacyjnym się urwało i wypełniający całą ścianę salonu przestrzenny obraz skurczył się i zgasł, zamieniając się w świecący coraz słabiej punkt w przestrzeni. Raoul przeciągnął się z ulgą, aż strzeliły mu kości. Uśmiechnął się pod nosem. Nieoczekiwanie zarysowano przed nim błogą perspektywę miesiąca miodowego. Nęciło to i kusiło. Wyciągnął się wygodnie w fotelu, przymykając powieki, a myślami się przeniósł na pokład turystycznego wahadłowca, jak przez mgłę widząc Afrodytę w króciutkiej białej sukni ślubnej i z bukiecikiem orchidei w ręku. Jakież to było słodkie!
Usłyszał za sobą cichy szelest, to nie mógł być owiraptor, więc obejrzał się zaskoczony. Romantyczny obraz rozprysł się jak rzucone o ziemię zwierciadło. Przyłapała go na gorącym uczynku i zarumienił się jak sztubak.
— Już maleńka nie pływasz? — nie mógł ukryć zdumienia. Nie przypuszczał, że dotrze do jej uszu ta rozmowa, no i że ujrzy ją przy okazji sterczącą za nim oschły facet z firmy.
Bóstwo było owinięte tylko ręcznikiem kąpielowym. Dziewczyna zwykle nie wychodziła z mającego kilka metrów głębokości i podświetlanego od dołu basenu przez dwa lub trzy kwadranse, z wdziękiem nurkując i ścigając się z delfinem. Potrafiła obyć się bez oddychania znacznie dłużej niż Raoul.
— Wróciłam przed kilkoma chwilami, ale przez wschodni pawilon — skwapliwie się wytłumaczyła. — Stałam i nie chciałam ci przeszkadzać.
Włosy miała jeszcze wilgotne. Spoglądała na niego z oddaniem, a jej zmysłowe usta aż błagały, żeby je całować.
— Ach tak?
Po raz któryś z rzędu uzmysłowił sobie, że kiedy wdawał się z kimś w rozmowę, natychmiast pojawiała się obok niby duch. Nie, żeby podsłuchiwać, nic z tych rzeczy! Po prostu była elektronicznie uwarunkowana na pewien rodzaj dyskretnej asysty. Do jej cichych obowiązków należało powściągliwie wspierać go swoją obecnością, z wdziękiem uśmiechać się do interlokutorów i taktownie przytakiwać. I zwykle się z tego wywiązywała. No, ale facetów aż skręcało, kiedy wpadała im w oczy lub o nich się ocierała. Rzadko kiedy można sobie było pozwolić na wymianę grzeczności z tak seksowną babką.
— Słyszałaś moją rozmowę z biurem "Body Perfect"? — zapytał, udając oziębłość i surowość.
Króciutko się wahała, ale jej wyraz twarzy w niczym się nie zmienił.
— A nie powinnam? — zapytała naiwnie i szczerze. — Jeśli nie, to mogę o niej zapomnieć. Cóż prostszego?
Odwrócił się wraz z fotelem, nieco skonsternowany. Nerwowo zatarł ręce. Wiedział, że Afrodyta potrafi w jednej chwili wymazać każdą wskazaną przez niego scenkę ze swoich wspomnień, ale wcale nie pragnął, by non stop to czyniła. Tego, co raz zapomniała, nie dawało się już przywrócić. Było jak skasowane z twardego dysku.
— Och, nie w tym rzecz — szybko skwitował. — A więc słyszałaś?
— Tak — kiwnęła głową. — Mówili, że mogę wyjść za ciebie.
Czuł, że musi się wytłumaczyć.
— To warunek, byś mogła polecieć ze mną na pieprzoną Ziemię. Powinnaś tam występować w roli mojej żony. To wszystko przez te idiotyczne przepisy, które na każdej planecie są inne. Tam musisz być moją połowicą, zaś tu — z kolei — absolutnie nie możesz nią być — objaśniał. — Więc w drodze powrotnej czeka nas rozwód! — dorzucił z odrobiną złości, bo wiedział, że brzmiało to wykrętnie. Chciał to nieudolnie naprawić, więc ociężale podniósł się z fotela i zbliżył się do dziewczyny, przyciągając ją do siebie. Z czułością pogładził jej wilgotne włosy. — Zgadzasz się na takie rozwiązanie?!
Myślał, że potwierdzi to bez wahania, jak zwykle dodając, że jego wola jest dla niej święta i że uczyni wszystko, czego od niej zechce, ale Afrodyta tym razem tak się nie zachowała. Zmarszczyła brwi, z cicha nad czym medytując.
— A czy po rozwodzie nic się między nami nie zmieni? Nadal będę mogła być z tobą, i tylko z tobą?! — wiernie zajrzała mu w oczy.
Przez chwilę przyglądał się jej podejrzliwie, a potem odetchnął z niejaką ulgą, wypuszczając z płuc powietrze. Nie do końca wierzył, że można tak doskonale sformatować klonowany mózg. Czy raczej — aż tak go wypaczyć.
— Ufff! Ależ oczywiście. Nie mogłoby być inaczej — potwierdził z przekonaniem, z przyjemnością gładząc jej rozkosznie gładkie ramię. — Wiesz, że nie zamierzam się z tobą nigdy rozstawać. Ani teraz, ani w przyszłości...
Wygłaszając tę kwestię, ciężko westchnął. Bezczelnie kłamał, a to ostatnie wcale nie było prawdą. Klonowane piękności miały gwarancję na siedem lat. A potem po prostu szły na złom, bo firma nie dawała pewności, że nadal wszystko z nimi będzie w porządku. Zwracano je z powrotem do magazynów, gdzie po rozmontowaniu podzespołów — jak Raoul gdzieś zasłyszał — młode martwe ciała wrzucano do pieca krematoryjnego. Zwrot uprawniał do sporej bonifikaty przy zakupie następnej seksbomby. Jeżeli klient był wyjątkowo kapryśny i wybrzydzał na inne piękności, chcąc mieć znowu taką samą dziewczynę, mógł z odpowiednim wyprzedzeniem zamówić klonowanego sobowtóra. Rzadko jednak kiedy nowy egzemplarz był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zwykle czuło się i widziało różnicę. Zwłaszcza na początku. Przecież nabywany towar miał znowu dziewiętnaście a nie dwadzieścia sześć lat. Przyszło mu do głowy, że mógłby po ślubie zostać z nią dłużej na Ziemi, ale "Body Perfect" nie miała tam rozbudowanego serwisu. Raz do roku należało oddać androida do okresowego przeglądu, który trwał zwykle kilka dni. Musiałby więc przez sześć kolejnych lat z rzędu latać z dziewczyną na Dianę, sześć razy się z nią rozwodzić i tyleż samo razy brać ślub. Ale takiego numeru już by mu nie wybaczono. Dla przykładu pod byle pretekstem powieszono by go za jaja, by inni nie poszli w jego ślady.
— Jeżeli tak, to zgadzam się — potwierdziła. — I na małżeństwo, i na rozwód. Zresztą, po co pytam? — dodała, marszcząc zabawnie nosek. — Przecież twoja wola jest dla mnie święta. I zawsze będę czynić to, co uznasz za słuszne!
Pomyślał, że Afrodyta się uczy. Jakaś bardziej optymistyczna część jego męskiego ja obudziła się i zachichotała radośnie. Gdzieś tam, w zakamarkach jej spapranego chipami umysłu, rodziła się potrzeba samodzielnej oceny sytuacji. Ta pesymistyczna miała jednakże pewne wątpliwości. W grę bowiem mogło wchodzić działanie najzwyklejszego pod słońcem programu adaptacyjnego. W miarę możliwości sprzedany przez firmę nabytek powinien był stopniowo się dostrajać do zmieniających się z upływem czasu oczekiwań właściciela, choć nie powinno było to rzucać się w oczy.
Postanowił uciąć tę dyskusję.
— Ile razy już dziś kochałaś się ze mną? — delikatnie pocałował ją w czoło.
Tym razem odrzekła natychmiast, wzdychając z odrobiną żalu:
— Tylko raz, kochany. Tuż przed świtem.
Nie mógł pozwolić na to, by jego ósmy cud świata cierpiał. Sięgnął po leżący na ławie poradnik, otwierając kolorowe stronice.
— A może byśmy zrobili to w taki sposób?
Podeszła i skwapliwie przyjrzała się ilustracji.
— Dobrze — odrzekła, pozwalając, by ręcznik, którym się owinęła, niby to mimochodem zsunął się na posadzkę. Znowu była boginią, wynurzającą się z morskiej piany i skłonną do kolejnego elektryzującego spektaklu. Świadoma swej nieziemskiej urody z wdziękiem uklękła przed nim, sięgając dłońmi jego szortów i obiecując spojrzeniem chabrowych oczu ekstazę i upojenie.
|